16 wrz 2016

Szachy z różnych stron świata - powrót do Zamościa 2016 r.

Szachy z różnych stron świata - powrót do Zamościa 2016 r. 


Odwiedziłam w tym roku prywatną wystawę szachów mieszczącą się w Centrum Kultury Filmowej "Stylowy" w Zamościu, której nie zdążyłam zwiedzić w zeszłym roku. 

W jednym z pomieszczeń kina zamojskiego, właściciele utworzyli ekspozycję szachów. Pochodzą one z ich prywatnego zbioru, liczącego 2000 eksponatów, w różnorodnej konwencji, wykonanych z różnorodnych materiałów, z różnych stron świata i okresów czasowych między innymi z Peru, Mongolii, Meksyku, Turcji, Japonii, Chin, Indii, Afryki, Indonezji, USA, Rosji, Holandii, Czech, Węgier, Anglii, Belgii, Ukrainy, Pakistanu, Azerbejdżanu, Tunezji, Grecji, Wietnamu, Nepalu, Francji, Austrii, Litwy, Włoch, Boliwii, Niemiec, Polski.

Kolekcja została wpisana w 2012 r. do Polskiej Księgi Rekordów i Osobliwości.

Co jakiś czas, ekspozycja jest nieco zmieniana, ponieważ na raz wszystkie eksponaty w pomieszczeniu się nie mieszczą. Ciągle jest też uzupełniana o nowe egzemplarze, czy wzbogacana o szachy oddane w depozyt przez innych ludzi.

Miałam akurat szczęście, że był właściciel kolekcji, więc oprowadzał mnie i opowiadał o poszczególnych egzemplarzach, oraz odpowiadał na moje pytania.

Najstarsze szachy w kolekcji pochodzą z Rosji, z lat 20-tych XX w. i przedwojenne polskie.

Zdjęcia, które zrobiłam są niestety niezbyt dobrej jakości, większość robiona przez szybę, dopiero potem właściciel mi zaczął otwierać niektóre szklane gabloty.

Często poznać można po formie, z jakiego kręgu kulturowego czy państwa pochodzą poszczególne egzemplarze. Tak więc łatwo rozpoznawalne były np. szachy z państw słowiańskich, poniżej z tego co pamiętam szachy rosyjskie, i z byłych republik radzieckich:





Grając w te rosyjskie, poniżej, można by dostać oczopląsu.  Szachy maskujące :D


Czeski design poznajemy od razu, nie tylko po wojaku Szwejku ;)


W podobnym stylu węgierskie:


Szachy dla ludów mobilnych, gdzieś z terenów wschodnich stepów, dokładnie nie pamiętam. 
W skórzanym, o ciekawym kształcie i pięknie zdobionym, zamykanym pudełku, które można przytroczyć do końskiego siodła:


Szachy z Mongolii ( chyba )  z szachownicą zdobioną figuralnymi miniaturami i motywami roślinnymi:


Szachy z Mongolii, figury gliniane, szachownica wykonana z filcu z sierści lamy.


Belgijskie mosiężne szachy, nawiązujące do czasów rzymskich :


Szachy Tureckie z kamienia z inkrustowaną szachownicą.


Piękne szachy chińskie, wykonane z drewna pokrytego laką. Figury przedstawiają bóstwa, również w polach szachownicy namalowane miniatury bóstw. Po bokach wiją się wizerunki smoków.


Szachy z Meksyku, z kamienia wulkanicznego. Białe figury reprezentują konkwistadorów włącznie z władcami, żołnierzami, misjonarzami, czarne figury rdzennych mieszkańców - Indian.


Niżej również Meksyk, szachy nawiązujące tematyką do Majów, z kamienia i tworzywa.


Szachy z któregoś państwa Ameryki Południowej, nie wiem czy nie z Peru...:


Szachy z Indii, wręcz koronkowa robota rzeźbiarska w drewnie.


Szachy afrykańskie, z tyłu z kamienia mydlanego, który posiada różne ciekawe odcienie -  na fotce poniżej w tyle. Z przodu z inkrustowaną szachownicą:


Afrykańskie z drewna sandałowego, które otrzymałam do powąchania i rzeczywiście pachnie.


Wreszcie afrykańskie o syntetycznych kształtach ludzi i zwierząt :


Szachy , nie pamiętam z jakiego kraju, przedstawiające gnomy. Zrobiłam fotkę ze względu na figurę królowej, która faktycznie może rozłożyć gracza na "łopatki" ale .... ze śmiechu :D



Tworzywo i techniki wykonania szachów


Poniżej przykłady wykorzystania różnorodnych materiałów użytych do wykonania szachów ( oprócz tych wymienionych wyżej ).

Szachy z bursztynu:


Delikatnie prezentowały się też szachy wykonane z kryształu:


W szachy można grać też w wannie a potem... się nimi umyć ;)
Szachy wycięte z gąbki :


Wykonane z chleba przez więźnia zakładu karnego :


I znów "kulinarne" szachy z czekolady. Gdy otworzono mi gablotę, to tak zapachniało, że hmmm... nie wiem czy bym długo takimi pograła, ;)


Szachy dla mechaników, śruby zawsze pod ręką ;)


Papierowe z origami, można złożyć sobie samemu:



Szachy duże, ceramiczne, w które można pograć siedząc na pufach:


Szachy w nowoczesnej technologii, czyli wydruk na drukarce 3D , tworzywo sztuczne. Nie podobają mi się, wolę szlachetniejsze materiały.



Szachy specjalne


Na wystawie był także komplet szachów dla niewidomych. Czarne pionki mają metalową końcówkę na szczycie, by można było dotykiem odróżnić je od białych. Natomiast szachownica posiada dziurki, by przez przypadek nie przesunąć pionków i by łatwiej rozpoznawać dotykiem gdzie stoją.




Szachy nieortodoksyjne , czyli inne wersje gry


Szachy heksagonalne ( dla dwóch osób) , których pierwsze zasady gry zostały opracowane przez lorda H.D Baskerville'a w 1929 r., ulepszone przez Rosjanina I.Szafrana. jednak odmiany te nie zdobyły popularności.
Dopiero zaproponowana i usprawniona w 1953 r. przez Polaka Władysława Glińskiego, odmiana tzw. heksagonalne szachy polskie zdobyła uznanie i popularność, która trwa do dzisiaj, w kraju i innych państwach Europy, Ameryki i niektórych krajach byłego ZSRR. 



