Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podróże > Historia jednego zdjęcia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podróże > Historia jednego zdjęcia. Pokaż wszystkie posty

12 maj 2017

Teide, szczyt na który nie weszłam - wehikuł czasu 2009 r. - Teneryfa

Teide, szczyt na który nie weszłam -wehikuł czasu 2009 r.-Teneryfa


Post z dedykacją dla S. 

Podczas pobytu na Teneryfie, jednym z miejsc zwiedzania miał być Pico del Teide, czynny wulkan pośrodku wyspy. 
Jest on najwyższym szczytem w Hiszpanii i jednocześnie najwyższym na oceanie atlantyckim, liczy 3718 m.nad poziom morza, i od swojej podstawy na dnie morza - 7500 m.
Sam wulkan i obszar kaledery wokół niego należy do parku narodowego. Kaledera to zagłębienie , które tworzy się na skutek erupcji wulkanu, jest ona też jedną z największych na świecie i ma 15km średnicy. Aż strach wyobrazić sobie co się dzieje jak taki wulkan wybucha... Ostatnia erupcja miała miejsce w 1909r. 

Teide ma charakterystyczny kształt, taki, jaki pewnie każdemu kojarzy się z wulkanem - stożka, który powstał na skutek szybkiego zastygania wydobywającej się podczas erupcji lawy, tworzącej coraz wyższe "piętra".

Prawie na sam szczyt można wjechać kolejką linową Teleferico ( TUTAJ )
Na sam szczyt wulkanu nie można sobie ot tak wejść. Potrzebne jest zezwolenie, które załatwia się wcześniej na konkretny dzień i godzinę ( bez opłat ) > TUTAJ
W styczniu czy lutym trasa może być zamknięta, ze względu na warunki atmosferyczne.

Niestety tzw. siła wyższa stanęła nam na drodze, najpierw przeziębienie dopadło mojego towarzysza podróży, potem po wędrówce w wilgotnym i zimnym lesie Gomery mnie dopadło zapalenie gardła. 
Tym sposobem mieliśmy dwa, trzy dni w tzw. "plecy" pod względem czasowym, więc musieliśmy zrezygnować z wycieczki na Teide, również z braku kondycji fizycznej, głównie już wtedy mojej, bo za słaba byłam przez tę infekcję, a jednak znaczna wysokość, rozrzedzone powietrze, opary wydobywające się z krateru, duża zmiana temperatury ( nad morzem kilkadziesiąt stopni , w górach nawet do kilku stopni i wiatr ), to spory wysiłek dla organizmu.

Nie wybraliśmy się tam, z myślą, że jeszcze kiedyś tu wrócimy.

Odlatując zobaczyłam tylko majestatyczny wierzchołek nad morzem chmur, podświetlony zachodzącym słońcem...
Ja już nie wróciłam.








3 paź 2016

M jak Misiek

M jak Misiek



Misiek był ( piszę "był" bo pewnie już nie żyje, nie mam kontaktu ze znajomymi od kilku lat, a wtedy nie był już młodym psem ) psem zaprzyjaźnionego ze mną małżeństwa. Jeżdżąc po Polsce zawsze zabieraliśmy go ze sobą.
Trzeba się było liczyć z tym, że w samochodzie  będzie pełno jego rudej sierści, na naszych ubraniach też. Nie będę udawać, że mnie to nie wkurzało ;) , jednak Miśka mało to obchodziło, pchał się z mordą na kolana i wylegiwał na siedzeniach.

Mówili o nim "pies przewodnik", bo w górach zawsze potrafił wybrać właściwą dróżkę, nawet jak właściciele pomylili szlak. Mimo wieku, dawał radę kondycyjnie.

W trakcie zwiedzania różnych obiektów, jego miła mordka wzbudzała powszechną sympatię i często dostawał wody do picia od ludzi pilnujących obiektów, czy autochtonów. Potrafił się znaleźć towarzysko i wkraść w serca wszystkich  ;)

Odwiedził z nami wszystkie miejsca, tylko w jednym miejscu, w Golubiu Dobrzyniu, nie pozwolono mu wejść na dziedziniec zamkowy i został z właścicielem za bramą. Dlatego nie podobało mi się to miejsce i ci ludzie.