Szachy dla trzech osób, które były pomysłem Włocha F. Marinelliego i zostały opisane przez niego w 1772 r.
Używa się w nich niestandardowej szachownicy: heksagonalnej lub trójstronnej ale również innych rodzajów szachownic.
Poniżej szachownica do gry dla trzech osób w kształcie koła:




Dla podróżników


Czekamy na autobus, pociąg, samolot a tymczasem.... ;)



Na zakończenie mojego pobytu na wystawie, pani spytała mnie czy chce obejrzeć szachy dla "dorosłych". Chciałam. Wtedy otworzyła "tajną " skrzynkę.... ;)
Co ciekawe, dowiedziałam się, że z reguły na to pytanie odpowiadają twierdząco najczęściej kobiety, panowie rzadziej. Wśród kobiet natomiast więcej odpowiedzi na "tak" jest wśród nauczycielek :D

Nie umieszczam tutaj ich zdjęcia, ponieważ polecam odwiedzić muzeum i zobaczyć na żywo te i wiele więcej eksponatów :)


Ciekawostki  


Zadania szachowe

Grę szachową do Europy przynieśli Arabowie. Wymyślali oni pozycje szachowe, w których jedna strona miała dużą przewagę i wydawało się , że zwycięstwo jest pewne, lecz mimo dużej przewagi jednej ze stron druga matowała przeciwnika. Tego rodzaju zadania szachowe zwane były mansubami i przysparzały kibicom wiele emocji i zdenerwowania ( bardziej się denerwowali niż szachiści ). Najstarsza książka szachowa świata składa się właśnie z 500 takich zadań.
Dzisiaj już nikt nie zajmuje się mansubami, obecnie  zadania szachowe odznaczają się naukową wprost dokładnością. Rozwiązanie może być tylko jedno i tylko jedna droga do niego prowadzi.


Turnieje szachowe 

Już w czasach kiedy zaczęto grać w szachy, próbowano ustalić kto jest najlepszym szachistą.Wiadomo na przykład, że w czasach podboju Hiszpanii przez Arabów rozgrywano turnieje szachowe na dworze sułtana Sewilii, a w XVI, XVII i XVIII wieku odbywały się pojedynki pomiędzy najlepszymi szachistami owych czasów. Pierwszy nowoczesny turniej szachowy wśród zawodników z wielu krajów rozegrano dopiero w 1851 r. w Londynie. Turniej ten wygrał Niemiec prof. matematyki A. Anderssen. Natomiast pierwszym szachistą, który zdobył oficjalnie tytuł mistrza świata był Wilhelm Steinitz z Pragi, który pokonał Anderssena w 1866 r.

W turniejach szachowych od lat 50-tych XX w., przodował dawny ZSRR, miał około 5 milionów zorganizowanych i występujących w turniejach szachistów, wśród nich 43 arcymistrzów, kilkuset mistrzów i wiele tysięcy kandydatów na mistrzów.
Sytuacja taka była efektem uczenia dzieci w szkołach, gry w szachy na wysokim poziomie i na poważnie. 5 milionów dzieci brało co roku udział w dziecięcych i młodzieżowych konkursach szachowych.


Jak błazen dzięki szachom, spichlerz królowi perskiemu opróżnił


Jedna z najstarszych legend szachowych mówi o królu Persji, który grał w szachy ze swoim nadwornym błaznem. Błazen narysował na szachownicy dwie drogi. Jedna prosta prowadziła z pola a1 do a8, druga łamana z a1 do d4, potem do d5 i z d5 do a8.

- Drogi królu - rzekła błazen - którą wybrałbyś drogę, by jak najszybciej dostać się z pola a1 na pole a8, mogąc się poruszać jako król tylko o jedno pole we wszystkich kierunkach?

Król obejrzał rysunek na szachownicy i odpowiedział :

- Gdybym się spieszył to wybrał bym drogę prostą, gdyż droga prosta jest najkrótsza linią pomiędzy dwoma punktami.

Błazen roześmiał się tylko i rzekł:

- Z punktu widzenia geometrii królu masz rację, ale na szachownicy jest rzeczą obojętną jaką byś wybrał drogę, gdyż na każdej z nich musisz zrobić 7 kroków. Więc każdą z nich dojdziesz do punktu a8 jednakowo szybko.
Król z pewnym zażenowaniem stwierdził, że aczkolwiek grał w szachy od 30 lat wydawało mu się, że doskonale zna szachownicę, nie zauważył dotąd, że taka rzecz jest możliwa.
Powiedział więc do błazna:

- Bardzo mi się spodobała twoja zagadka, jeśli masz jakieś życzenie, to spełnię je bez względu na to ile to by miało kosztować!

Błazen poprosił o ziarna pszenicy, ponieważ jego zona nie miała już w domu chleba. Zgodnie z jego życzeniem król miał położyć na pierwsze pole szachownicy (a1) ziarenko pszenicy, na drugie dwa ziarna, na trzecie 4 , na czwarte 8 itd., na każdym następnym ilość ziarna miała się podwoić.

Król pomyślał : " Trzy ziarenka ważą 1 gram, 3000 ziaren to kilogram, cóż to za głupieć z tego błazna, że teraz gdy chcę spełnić każde jego życzenie on zażądał tylko 1 kg ziarna pszenicy " i głośno powiedział :

- Twoje życzenie będzie spełnione!

Wezwano nadwornego matematyka by wyliczył ile ziaren należy się błaznowi. Ten zaczął liczyć:
1,2,4,8,16,32,64,128 - oto ilość ziaren pszenicy na polach pierwszego rzędu szachownicy.
256,512,1024,2048,4096,8192,16384,32768 - tyle ziaren przypadło już na ostatnie pole drugiego rzędu szachownicy... Na polu a3, czyli na pierwszym polu trzeciego rzędu było już 65536 ziaren- to już prawie 22 kg, ale na pole h3, na ostatnie pole tego rzędu przypadło już 2796 kg - a tyle pszenicy nie miał królewski spichlerz... a to był dopiero trzeci rząd na szachownicy...

Minister rolnictwa zgłosił królowi, że gdyby zbierać całe zboże w Persji przez 100 lat, to jeszcze by nie starczyło na spełnienie życzenia błazna!

Przekazy nie podają jak zakończyła się ta historia, czy król kazał zamknąć błazna w lochu, czy błazen zrezygnował ze swojego życzenia, a może nadal liczą gromadzą pszenicę ;)


Najdroższe szachy świata


Jedne z najdroższych szachów świata, to zaprojektowany przez francuskiego artystę, mistrza biżuterii, Bernarda Maquin'a zestaw szachów  The Royal Diamond Chess. Koszt to około 500 000 dolarów.

Są wykonywane ręcznie, ze złota, wysadzane diamentami, przez około trzydziestu rzemieślników, którzy spędzają w pracy nad nimi ok. 4500 godzin. Zawierają 1168,75 gramów 14-to karatowego białego złota, 186,57 grama srebra i 9900 czarnych i białych diamentów o łącznej masie 186 karatów.
Ich wielkość to 19 x 19 cm.

źródło : http://www.charleshollandercollection.com/chess.html

Najdroższe szachy w historii to prawdopodobnie Jewel Royale Chess Set z Wielkiej Brytanii. Wykonane ze złota i platyny, inkrustowane diamentami, szmaragdami, rubinami, perłami i szafirami.
Powierzchnia planszy wykonana jest z białego 16 karatowego i żółtego 18 karatowego złota. We wszystkich narożnikach każdego kwadratu umieszczone są diamenty.

Figury ręcznie robione, np. figura króla waży 162,2 gramy, wykonana z 18-karatowego złota, wysadzana jest 73 rubinami i 146 diamentami.
Zestaw tych szachów to koszt ok 10 mln. dolarów.



Moje szachy


Swoje szachy kupiłam jakieś 7 lat temu, na hiszpańskim targu staroci na Teneryfie. Są z dwóch stopów metali ( mosiądz, brąz, dokładnie nie wiem ) , oksydowane. Figury mają wysokość od 5 do 6 cm i nawiązują stylistyką do Hiszpanii. Postacie mają tradycyjne stroje hiszpańskie,zamiast konia jest ryba, a wieża to chyba latarnia morska.

Rzemieślnicy wykonali je ze starannością jeśli chodzi o detale ( na powyżej opisanej  wystawie w Zamościu, figury metalowe nie miały takiej precyzji wykonania jak u mnie), dlatego widać, że część z nich została zagubiona i potem dorobiona, bo ich odlewy już nie są takie dokładne, precyzyjne i szczegółowe, są nieco gorszej jakości niż odlewy oryginalne.









Niestety szachownica rozczarowuje ( delikatnie mówiąc ), bo to zwykła naklejka  o wielkości 30 x 30 cm., umieszczona z tyłu plastikowego pudełka, w którym znajdują się figury.

Potrzebuję do tych szachów ładnej szachownicy, pasującej do nich stylem. Myślałam o zrobieniu szachownicy w formie małego rozkładanego stolika z szufladkami na figury, pola szachownicy były by metalowe z jakimś grawerem lub odlewane ( motywów zdobniczych nie mam skonkretyzowanych ale nawiązywałyby do regionu z którego pochodzą szachy ), tyle, że na razie nie mam możliwości zrealizowania tego pomysłu.
Być może ktoś ma niepotrzebną, ładniejszą od tej tandetnej plastikowej, szachownicę, to chętnie przyjmę ;)







8 wrz 2016

Dawne klimaty cz.2 - Gry i zabawy - powrót do Lublina 2016 r.

Dawne klimaty cz.2 - Gry i zabawy - powrót do Lublina 2016 r.

W skansenie Muzeum Wsi Lubelskiej akurat w tym dniu, przygotowano różne gry i zabawy, z których najchętniej korzystały dzieci, ale i dorośli próbowali swoich sił w niektórych dawnych, niby prostych, konkurencjach.

Gry niby proste, ale jednak trudne. Myślisz, że tak łatwo trafić splecionym w koło sznurkiem lnianym, w pionowe kołki ustawione na ziemi ? ;)


Inną zabawą, w którą ja się bawiłam jak byłam dzieckiem, tyle, że w innej nieco wersji wizualnej, było "łowienie ryb". Za czasów mojego dzieciństwa, ryby robił nam tata z papieru, w który wpinał szpilkę. Wędkę skonstruował z kija i sznurka zakończonego magnesem. Rybki przyczepiały się do magnesu, kto więcej złowił ten wygrywał.

W wersji przygotowanej przez pracowników muzeum mamy kotarę lnianą, za którą znajdują się drewniane ryby.
Powiem szczerze, że ja nie dałam rady wyciągnąć z "wody" żadnej ryby, bo były wykonane z drewna i ciężkie, a wędki długie i giętkie, że nie zdołałam żadnej ryby podnieść. Nie wiem jak sobie radę dawały dzieci, może ktoś siedział za kotarą i im te ryby zahaczone o wędkę, wyrzucał na zewnątrz :D


Jedna z gier wymagała dużej zręczności. Polegała na takim przetoczeniu metalowej kulki drewnianą, płaską łopatką, by znalazła się na niej i została wrzucona do stojącego pustego pojemnika.
Próbowałam, truuudne :)  Trzeba nabrać wprawy i nauczyć się techniki. Zajawka na filmiku poniżej.


Do skansenu przyszłam z myślą, że wezmę udział w warsztatach lnu, bo tak ta niedziela była promowana na stronie internetowej muzeum. Okazało się jednak, że to nie żadne warsztaty, ale raczej prelekcja z przedstawieniem amatorskiego teatru ludowego, czyli raczej przypadła nam rola biernych odbiorców, a nie czynnych uczestników.

Niektórzy "aktorzy" chyba zostali wcześniej wybrani spośród zwiedzających i poddali się charakteryzacji, do wykonania której wykorzystywało się dawniej włókna lnu ( włosy, brody, wąsy ), węgiel drzewny i inne barwniki, w celu wykonania makijażu czy postarzania aktora ( "worki"  i cienie pod oczyma).
Tkanina lniana służyła natomiast jako kotara.



Przedstawienie nudziło dzieci, które zajęte były zabawą, nie przejmując się wcale obecnością widowni, czy tym co się dzieje na "scenie".
O dziwo, te proste drewniane zabawki w formie np. kółka umieszczonego na końcu kija , które prowadzone po podłodze obracało się, zaciekawiły dzieciaki na tyle, że nie porzucały ich od razu.