W czasie jednego z wyjazdów na Dolny Śląsk, do krainy wygasłych wulkanów ( tak, w Polsce też kiedyś były wulkany, o czym nie każdy wie ), weszliśmy na Ostrzycę (501 m.n.p.m ) we wsi Proboszczów.
Wiedzie tędy szlak na sam szczyt, ostatni etap po schodkach ( ostatnio byłam tam sama kilka lat temu , szlak był nieco zaniedbany po przejściu wichur i zwaleniu drzew, ale dało się nim przejść , jak wygląda teraz nie wiem ), czas potrzebny na dostanie się tam to ok 30 minut.
U podnóża góry zrobiony jest parking z miejscem na ognisko i ławeczkami. Wtedy był dziki i kameralny, teraz się skomercjalizował jak wszystko i zrobiono miejsce biwakowe bardziej uporządkowane, więc podejrzewam , że spokoju już tam nie ma... ( szkoda mi tych kiedyś bardziej dzikich i mało znanych terenów, gdzie nie było tłumów turystów, jest ich coraz mniej, stają się zadeptywane  )

Ostrzyca jest kominem wygasłego wulkanu sprzed ok.5 mln. lat,  z jej szczytu rozpościera się widok na całą okolicę. Nazywana jest Śląską Fudżi- jamą. Na samym szczycie było skalne wgłębienie, pewnie pozostałość krateru, obok rosły krzaki dzikich róż, które wyglądały pięknie jak kwitły , w dodatku pachniały.
To wszystko tworzyło romantyczny klimat.

Kiedy byłam tam za trzecim razem, krzaki róż, już nieco zarastały wgłębienie. Obecnie nie wiem jak to wygląda.

W każdym razie podczas tej wycieczki ze znajomymi, Misiek od razu znalazł sobie miejsce do wypoczynku, i jakby był u siebie, wymościł się we wgłębieniu skał i przysnął. Wzięłam z niego przykład, ułożyłam się na skalnym wgłębieniu obok, przytulając do "pluszaka" :)


Znalazłam jeszcze inne zdjęcie Miśka z chwili wcześniej albo później:



Nie patrz na słowiankę gdy prowadzisz samochód

Nie patrz na Słowiankę gdy prowadzisz samochód



To był dobry czas , jakieś 7 lat temu, miałam wtedy w sobie dużo nadziei i sporo chwil radości.

Wyjazd we wrześniu  na kilka dni w Góry Świętokrzyskie, było nadzwyczajnie ciepło jak na tę porę roku. Po wdrapaniu się na Łysą Górę ( jedną że świętych gór pradawnych Słowian, gdzie było sanktuarium i do dzisiaj są ślady kamiennego wału ), od strony Nowej Słupi ( tzw. drogą królewską ), zeszliśmy z drugiej strony i udaliśmy się szlakiem prowadzącym przez całe  Łysogóry, aż do ŚW. Katarzyny, gdzie zazwyczaj zawsze nocowałam.

Po drodze wygłupialiśmy się trochę. W momencie mijania pola rzepaku wpadłyśmy z koleżanką na pomysł zrobienia sobie w nim, sesji zdjęciowej. Było bardzo spontanicznie, radośnie ( i ta radość została zapisana na fotkach ). Słonko świeciło, było bardzo ciepło, a że wokoło nie było domów i żadnego człowieka, więc można było się powygłupiać i zdjąć bluzki.

Po skończonej sesji zdjęciowej stałam na poboczu asfaltowej drogi,  z rozpuszczonymi jeszcze włosami, zaczynając je zaplatać w warkocz. Przejeżdżał jakiś samochód. Nagle słychać było pisk opon, oraz śmiech koleżanki i przyjaciela, którzy powiedzieli, że jestem niebezpieczna z tymi włosami i nie powinnam stawać na poboczu drogi.  Nie wiedziałam co się stało.

Powiedzieli mi potem, że kierowca samochodu, który przejeżdżał tak się na mnie zagapił, że nie zauważył nadjeżdżającego zza zakrętu innego samochodu i doszło by do zderzenia.

No cóż, słowianki powinny wybierać pole rzepaku z dala od drogi asfaltowej a kierowcy zdecydowanie powinni patrzeć przed siebie, a nie na pobocza ;)

Ten cykl fotek tak się spodobał pewnemu mojemu koledze, że wymyślił ( już nie pamiętam dokładnie jak to było ) powiedzenie "idę w rzepak" , co oznacza sen i marzenia senne.
Od tej pory czasami zamiast dobranoc , używamy tego kodu i mówimy sobie wzajemnie :  " idę w rzepak " :D


Pamiętam była jesień... - mała demolka na dworcu w Kielcach

Pamiętam była jesień... - mała demolka na dworcu w Kielcach


Pamiętam była jesień, wyjazd w Góry Świętokrzyskie.

W jeden dzień zaplanowaliśmy sobie zwiedzanie jaskini Raj w Kielcach, stamtąd udaliśmy się szlakiem przez las w kierunku Chęcin, gdzie znajdują się ruiny zamku. Po drodze zobaczyliśmy fajny, nieczynny już kamieniołom. 

Wpadliśmy na pomysł, że wracając kupimy po drodze kiełbaskę, jabłka i zrobimy sobie ognisko ( o ile uda nam się rozpalić wilgotne gałęzie, bo wcześniej mżyło ) na półce kamieniołomu, z widokiem na zamek w Chęcinach i będziemy przy nim oglądać zachód słońca, a potem szybciutko ( bo nie mieliśmy latarki) się ewakuujemy przez krótki odcinek lasu do najbliższej drogi, gdzie znajdował się przystanek busów, skąd się udamy do Kielc.

Plan był dobry. Było fajnie ( może kiedyś ten wyjazd opiszę oddzielnie ). Dojechaliśmy do Kielc i udaliśmy się na dworzec busów, skąd mieliśmy mieć ostatni transport do Św. Katarzyny, gdzie nocowaliśmy. 
Niestety nie przyjechał,bo pewnie kierowcy się nie chciało, a tu noc, jesień, zimno, wilgotno, my zmęczeni całodzienną wędrówką.

Byłam wściekła jak dawno nie byłam , mój współtowarzysz podróży jeszcze mnie takiej nie widział, jak rzuciłam soczystą wiązankę kwiecistych epitetów pod adresem nieobecnego kierowcy busa ;)
Na koniec, by wyładować złość i poinformować innych przyszłych pasażerów, klientów tej firmy, pomazałam tablicę z rozkładem jazdy, co widać na fotce.

Problem jednak pozostał, bo utknęliśmy w Kielcach, bez pieniędzy na nocleg. 
Były trzy wyjścia: pojechać taksówką ( z czego zrezygnowaliśmy po zapytaniu kierowcy o cenę ), nocować na dworcu PKS ( zostawiliśmy to jako ostateczność ), próbować złapać jakiegoś stopa.
Wybraliśmy trzecie wyjście.
Kierowca autobusu miejskiego, który miał ostatni kurs, był na tyle życzliwy, że zawiózł nas specjalnie do jakiejś drogi, gdzie polecił stanąć na stopa. No to stanęliśmy.

Robiło się coraz zimniej, nikt się nie zatrzymywał. 

Doszłam do wniosku, że kierowcy mogą myśleć że stoi dwóch facetów, bo byłam w spodniach , kurtce z kapturem i plecakiem , w dodatku było już ciemno, więc boją się zatrzymać.
Zdjęłam więc kaptur i rozpuściłam włosy ( choć uszy mi już marzły ). 
Po chwili ktoś się zatrzymał. Spytałam czy jedzie w naszą stronę, powiedział że nie, że skręca gdzieś wcześniej i nie dojeżdża do naszej miejscowości, ale po chwili zastanowienia powiedział, że nadrobi trochę drogi i nas zawiezie :)
I tak moja wiara w ludzi znów dostała potwierdzenie, że warto w nich wierzyć.




Skorodowany Poldek, dlaczego warto było nim jeździć

Skorodowany Poldek, dlaczego warto było nim jeździć


Jeździłam kiedyś z zaprzyjaźnionym małżeństwem na wycieczki weekendowe po Polsce, czyli dwa dni w drodze, to tu, to tam na jakiejś trasie, zatrzymując się w wybranych ciekawych miejscach i zwiedzając, odpoczywając. Najczęściej to były spontaniczne wyjazdy.
Jeździliśmy starym, polonezem, w którym również nocowaliśmy.