Okazuje się, że nawet dzieci, wychowane w dobie komputerów, internetu i urządzeń przenośnych, interaktywnych gier, są w stanie zainteresować się takimi prostymi, tradycyjnymi zabawkami, a może nawet ich potrzebują, przesycone techniką i plastikowym "badziewiem", które nie rozwija wyobraźni.

Więcej zabawy miałam z obserwowania dzieciaków, niż z tego przedstawienia :D



Po zakończeniu teatrzyku, z ust prowadzącej padło hasło:

- A teraz proszę wszystkich do wspólnego zdjęcia.

Wszyscy aktorzy amatorzy, ustawili się na "scenie". Spytałam :

- Czy ja też mogę? Bo jak wszyscy to wszyscy....

- Zapraszamy - padła odpowiedź.

Dołączyłam więc do grupy, w którą ze swoją lnianą sukienką wpisałam się  wizualnie ( brakowało mi tylko chustki na głowie) , no i mam pamiątkową fotkę ;)



7 wrz 2016

Dawne klimaty cz.1 - powrót do Lublina 2016 r.

Dawne klimaty cz.1 - powrót do Lublina 2016 r.


Tym razem, zatrzymując się w Lublinie, w drodze do Zamościa, postanowiłam odpocząć od upału i zgiełku miasta w skansenie Muzeum Wsi Lubelskiej, w miłym towarzystwie.
Można do niego dojechać z przystanku przy dworcu PKS, prawie pod samą bramę,  autobusem miejskim nr. 18.

Jak zwykle podróżowałam z walizką na kółkach, którą jak sądziłam zostawię ( jak zwykle ) gdzieś w pomieszczeniu muzealnym. Na miejscu jednak okazało się, że dyrekcja nie przewidziała możliwości zostawienia bagażu, co według mnie w obecnych czasach jest żenadą. 
Koniec końcem z wielką łaską pozwolono mi zostawić walizkę, inaczej bym oddała bilet i nie weszła tam, bo ciągnąć walizki po piachu, kamieniach, po tak dużym terenie, nie uśmiechało mi się.

Pozytywnie zaskoczył mnie bardzo naturalny efekt aranżacji przestrzeni skansenu, oraz fakt, że był to chyba największy obszar skansenu jaki widziałam. Podzielono go na strefy regionalne i tematyczne: Wyżyna Lubelska, Zespół dworski, Miasteczko, Roztocze, Nadbuże, Powiśle, Podlasie. 
Przy każdej z nich jest ustawiona tablica informacyjna z mapką budowli, oraz z krótkimi opisami regionalnych produktów kulinarnych.

W skansenie wydzielono miejsca na pola, łąki, sady ( dojrzewające jabłka kusiły by ich skosztować, ale spacerująca ochrona obiektu skutecznie zniechęcała swoją obecnością do takiego podkradania ;) ) , wśród których umieszczono chałupki i budynki użyteczności publicznej.




Całość tworzy spokojne, naturalne miejsce a wraz ze stawami, miejscem na ognisko, oraz zadaszonymi drewnianymi wiatami ze stołami i ławkami, miejsce nawet całodniowego wypoczynku.




Przydrożne, wiejskie kapliczki bielą się wśród zieleni, a na wzgórzu za mostkiem widać drewniany kościółek.


Po drodze jak na prawdziwą wieś przystało, spotykamy kota. Kot jak to kot, nie ominął nas, nie połasiwszy się do nóg.


W sektorze "Miasteczko" jest wybrukowany ryneczek, na którym rozkładają się stragany z rękodziełem. Podziwiamy wyroby z lnu, jak serwety, szale, ozdobione szydełkowymi wykończeniami. Lniane i bawełniane, kolorowe przytulanki dla dzieci, zerkają na nas wyhaftowanymi oczyma. Ręcznie zdobione techniką decoupag'u drewniane skrzyneczki i pojemniczki przyciągają wzrok.

Wśród wyrobów rękodzielniczych znaleźć można także wyroby regionalnej kuchni, jak przetwory, chleb, ciasta, nalewki alkoholowe. Nie brakuje też pszczelarzy ze słoikami różnego rodzaju miodów. Mogłam zrobić degustację i oczywiście skorzystałam z tej możliwości. Próbuję dwóch miodów, których do tej pory nie miałam okazji jeść: spadziowego i z dzikich malin, oba pyszne, przy czym spadziowy nieco ostrzejszy.


Po degustacji zaglądamy do wnętrz budynków użyteczności publicznej rozmieszczonych w tym sektorze.
Jest więc restauracja  ( z chęcią bym sobie zamieszkała w takim domku ;) ) :



W tylnej części budynku znajduje się gabinet lekarza dentysty, niewiele się chyba zmieniło w jego wyposażeniu, natomiast chciałabym mieć takie ceny za leczenie zębów jak z tego cennika :D

Zwróćcie uwagę na droższe wypełnienie srebrem (20 zł ) niż porcelaną (10 zł),która ma taki sam koszt jak amalgamat w tym cenniku, a dzisiaj porcelana jest chyba najdroższym ( poza złotem ) wypełnieniem.
My się uwsteczniliśmy, ponieważ obecnie wypełnienia takie ( porcelana ) są luksusem ( bo są bardzo drogie) a są nietoksyczne, niezwykle trwałe i szczelne , że ząb się pod nimi nie psuje, tak jak ma to miejsce przy wypełnieniach kompozytowych.


Po drodze można wstąpić do fryzjera, który dla źle wychowanych klientów wywiesił tabliczkę z uprzejmą prośbą ( prawa fotka poniżej ) ;D


Mijamy budynek urzędu pocztowego....


W podwórku jednego z budynków zauważamy drewnianą toaletę...jednak okazuje się ona tylko eksponatem , z którego nie można skorzystać :D



Tutaj cz.2:  Dawne klimaty - Gry i zabawy - powrót do Lublina 2016 r.




23 sie 2016

11 sie 2016

Zamość - Na lwy by... - wehikuł czasu z tęsknoty za latem

Zamość - Na lwy by... - wehikuł czasu z tęsknoty za latem.