Nie podniecam się samochodami, nawet się na nich nie znam i nie odróżniam marek, jednak ten samochód zasługuje na krótki opis :D

Okazuje się, że mając taki samochód kierowca czuje się wygodniej na drodze, ponieważ wszyscy inni, którzy mają lepsze ustępują miejsca. No bo kto by chciał mieć zarysowany nowy, super wypasiony samochód ? Zdają sobie sprawę z tego, że takiemu jak na fotce poniżej, już nic nie zaszkodzi, więc kierowca niewiele ma do stracenia ;)

Inną zaletą tego skorodowanego Poldka było to, że wjeżdżając do jakiejś "dziurki" z zamiarem przeczekania upału nad jeziorem i pytając miejscowych o jeziorko w pobliżu, słyszało się taką odpowiedź:

- Eee... Paaanie, jeziorko to trochę dalej jest jedno... - odpowiadał napotkany autochton.

Jednak po spojrzeniu na samochód i chwili zastanowienia, rozwijał odpowiedź w innym kierunku :

-  Ale widzę, że wam mogę powiedzieć... My tu mamy swoje jeziorko takie , tylko dla miejscowych. Nie mówimy o nim obcym , bo wie Pan , jak ta warszawka nowobogacka  by tu zjechała... Jakbyście mieli inny, bardziej wypasiony samochód to bym wam nie powiedział, a tak, to....

I tu zaczyna nam tłumaczyć w który zakręt skręcić... :D 
Jeziorko okazało się piękne, z bardzo czystą wodą, rybami i rakami w niej ( tak czystej wody wtedy dawno już nie widziałam ). 
Miejscowi zrobili sobie mały drewniany pomost, nawet zagrodzili bojkami fragment wody, robiąc brodzik dla dzieci. Było mało ludzi, cicho i spokojnie. Odpoczywaliśmy tam pól dnia a na koniec można było sobie jeszcze zjeść rybkę w pobliskiej smażalni.

Tyle zalet.

Przypomniało mi się jak na tej wycieczce, w drodze powrotnej, zwiedzaliśmy Płock. Była niedziela.
Zaparkowaliśmy naprzeciwko katedry, zamierzając udać się stamtąd nad Wisłę.

W związku z tym taki obrazek: 

Niedziela, ludzie idą do kościoła, na parkingu parkują swoje czyściuteńkie samochody, ubrani na "galowo".
My wysiadamy ze skorodowanego, zakurzonego dwudniową jazdą po terenie różnym , obesranego przez ptaki samochodu, ubrani zdecydowanie nie na "galowo", w wymiętych ubraniach. 
Odchodzimy, po czym ja wracam. 
Otwieram drzwi, biorę coś z wewnątrz, po czym trzaskam nimi z całą siłą, bo normalnie nie dało ich się zamknąć, po czym jeszcze z całą siłą je dokopuję, zaburzając niedzielną ciszę... :D

Kontrast mnie rozśmieszył wtedy.

W końcu sytuacja po której zrobiłam poniższą fotkę.

Wracaliśmy z Kotliny Kłodzkiej, samochód rzęził, ponieważ był straszny upał i Poldek w tych górach  nam nie wytrzymał. Coś  się zepsuło, musieliśmy ciągle dolewać wody do chłodnicy. Zatrzymaliśmy się na krótki odpoczynek. 

Kolega podszedł do maski samochodu. Stanął, popatrzył, po czym..... urwał fragment blachy i beznamiętnie wyrzucił, jakby to robił standardowo i była to najzwyklejsza rzecz na świecie  :D


2 paź 2016

Dziobem w dziub - bliskie spotkanie w Masadzie

Dziobem w dziub - bliskie spotkanie w Masadzie


Kiedy smutno i czuję się jak przyszpilony motyl, z którego powoli uchodzi życie, który może jedynie patrzeć jak inne motyle radośnie grzeją się w promieniach słońca, samemu mogąc tylko o tym pomarzyć,  przypominam sobie wtedy chwile z życia w odrobinie radości.

Kilka takich chwil związanych jest z nieoczekiwanym kontaktem ze zwierzakami.

W czasie wycieczki do Izraela, zwiedzaliśmy Masadę, twierdzę położoną  na Pustyni Judzkiej, nieopodal Morza Martwego.
Rozległy teren na skalistej górze, resztki ruin, w większości już tylko ich fundamentów lub fragmentów murów. Upał nieprzyzwoity, czyste powietrze i niesamowicie błękitne niebo.

Stoję w grupie przy kolejnym miejscu, o którym przewodniczka coś opowiadała. Wyłączam się, przestaję słuchać. 
Zagapiam się na czarne ptaki przysiadające na murku, jedyny stały i widoczny przejaw życia wśród tych ruin, oprócz mrówek i z rzadka się pokazujących jaszczurek. Ludowa legenda mówi, że są to dusze obrońców twierdzy, dzisiaj wiem, że to czarnotek arabski.

Moja współtowarzyszka podróży dochodzi do mnie i częstuje mnie ciastkiem. Jedząc rzucam ptakowi okruch, który szybko znika. Następny kładę na wyciągniętej dłoni bez nadziei jednak, że ptak się odważy. Ten mnie zaskakuje i zjada go z ręki.
Biorę kolejne ciastko i robię więcej okruchów. Po chwili nie tylko ten jeden, ale i inne zlatują się do moich rąk. Kłębią się trzepocząc skrzydłami, idzie w ruch też dziub w dziub. Biją się między sobą, kto pierwszy, kto szybciej, kto więcej.
Okulary, które mam , chronią mi oczy, lecz trochę obawiam się dostać którymś dziobem w nos.

Mam niesamowitą, dziecięcą wręcz radochę obcując z tymi skrzydlakami, nic innego w tej chwili nie istnieje, tylko ja i one, a czas się zatrzymał.

Współtowarzyszka podróży w międzyczasie robi mi kilka fotek, też ma ubaw. Po chwili sama kruszy ciastka.

Inni uczestnicy wycieczki dostrzegając sytuację powoli odchodzą od przewodniczki w naszą stronę. Zaczyna bardziej interesować ich żywy element tego miejsca, niż historia umarłych.
W pewnym momencie przewodniczka milknie, dostrzegając, że przestali jej słuchać i została prawie sama. Jej zdezorientowana mina jest bezcenna.

Dla mnie piękne niebo, fajna chwila....


20 wrz 2016

Na przejeździe kolejowym - powrót do Zamościa 2016

Na przejeździe kolejowym - powrót do Zamościa 2016


Przy okazji pobytu w Zamościu miałam okazję dowiedzieć się nieco o pracy dróżnika
przejazdowego, czyli takiego który np. pracuje przy miejskich rogatkach.
Koleżanka w czasie wolnym od pracy, odbierając swój "mundurek" pozwoliła mi na zrobienie sobie fotki w czapce służbowej na chodniku przed przejazdem ( bo do budki dróżnika nie wolno wchodzić osobom postronnym ) a potem spacerując razem ze mną po starówce opowiedziała trochę o tym, jak wyglądają obowiązki na tym stanowisku.

Wydawało by się, że to lajtowe zajęcie, bo co w tym trudnego otwierać i zamykać tzw. rogatki i w sumie na co dzień owszem, nic trudnego, tym bardziej , że obecnie wiele przejazdów ma elektrycznie sterowane zamykanie i otwieranie zapory. Można to podejrzeć stojąc na chodniku i obserwując wychodzącą z budki panią lub pana, którzy otwierają metalową skrzynkę przed budką i naciskają odpowiednie przyciski opuszczając lub podnosząc szlabany.
Tyle tylko, że no właśnie...Przejazd kolejowy należy zamknąć na 2 minuty ( w niektórych miejscach na 1,5 min. ) przed przyjazdem pociągu, no i wtedy się zaczyna...
Ile się wtedy taki dróżnik nasłucha komentarzy od oczekujących na drodze...

- A czemu pani tak wcześnie zamyka?
- Przecież pociągu jeszcze nie widać.
- Oj tam, zdążyłbym przejechać a pani się tak przejmuje.

A dróżnik ma ochotę wtedy zamknąć takiego cwaniaka pomiędzy szlabanami na torach, aż do momentu pojawienia się w oddali jadącego pociągu, by go w ostatniej chwili przepuścić.... :P

Ciekawie robi się też jak na przejeździe jest korek w ruchu samochodowym, trzeba wtedy umiejętnie i sprytnie się "wstrzelić" w lukę pomiędzy samochodami by opuścić szlabany i by nikt nie został torach a jednocześnie zachować ten czas 1,5 - 2 min.