W dniu, w którym koleżanka była w pracy, postanowiłam sobie pójść do ZOO. 
Lubię zwierzęta, toteż jeśli w danej miejscowości jest ogród zoologiczny, to staram się go odwiedzić. W różnych krajach są one trochę inaczej prowadzone. 
W Polsce maja charakter raczej "zamknięty", czyli zwierzęta są w klatkach, za szybami, lub na oddalonych od zwiedzających wybiegach, podczas kiedy np. w Portugalii czy Hiszpanii miałam okazję być w dwóch ogrodach, w których stawiano na jakiś kontakt ze zwierzętami. Zminimalizowano wrażenie "klatkowe", wybiegi były bardziej wkomponowane w całość przyrodniczą parku, otwarte a nie za szybami.  Dlatego też bardziej mi się podobały. 
W Polsce też się chyba już to zaczyna jakoś zmieniać powoli, w podobnym kierunku 

Moim celem w zamojskim Zoo było głównie zobaczenie tych zwierzaków , które lubię najbardziej: dużych kotów, głównie lwów i tygrysów, białego niedźwiedzia, słonia, surykatek o ile są.
Uwielbiam też naczelne, zwłaszcza goryle, lecz smutno mi patrzeć na nie w klatkach, są przecież tak bliskie nam, mają bogatą i złożoną psychikę, życie emocjonalne. Powinny być na wolności, więc w zoo nie lubię ich oglądać, bo mi ich żal. Chciałabym zobaczyć w naturze.

To kolejny dzień upałów. Wybrałam się autobusem miejskim i "wylądowałam" na tyłach zoo, o czym poniżej w nagraniu:


Przed wejściem powitał mnie dość groźnie wyglądający, metalowy nosorożec.


Wykupiłam zniżkowy bilet i spacer zaczęłam od papug - amazonek, które mają najlepsze zdolności jeśli chodzi o naśladowanie mowy ludzkiej. Ptaki siedziały, niezbyt aktywne, ale przynajmniej je było widać...Bo na wybiegach dla ssaków panowała totalna martwota i pustka...

W tym zoo nie było zwierząt!   Powinni oddać kasę za bilety. :D

Upał dawał się we znaki nie tylko ludziom, zwierzęta były mądrzejsze niż ja, nie miały zamiaru wychodzić ze swoich boxów umieszczonych wewnątrz budynków.

O!...coś się rusza... to niewielki kangur przycupnął w cieniu.


Szukałam kotów z nadzieją, że lubią się wygrzewać na słońcu. Sądziłam że mają to w genach. Niestety, próżne nadzieje, ani tygrysów ani lwów nie było widać.
Na jednym z wybiegów za szybą, z dużych kotów, wylegiwały się tylko w cieniu dwa, półprzytomne rysie.


Upał zaczyna mi doskwierać, czuje lekki ból głowy, ale robi mi się dziwnie słabo. Decyduję się więc na przerwę w cieniu drzew, nad stawem  - królestwem pelikanów i kaczek.


Uzupełniam płyny, zjadam kanapkę a potem leżę czekając aż lepiej się poczuję.

W końcu postanawiam poszukać łazienki, co jakoś nie jest łatwe, w końcu trafiam na nią. Moczę zimną wodą bawełnianą, cienką chustę, którą dotąd zasłaniałam dekolt przed "usmażeniem", owijam nią czoło i potylicę pod kapeluszem.
Zdejmuję cienką płócienną koszulę i ją także zamaczam w zimnej wodzie, wykręcam i wkładam mokrą na siebie z powrotem. Wychodzę znów na żar. Jest mi lepiej dopóki chusta nie zagrzeje się a koszula nie wyschnie.
 Co jakiś czas wracam do tej łazienki lub wchodzę do innej w innej części ogrodu i powtarzam ten zabieg, nie chcę tu zemdleć w tej duchocie.

Mijam nieduże "oklatkowane" wybiegi dla małp. Aż żal patrzeć w te smutne oczy.


Czas uzupełnić wodę w termosie.
W centralnej części ogrodu jest bar. Wchodzę i proszę o wrzątek "do pełna". Otrzymuję bez problemu. Przez chwilę rozmawiam z babeczką. Mówi, że mieszkające tutaj lwy nie lubią upałów, ponieważ są to lwy  mieszkające tu od dawna i przystosowane do naszych polskich, umiarkowanych, warunków pogodowych.

Pytam o żyrafy, mówi, że widziała je niedawno na wybiegu i wskazuje mi drogę.
Podążam w tamtym kierunku. Jednak żadnych żyraf nie widać, wybieg pusty!. Haha, nawet żyrafy "wysiadły" w tym upale.
Jakaś rodzinka z dziećmi tez przyszła je zobaczyć, ktoś mówi, że można wejść do środka budynku i jest oszklony wybieg. Wchodzimy... Są trzy. Na początku mają nas w "tyle" ;)


Potem jedna pani drugiej pani... do uszka...a później....


Przyglądam się dłuższa chwilę ich majestatycznym ruchom jak spacerują, to w jedną, to w drugą stronę. I znów wychodzę na żar...

Mijam hipcia. Ten to ma dobrze, cały czas moczy swoje gruboskórne cielsko i nic sobie nie robi ze słońca. Patrząc na tego leniwca, aż dziw bierze, że potrafi być szybki i agresywny.


Wreszcie dochodzę do sporego wybiegu, wspólnego dla wiewiórek przylądkowych i moich ulubionych surykatek. To zabawne zwierzątka. Słońce i żar im nie przeszkadza, więc buszują po stylizowanym na suchy teren sawanny wybiegu, co i rusz wybiegając, albo wbiegając do swoich norek.
Wybieg jest "otwarty", zwiedzających dzieli od nich tylko niewysoki murek więc, wszyscy mają frajdę z obserwacji, a dzieciaki i ich rodzice, głośno komentują ( jak dla mnie zbyt głośno, czym płoszą czasem zwierzątka )



Przechodzę do drugiej części wybiegu, gdzie królują surykatki. To podobnie jak wiewiórki przylądkowe zwierzątka stadne. Żyją w południowej Afryce, głównie na pustyni Kalahari. Wykształciły wiele zachowań socjalnych. W czasie żerowania co najmniej jedna z nich zajmuje pozycję strażnika, obserwując okolicę i w razie niebezpieczeństwa ostrzegając resztę stada. Obserwowałam surykatkę, która stojąc na dwóch łapkach i obserwując okolicę, pilnowała młodego. Jeśli gapie za bardzo hałasowali, czy ją coś zaniepokoiło, natychmiast kuliła ciało osłaniając młode.


Po jakimś czacie nastąpiła zmiana warty przy młodym.


Na koniec , poszłam jeszcze do niedźwiedzia brunatnego sprawdzić, czy już się obudził. Z tego co pamiętam, to była niedźwiedzica Masza. Wykopała sobie dołek w ziemi, pewnie by mieć wygodniej i chłodniej, która wcześniej smacznie chrapała. Można ją było obserwować na jej wybiegu, przez szybę.


Ciekawym rozwiązaniem było, udostępnienie widoku na jej wybieg obserwującym z zewnątrz ogrodu zoologicznego, czyli przechodzącym ulicą. Każdy może sobie zajrzeć przez okna, nie wchodząc do ZOO.
Jak już wyszłam, to też jeszcze tam zajrzałam, Masza przebudziła się.


Cóż, lwy zobaczę może następnym razem.



10 sie 2016

Daj władzę a poznasz. - c.d.n

Daj władzę a poznasz. - c.d.n


Dotyczy to nie tylko sfery politycznej, społecznej, ale również właśnie w mikroskali, sfery osobistej, dotykając relacji dwojga osób, o czym chcę tutaj napisać.

Jeśli chcesz poznać prawdę o człowieku, który jest przy Tobie daj mu władzę. Daj mu władzę bez warunków i zastrzeżeń. Bez "ale", bez tego bicza, który wisi w górze jako ewentualna konsekwencja w formie kary .

Kiedy dajemy władzę?


W pewnym sensie, dzieje się to  wtedy, kiedy nam na relacji z tym drugim człowiekiem zależy i ta druga osoba o tym wie. 
Wtedy kiedy czujemy sympatię lub  kiedy kochamy. Wtedy kiedy ufamy, a jeśli ufamy to i otwieramy się wobec tego drugiego człowieka w relacji.
Otwierając się natomiast, zdejmujemy niejako ochronną "zbroję", odkładamy "tarczę" i odsłaniamy "pierś", przez co stajemy się bardziej wystawieni ( i podatni)  na ewentualne zranienia i ciosy, na działania przeciwko nam.

Pozbawiamy się w ten sposób, w jakiejś części kontroli nad sytuacją, powierzamy jej część drugiej osobie. Czyli niejako oddajemy jej część władzy. W przypadku dużego emocjonalnego zaangażowania znaczną część.

Czyli :

Ufając i otwierając się, daję Ci DAR, bo za-WIERZAM Tobie, daję Ci WŁADZĘ, ponieważ dużo o mnie wiesz, możesz ją wykorzystać do budowania dobrej relacji, ale możesz też wykorzystać ją przeciwko mnie, przeciwko relacji, możesz niszczyć.


Tylko ile osób postrzega to jako DAR  i potrafi docenić to, że dana osoba akurat im za-WIERZA ?
Takie jest moim zdaniem prawidłowe postrzeganie otwartości i zaufania w relacji, opartego na szczerych intencjach, z przekazaniem władzy.

A prawidłowe postrzeganie jest tutaj punktem wyjściowym do tego, co się będzie dalej działo z tą relacją.


Pytanie co ten ktoś wybierze w jakimś momencie, zwłaszcza w takim, jak coś będzie szło nie po jego myśli, jak druga osoba wyłamie się spod "władzy", postąpi nie tak jak oczekiwał lub niewygodnie dla niego...

Czy będzie w stanie w pewnych sytuacjach wyrzec się swojego egocentryzmu i oprzeć pokusie wykorzystania tej władzy tylko dla swoich, a nie obopólnych korzyści? Czy da się poznać jako człowiek działający na korzyść relacji lub związku, skoncentrowany na budowaniu, na zrozumieniu drugiej osoby, jej sytuacji i postępowania.

Czy wręcz przeciwnie okaże się małostkowym, może manipulacyjnym, dbającym jedynie o własne ego, wykorzystującym sytuację jedynie na swoją korzyść, dla własnego dobra, bez uwzględnienia dobra i nie licząc się z konsekwencjami, jakie to przyniesie dla drugiej osoby. 

Bywa różnie, ale dzięki temu i w takich momentach, poznajemy człowieka. Poznajemy go najlepiej wtedy kiedy MOŻE. Widzimy, w jaki sposób korzysta z tego "mogę", wiedząc, że nie poniesie konsekwencji.


Jakie są narzędzia wykorzystywane w momencie nadużywania władzy?


Najczęstszym, w sytuacji, wobec kogoś,  komu "zależy", w relacji, w przyjaźni, w miłości, chyba jest:

szantaż emocjonalny


Znane jest powiedzenie "jak zrobisz to i to, będziesz taki i taki, to mamusia/ tatuś będzie cię kochać"..a jak nie zrobisz, to wiadomo...

Niestety w wielu dorosłych relacjach można się z tym spotkać. Narzędzie to bazuje na tym, że osobie "zależy" na relacji samej w sobie lub też na tej drugiej osobie, że ta druga osoba jest dla niej ważna, jako człowiek, przyjaciel, ukochany.
Bazuje na jej strachu przed utratą tej relacji, ale również strachu przed odrzuceniem jej jako osoby, co skutkuje potem obniżonym poczuciem własnej wartości ( bo to rzadko kiedy jest stałe) , poczuciem opuszczenia, samotności , czyli tym wszystkim co jest najbardziej przykrym doświadczeniem dla człowieka, bo dotyka jego istoty.

Po dwóch latach od opuszczenia mnie przez byłego, też do mnie dotarło, że zastosował to narzędzie w ważnej dla mnie sferze. Wiedział, że jest kochany, że ja swojej władzy nie wykorzystałam przeciwko niemu, ani jedynie dla siebie i swoich korzyści ( wtedy kiedy mogłam), więc swoją władzę wykorzystał ale tylko na swoją korzyść, nie dla budowania dobrego związku.
Bo równie często jak kobiety, szantaż emocjonalny wykorzystują mężczyźni, a może nawet częściej, bo to kobiety są bardziej emocjonalne zwykle.