Jeszcze ciekawiej jest, jak jedzie jakiś nieplanowany pociąg i dyspozytor dość późno zgłosi, że jedzie, trzeba reagować i zamykać  przejazd, jest stres, a jak zdarzy się, że zapomni zgłosić i dróżnik nagle zobaczy jadący pociąg, to tym większy stres.
Dlatego praca ta wymaga pewnej koncentracji, umiejętności szybkiego reagowania i jest odpowiedzialna, bo jak się wszystko toczy planowo to nuda, ale jak coś "wypadnie" z wyznaczonych "torów" to stres.

Dróżnik nie tylko otwiera i zamyka rogatki, do jego obowiązków należy też obserwowanie przejeżdżających pociągów i zgłaszanie widocznych usterek lub nieprawidłowości w ich
osygnalizowaniu mogących zagrażać bezpieczeństwu, nadzór stanu toru i podtorza w okolicy przejazdu, osygnalizowanie miejsc uszkodzeń toru oraz innych przeszkód na torze, zatrzymywanie pociągów zbliżających się do przejazdu gdy znajduje się na nim przeszkoda, pomoc gdy ktoś z jakiegoś powodu utknie samochodem na przejeździe, czy nawet odśnieżanie zimą.
Do mniej przyjemnych obowiązków należy udzielanie pomocy w wypadkach, zabezpieczanie zwłok znajdujących się na torach lub w pobliżu itd.

Niewątpliwą zaletą pracy na tym stanowisku, jak i pracy na kolei w ogóle, są prawie darmowe przejazdy koleją, więc jak ktoś lubi podróżować to jest to super bonus, bo wiemy ile dzisiaj kosztują bilety... Boli kieszeń jeśli się  jedzie pociągiem na wycieczkę z taką osobą i płaci normalną cenę za bilet, a ona 1/100 tego ;)

PS.

Po przeczytaniu tego tekstu koleżanka powiedziała:


- Trzeba było dopisać, żeby się rozglądali jak dojeżdżają na przejazd, bo dróżnicy to też ludzie, a kierowcy mają obowiązek jechać tak, żeby przed przejazdem zwolnić i się zatrzymać. Jak wjadą w rogatki to odpowiedzialność jest po stronie kierowcy.


Więc dopisałam, ot co ;)

Zważywszy na to, że droga hamowania w zależności od wagi pojazdu szynowego wynosi nawet 2 km, oraz, że lokomotywa waży 80-120 ton  doliczając do tego jeszcze ciężar wagonów, radzę sobie wziąć powyższą uwagę "do serca", a raczej "do głowy". Życie ma się tylko jedno, dzieci mają tylko jednego ojca/matkę, wnuki dziadka/babcię, rodzice syna/córkę itd.




17 lip 2016

Lublin przelotem - znajoma nieznajoma - wehikuł czasu 2015 r. - cz.4

Lublin przelotem - znajoma nieznajoma - wehikuł czasu 2015 r. - cz. 4



Po spacerze wśród zabytkowych kamienic i kościołów wyszłam przez bramę Krakowską.
Ponieważ nie zostało mi zbyt dużo czasu, a i byłam zmęczona, postanowiłam nie zapuszczać się już poza jej obręb.

Stoję więc, rozglądam się, patrzę na bramę, podziwiam.

Nagle spostrzegam młodą kobietę idącą dynamicznym, pewnym krokiem. Widać było, że się spieszy. 
Mimo, że na chwilę przystanęła przed tablicą ogłoszeń, na której wisiał jakiś plakat, ale jakby z zwieszonym w powietrzu krokiem, gotowa by go wykonać i pójść dalej. Jak postać z animacji z na chwilę zwolnioną akcją....

Po sposobie poruszania się czasem można odczytać cechy charakteru danej osoby. Ta z pewnością, była pewna siebie, przebojowa, z naturą "dyrektorską" ( jej sposób poruszania się przypominał mi moją szefową)  Tak myślę.

Nie mniej jednak, nie to zwróciło moją uwagę, a jej wygląd. Przypominała mi pewną kobietę ze zdjęć, które kiedyś widziałam, a której nigdy nie spotkałam -dziewczynę mojego niedoszłego szwagra. Znajomą nieznajomą.