Ostatnio też w moim odczuciu zostałam "skasowana" ( to chyba właściwe słowo, bo relacja istniała wirtualnie niestety li tylko, niestety, bo gdyby była twarzą w twarz pewnie wyglądała by inaczej ), bo nie zrobiłam czegoś tak , jak ktoś chciał, czyli nie po jego myśli tylko w/g własnego odczucia mojego dobra, a wcześniej za-wierzyłam i dałam władzę ( byłam , lubiłam, zależało mi, za-wierzyłam bo zaufałam, otworzyłam się, akceptowałam, rozumiałam,  trwałam, miałam drzwi otwarte i nie groziłam, że je zamknę "jak" itd ) jednak  czyjaś obecność dla mnie w tej relacji była niejako warunkowa ( sygnalizowane było zagrożenie skasowania konta i zerwania kontaktu przez tę drugą osobę), więc w końcu to się stało, bo nie byłam w stanie spełnić warunków. 
Czy była w tym akceptacja skierowana do mnie, czy chodziło o moje dobro?....Nie wiem, mam wątpliwości, skoro po tym zostałam "skasowana". Czułam się w tej relacji najpierw dobrze, potem różnie a teraz było mi  smutno, ale nikogo do kaloryfera nie przywiążę....

Innym razem od pewnego faceta, rozmawiając hipotetycznie o pewnej sytuacji,  usłyszałam " To ja bym ci nie pozwolił" i podobało mi się to, jeśli nie pozwolił by ze względu na troskę o mnie, a nie na swoje ego.

Kiedyś byłam świadkiem sceny, w środowisku studenckim, kiedy dziewczynie nie podobała się koszula jaką założył chłopak, wskazała mu inną, ale on nie bardzo miał ochotę się przebierać. Ona w końcu powiedziała :

- Jak nie zmienisz tej koszuli, to z Tobą nie idę.

Facet miał skonsternowaną minę, z jednej strony, jego męskie ego nie pozwalało mu ulec, z drugiej strony wiedział, że jak nie ulegnie to będzie foch, nigdzie nie pójdą i w nocy zero seksu. W końcu ociągając się, koszulę zmienił.

Niby śmieszne, niby banalne....ale tak się zaczyna, z czasem taki szantaż się powtarza.
Pół biedy , jeśli dotyczy mało ważnych rzeczy, na które można się dla świętego spokoju zgodzić. Gorzej jak zaczyna dotyczyć rzeczy ważnych dla danej osoby, dotykać jej osobowości, zdrowia, wartości.

Szantaż wcale nie musi być zwerbalizowany, to też takie formy jak karanie za jakieś zachowanie przy pomocy focha, milczenia ( tzw. "ciche dni" ), agresji, odrzucenia, obojętności, czyli właśnie w domyśle " jak nie zrobiłeś tego czy tamtego, nie zachowałeś się w sposób oczekiwany, to ja Cię nie będę lubić, kochać, interesować się tobą itp. , to cie za to ukarzę ".

Po czasie uświadomiłam sobie, że wobec mnie też taki szantaż niezwerbalizowany zastosował "były i niedoszły", i cóż tak się stało kiedy miałam dobre intencje i jak wyżej opisałam, dałam "władzę" poprzez zaufanie i szczerość i za-wierzenie. Przy czym dzisiaj wiem, że tamten człowiek zwyczajnie nie chciał niczego rozumieć a wtedy kiedy tak się zachował już pewnie wiedział i powziął plan w swojej głowie, że jestem w jego życiu tylko na jakiś czas ( ale że jeszcze coś z tej znajomości "wyciągnie ") i stąd w myśl jego handlowego podejścia do związku, już pewnie nie inwestował za dużo.

Zrobił mi kiedyś takiego focha i jednocześnie ukarał obojętnością, niewerbalną, niefizyczną ale dla mnie odczuwalną agresją, że aż się popłakałam tak było mi przykro.

Pojechałam  wtedy do niego do Londynu ( odrzucając wcześniej ofertę pracy załatwianą "po znajomości", której nie było sensu przyjmować po to, żeby za jakiś czas porzucać, bo on nie chciał mieszkać w Polsce a związki na odległość nie mają sensu ) na kilka miesięcy, póki nie skończy mu się kontrakt. Zdana byłam tam na niego całkowicie ( więc w takim znaczeniu tez miał władzę ) bo nie znam języka ( jakieś marne podstawy podstaw ), więc bałam się gdziekolwiek ruszyć sama, nie licząc drogi do British Museum i z powrotem ( bo dojeżdżało się tylko jednym czy dwoma autobusami, więc dawałam radę, metra nie znosiłam )
Nie pracowałam, bo nie miałam tam wtedy szansy na pracę, robiłam tylko dorywczo, zdalnie jakieś zlecenie czy dwa, zdobywając w ten sposób doświadczenie w nowym zawodzie ( niedawno się musiałam przekwalifikować i zaczynać drogę zawodowa od nowa, co w moim wieku jest bardzo trudne  ).
Zbliżał się czas wyjazdu do Polski. Grudzień, okres przedświąteczny. Wcześniej wpadłam na pomysł , by zrobić szydełkowe aniołki i sprzedać je, w ten sposób zarobić przysłowiowych parę funtów, które po zamienieniu na złotówki zawsze jakoś by zasiliły moją kieszeń po powrocie do Polski ( bo nikt mi pieniędzy nie dawał a czekały mnie badania odpłatne, wizyt prywatne u lekarza itd. ).  Poszliśmy więc raz z tymi aniołkami, by je sprzedać na ulicy. Niestety poszliśmy o zbyt później porze. Sprzedałam tylko jednego aniołka.
Poprosiłam , żeby poszedł ze mną jeszcze raz , o lepszej porze dnia i w inne miejsce, bo wiadomo, że bałam się sama ruszyć nie znając języka i miasta, poza tym raźniej jednak tak na ulicy stać we dwoje. i czas też szybciej płynie. Nie bardzo miał ochotę, ale w końcu poszedł.
Poszedł, ale z taką obrażoną i wściekłą miną, ani razu się nie odezwał, za rękę mnie nie złapał, zajechaliśmy na miejsce, szedł obok a ja się czułam jakby szedł obok mnie obcy, nie znający mnie, w dodatku nieprzyjazny mi człowiek, który jakby nie znał celu, ani sytuacji czy motywacji.
Nie zdążyliśmy jeszcze dojść i stanąć na miejscu, a nie wytrzymałam tego. Nie pamiętam dokładnie, co wtedy powiedziałam, chyba to, że nie chcę żeby się zmuszał do bycia tu ze mną, bo ja nie chcę łaski i żebyśmy wracali.
Mijając kosz na śmieci, tylko z szacunku do własnej pracy nie wyrzuciłam tych aniołków do niego...
Popłakałam się, tak bardzo było mi przykro, że człowiek, z którym jestem w związku, który dla mnie jest ważny, który deklarował , że ja też jestem, ma mnie gdzieś, bo tak to czułam. ( wymagał, by kobieta pracowała, zarabiała na styl życia, ale nie wspierał w tym, jak mu było niewygodnie, a ja nawet nie tyle na styl życia chciałam zarobić, ale na zabezpieczenie zdrowia )

To był taki chyba pierwszy ważny sygnał i zapowiedź tego jak ta relacja się skończy za jakiś czas, jak stanie się mu niewygodnie...jak nie będę w stanie spełnić w bliżej określonym czasie "wymagań" bez zaangażowania z jego strony.