Pomknęła w przejście bramy. Zrobiłam zdjęcie i zawróciłam tą samą bramą na rynek, z zamiarem posilenia się w knajpce żydowskiej, ponieważ polecił mi ją kierowca, z którym przyjechałam.
Szłam za nią. Z ciekawości, czy się mylę, postanowiłam zapytać akurat ją o drogę do "Mandragory".
Podeszłam i poprosiłam o wskazanie drogi. 
Tak, teraz już byłam pewna, że to kobieta ze zdjęć. 

Po krótkiej rozmowie, wymianie uprzejmości i uśmiechów, każda z nas poszła w swoją stronę, ona do ogródka jednej z knajpek, na spotkanie z jakimś brunetem. Ja, nieopodal, do ogródka żydowskiej knajpki "Mandragora".

Dziwne uczucie wiedzieć kim jest osoba, z którą rozmawiamy, podczas kiedy ona nie ma pojęcia kim jestem , a raczej byłam. Czułam się trochę jak James Bond. ;)



9 maj 2016

Zamość - Porwane do niewoli - wehikuł czasu z tęsknoty za latem

Zamość - Porwane do niewoli - wehikuł czasu z tęsknoty za latem



Zwiedzając miasto zawędrowałyśmy w końcu na Rynek Wielki, XVI-to wieczny plac o wymiarach 100x100 metrów, na którym stoi piękny ratusz otoczony kamieniczkami. Tak, jak i cała starówka - perła renesansu.
Po zwiedzeniu Muzeum Zamojskiego i Galerii BWA udałyśmy się ulicą Grodzką w kierunku Nadszańca.

Upał był niesamowity, więc zmęczone nim i zwiedzaniem, usiadłyśmy na chwilę w cieniu zabytkowych kamienic. Naszą uwagę zwróciła grupka mężczyzn w historycznych strojach żołnierzy, z bronią palną, idąca zwartym szykiem od strony Nadszańca.

Spytałam, czy mogłabym z nimi zrobić zdjęcie.

- Ooooj... teraz nie możemy się zatrzymać, bo idziemy zaprezentować musztrę i oddać salwę na rynku ale jak będziemy wracać to bardzo chętnie. - uśmiechnął się dowódca.

Nie poszłyśmy za nimi, by zobaczyć to widowisko, stopy nas już nie niosły :D
Był to jednak dobry czas, by jeszcze trochę odpocząć i zjeść kanapkę w cieniu. Po jakimś czasie w oddali słychać było  hurtowy wystrzał. Żołnierze wracali.

Nasz kierunek był zgodny z ich kierunkiem, więc wzięli nas do środka szyku, jak aresztantów i tak szliśmy wzdłuż całej ulicy, żartując przy tym. Ot taki swoisty happening :D

Przy bramie Nadszańca stała grupka ludzi ( pewnie różnych turystów ), spoglądających na nas z ciekawością , zdziwieniem i rozbawieniem. Może niektórzy myśleli, że "niewola" to taki planowany punkt "programu" dla turystów.
Spytałam nieśmiało, czy moglibyśmy się tutaj zatrzymać i zrobić zdjęcia ( dlatego, że dalej już było gorsze światło )

- Więźniowie nie dyskutują! Ja tutaj jestem dowódcą. - powiedział głośno dowódca a wszyscy zgromadzeni ludzie wybuchnęli śmiechem.

Fakt, musiało to wyglądać zabawnie, dwie kobiety "pojmane do niewoli". Przy czym ja w dodatku swoją długą lnianą sukienką chyba wpisywałam się w epokę i pasowałam do tej grupy.

W każdym razie, po przekroczeniu bramy po drugiej stronie, zostaliśmy sfotografowani a my "uwolnione" :D





1 maj 2016

Pewna majówka - jak Legwanica zdemaskowała macho.

Pewna majówka - jak Legwanica zdemaskowała macho



Majówka, pierwsze spotkanie, pierwsza wspólna trzydniowa wycieczka w góry na Dolnym Śląsku.
Ostatni dzień po dwudniowym włóczeniu się po górkach i zwiedzaniu różnych miejscowości. Marciszów, mała mieścinka z jednym sklepikiem, w którym "mydło i powidło", barem oraz ze stacyjką kolejową, przez którą przejeżdżał pociąg do pobliskiego Wrocławia. 
Ostatnia miejscowość, z której chcieliśmy przejść szlakiem do ciekawych kolorowych jeziorek i zawrócić wieczorem na pociąg.