Konsekwencje szantażu

Efekty są dwa.

Jedna osoba godzi się na taką uległość i przechyla szalę władzy tylko na jedną stronę, w kierunku osoby używającej takiego narzędzia, jak w przypadku pewnego mężczyzny około 50-tki, który na moje: " To niech pan powie o tym żonie..." skwitował :

- Tak,  a potem nie było by ani seksu ani obiadu...Wolę nic nie mówić.

To bardziej szantaż bytowy, niż emocjonalny, niemniej jednak podobne narzędzie.

I pewnie przez całe małżeństwo ta jego relacja tak wyglądała. Patrząc jednak z boku powierzchownie, to tworzyli obraz udanego małżeństwa, tylko czy obie osoby są w nim szczęśliwe?

Ludzie godzą się na to, bo już w tym tkwią, na zasadzie przyzwyczajenia, "mniejszego zła", albo " bo tak już jest", "bo tak musi być", " bo takie są kobiety/ mężczyźni", bo nie znają czegoś innego i nie myślą, że może być inaczej, a że w jakimś stopniu jest wygodnie to w tym tkwią.
Z drugiej strony dla niektórych to wygodne, w zamian za rezygnację z części siebie samego, jest odciążony z odpowiedzialności, bo zawsze może powiedzieć "to nie ja". ( ale o tym kiedy indziej w innym poście).

Inną konsekwencją wykorzystywania szantażu emocjonalnego lub bytowego jest obrona przed nim, jeśli osoba , której dotyka uświadomi sobie , że ma miejsce i się na to nie godzi.
Obrona w formie ataku ( co jest najgorszą opcją i rujnującą  ), lub uświadomienia drugiej osobie jak postępuje i że się na to nie godzimy.

I tutaj albo zacznie się dialog i wspólna praca nad relacją ( tak wspólna a nie że ja się obrażam a ty się sam/a zmieniaj ), jeśli obu osobom na niej zależy bo obie miały czyste intencje. Stosowanie szantażu emocjonalnego może być kalką wdrukowaną przez rodziców i nie musi być uświadomione, ten człowiek nie musi  mieć od razu złych intencji.

Dialog i wspólna praca nad relacją jest możliwa tylko w tym przypadku, gdy władza została wykorzystana niecynicznie i nie w złym celu, a na zasadzie , że ktoś się zagalopował...bo miał niewłaściwe postrzeganie za-wierzenia i płynącej z niego władzy jako daru.


Jeśli jednak wykorzystanie danej władzy odbywa się na zasadzie  "dam palca a odgryzie rękę", bo za-wierzenie i związana z tym akceptacja, cierpliwość, wyrozumiałość, jest postrzegane przez kogoś totalnie błędnie, jako słabość ( a nie siła, którą naprawdę jest ) lub naiwność drugiego człowieka ( a nierzadko jako frajerstwo, co już jest chore ), którą można wykorzystać bo "wolno", to mamy jasność, jak ten drugi człowiek traktuje nas, relację, jaki ma stosunek w ogóle do ludzi i jakie ma intencje.

Myślę, że takie doświadczenia dla wielu nie są obce, ja też w taki sposób przekonywałam się co siedziało w innych ludziach, z którymi miałam relacje, czy mieli czyste intencje , czy nie.
Czy potrafili docenić moje zaufanie jakim ich obdarzyłam, za-wierzenie, oddanie tej części władzy im przeze mnie , lub nienadużywanie władzy z mojej strony, jeśli to oni dzielili  się nią ze mną.
Sama też odczuwałam strach przed odrzuceniem , na którym bazował czyjś szantaż.

Myślę też, że wiele osób ma złe doświadczenia w tym względzie, stąd potem strach przed zbliżaniem się, nawiązywaniem realnych bliższych relacji z innymi ( zwłaszcza płcią przeciwną, bo w kontaktach z nią budujemy swój pozytywny lub negatywny obraz co ma ogromne znaczenia dla jakości całego życia, dlatego tak ważne są tu pozytywne informacje zwrotne ), stąd realizowanie potrzeby kontaktu z drugim człowiekiem tylko przez internet, dające namiastkę bliskości bez ryzyka lub z minimalnym ryzykiem, bo zawsze przecież można zamknąć  okienko komunikatora, zmienić nick albo zniknąć.

Wiele osób jest obecnie chyba emocjonalnie "uszkodzonych" i niestety ale to się pogłębia , rozszerza.
Sprzyja temu konsumpcyjny trend, również w relacji człowiek- człowiek. Jak w tej reklamie " nie ma nic za darmo", wszystko jest warunkowe, jednorazowe, krótkotrwałe, "wycisnąć więcej" ( ulubione hasło pewnego faceta którego kiedyś znałam, a który mi powiedział "udawałem, że mi zależy bo myślałem, że jeszcze coś z tej znajomości wycisnę"...to coś podobnie jak były ) potem zabiera się zabawki i idzie do innej piaskownicy.


Inny kontekst nadużywania władzy dotyczy sfery seksualnej, w której działają hormony a więc uzależniają i czynią "poddanym", w takiej sytuacji seks jest często narzędziem władzy.

Jeszcze inny kontekst dotyczy sfery finansowej np. w związku małżeńskim, gdzie żona nie pracuje i jest na utrzymaniu męża, oraz odpowiedzi na pytanie czemu kobiety chcą pracować ( wcale nie dlatego, że lubią )


Innym narzędziem władzy, jest niszczenie miłości własnej, czyli obniżanie poczucia własnej wartości drugiej osoby.




więc c.d.n  jak wypiję kawę i się obudzę ;)