Ponieważ podróżowałam już wtedy z walizką na kółkach, zostawiając ją w różnych miejscach by swobodnie móc wędrować czy zwiedzać, tym razem również miałam taki zamiar. Poszliśmy więc do baru.
W środku było trzech facetów, pewnie umierali z nudów a tu nagle napatoczyło się dwoje obcych. Wreszcie jakiś przerywnik monotonnego dnia. Zaczęły się więc pytania skąd przyjechaliśmy. Padły dwie nazwy miast ( ponieważ byliśmy z różnych regionów Polski ). 
Po usłyszeniu nazwy mojego miasta towarzystwo ożywiło się...

- Aaaa.. znamy drużynę piłkarską... my kibicujemy ... - i tu padła nazwa nie pamiętam już jaka. 

Przez chwilę przemknęła mi myśl, czy przypadkiem nie dostanę w dziubek od zagorzałych kibiców bo "reprezentuję " miasto wrogiej im drużyny, asekuracyjnie powiedziałam że ja kibicem nie jestem :D 
Po czym poprosiłam o uzupełnienie termosu wrzątkiem i możliwość przechowania walizki na czas naszej wędrówki szlakiem, aż do wieczora. Właściciel bez problemów zgodził się nią zaopiekować.

Usiedliśmy przy stoliku na zewnątrz i sprawdzając jeszcze raz na mapie naszą trasę, raczyliśmy się gorącą herbatą, która dobrze nam zrobiła bo było dość chłodno. 

Tymczasem przybyło dwóch rosłych facetów, typ macho ze zbudowaną na siłowni a może i sterydach, masą, grubym karkiem i pewnością siebie. Jednemu z nich na ramieniu siedział....duży legwan.
Pełen szpan, pewnie "łapał" na niego wszystkie laski na wsiach :D.  Nie wątpię, że przespacerowali się do baru jedynie ze względu na nas... No cóż...nie będę ukrywać, że też się dałam złapać... ale tylko dlatego, że lubię zwierzęta ;)
Efekt zaskoczenia i zainteresowania został przez niego osiągnięty. Był panem sytuacji. Zagadałam czy mogę legwana dotknąć ( no co....nigdy nie dotykałam... ), potem nawet go dostałam do potrzymania. Okazało się, że to Legwanica. Była ciężka jak dla mnie i miała ostre pazury, które wczepiły się w rękaw mojej polarowej kurtki. Dobrze, że ją miałam i to nie było moje ciało, bo by bolało :P
Ale sympatyczny zwierzak. Potem przez chwilę poleżała nam na rozłożonej mapie, powędrowała znów do swojego pana i weszli razem do środka.

Na zewnątrz zapanowała cisza, grzaliśmy się w popołudniowych promieniach słońca ledwo przeświecających przez chmury.
Nagle z baru wypadł dynamicznie, jak wystrzelony z armaty macho - właściciel Legwanicy, tym razem bez Legwanicy na ramieniu...Usłyszeliśmy:

- Kurwa! Zesraaała mi się! 

Po czym zwymiotował przed progiem....

Sytuacja była tak surrealistyczna, że z automatu zaczęliśmy oboje się śmiać, ale  hamowaliśmy się, by to nie był głośny śmiech...w końcu facet był duży... Dusiliśmy się więc śmiechem, oboje zatykając usta. Był nie do opanowania, płakałam, właściwie ryczałam, łzy ciekły mi po policzkach... Trwało to dłuższą chwilę, co spojrzeliśmy na siebie wybuchaliśmy tłumionym śmiechem od nowa... Cud, że się tam nie podusiliśmy :D

No i w sumie tyle o macho i jego Legwanicy :)  Można by rzec: 

Jaki macho jest, każdy widzi....  :D


Zawsze tę historię przypominałam sobie jak było mi smutno, ponieważ to wspomnienie mnie rozśmieszało. Teraz jest niestety trochę już inaczej, już tak nie działa, ale to inna historia.