Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dobrostan > Eko > Nasi bracia mniejsi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dobrostan > Eko > Nasi bracia mniejsi. Pokaż wszystkie posty

16 lip 2023

Ciepło - zimno

 Ciepło - zimno


Zgadzamy się chyba wszyscy, że najczęściej potrzebuje się bliskości i ciepełka.....


...ale ostatnio desperacko szuka się najchłodniejszego miejsca w domu: 


...i nie, to nie są zdjęcia pozowane ;)


Zdjęcia niestety tragicznej jakości bo popsuł się cyfrak...nie mam czym robić porządnych fot ani nagrywać obrazu czy głosu :(




16 maj 2021

Wczesnym świtem...

Wczesnym świtem...


Przed 6 rano i takie niesamowite spotkanie z koziołkiem , samcem sarny. Był dość blisko, zdjęcie robiłam z samochodu, sarny nie boją się samochodu. 

Stał bardzo długo patrząc na nas i nie ruszając się, przez chwilę miałam wrażenie, że ktoś postawił rzeźbę na swojej działce leśnej. Kiedy wyszłam z samochodu, mając nadzieję, że będzie pozował nadal, czmychnął w zarośla i tyle go widziałam. 

Byłam w tym lesie ponownie, kilka godzin później, radiowozem z policjantką ( to inna historia ) i powiedziała, że w tym miejscu w czasie poranków jest pełno saren i jeleni.


Zdjęcie technicznie kiepskawe, bo niestety nie dysponuję dobrym aparatem.


21 sty 2021

Koci łapci....- czyli jak zmienić zwyczaje kotów

Koci łapci.... - czyli jak zmienić zwyczaje kotów - dopisek



Koty wolno żyjące zasiedlają niejedną piwnicę w niejednym bloku. W moim również żyją od lat.

Ich przeciwników przekonały stada myszy i szczurów, które buszowały w piwnicach, gdy kotów kiedyś zabrakło. Teraz każdy je akceptuje, niektórzy wystawiają spodki z wodą do picia w czasie upałów, czy dokarmiają, zwłaszcza kiedy rodzą się młode.

Można zauważyć, że mimo iż co roku kotki wydają na świat młode, to nie ma nadmiaru populacji w danym bloku, czy klatce.... ponoć kotki same pozbywają się młodych zbyt słabych, albo jeśli jest ich za dużo i widzą, że nie będą w stanie ich wykarmić....Jak się pozbywają możecie się domyślić....

W mojej klatce koty były zawsze bezproblemowe aż do tego roku.... 

Pojawił się bowiem jakiś kocur chyba "obcy", zamieszkał u nas i najpewniej to trójka jego dzieci pojawiła się w tym roku w naszej piwnicy. W sumie jest piątka, dwa dorosłe i trzy młode ( poniżej na fotce młode diabełki, czują się bezpiecznie za ogrodzeniem wejścia do piwnicy )















To chyba nowy kocur przyniósł nowe niefajne zwyczaje, które to, co gorsza, przekazał młodym i zaczął się problem w postaci zrobienia kociej toalety na naszej wycieraczce pod drzwiami.

Regularnie co drugą noc była obsikiwana i obsrywana ( pisząc kolokwialnie ), no wiem co powiecie..."ciesz się że tylko co drugą noc "  :D

No nieeee...wycieraczka do wyrzucenia, na gołej podłodze też to robiły, no a ile razy można sprzątać kupy po nie swoich kotach  ;)

Przewertowałam więc net w poszukiwaniu informacji, czym można by kocury odstraszyć. Podawano różne substancje, jedne mogły zaszkodzić kotom inne miały odstraszać, ale były dla nich bezpieczne, wybrałam więc te drugie. Był to olejek lawendy, sok i skórki z cytryny oraz ocet.

Żaden nie zadziałał. 

Wpadłam więc na pomysł, że może użyć pieprzu, wszak gaz pieprzowy stosuje się do odstraszania psów. 

Rozsypałam więc wieczorem pod drzwiami pieprz. Tej nocy trzymały się z dala od drzwi. Powtórzyłam zabieg kolejnej nocy, było tak samo. Trzecia noc niestety pokazała że pieprz na koty już nie działa, nie wiem, może przyzwyczaiły się do zapachu...

Byłam zdesperowana. 

Nagle zaświtał mi perfidny pomysł, że może by tak odstraszyć przy pomocy przyciągania, wszak tam gdzie kocury mają jedzenie nie "srają", bo przecież nie są takie durne, żeby robić ubikację z jadalni.

Najbliższej nocy zrealizowałam swój chytry plan, maleńkie kawałeczki kiełbasy ( tak małe żeby ich sąsiedzi nie widzieli na podłodze ) porozrzucałam wzdłuż drzwi na całej szerokości korytarza. Chodziło mi o to, by rozsiewał się zapach jedzenia a nie o to, by się tym najadały ( w końcu ktoś musi łapać myszy w piwnicy).
Rano wszystko było zjedzone. Kolejnej nocy też i  nie było odchodów! 

Robiłam tak przez ponad tydzień, codziennie, nową wycieraczkę chowając do domu, czasem okruchy kiełbasy były zjedzone a czasem kilka zostawało. Przez dwa ostatnie dni nie rozkładałam jedzenia...

Kociary buszowały pod drzwiami, rzucały się w zabawie na drzwi, wariowały na tym korytarzu, wylegiwały się ale nie załatwiały się już.








Mam nadzieję, że ta metoda poskutkuje na przyszłość i w momencie jak przestanę wykładać jedzenie i chować wycieraczkę, nie zrobią sobie znów toalety, bo utrwali im się już, że to miejsce nie do tego celu. 

Prawdziwy sprawdzian nastąpi kiedy ludzie jesienią zaczną zamykać drzwi od klatki i koty nie będą mogły cały czas wychodzić na dwór.



DOPISEK 21.01.2021

Metoda zadziałała, mogę ją więc polecić do stosowania. 

Ktoś mnie niedawno zapytał co zrobić w przypadku gdy koty drapią ścianę. Pomyślałam, że można by ustawić drewnianą drabinkę. "Moje" piwniczne koty drapią pnie rosnących drzew i krzewów ( niestety z niezbyt dobrym skutkiem dla tych krzewów) , taką drabinkę z gałęzi można by oprzeć przy ścianie. 























4 maj 2020

Wiosna dla Was

Wiosna dla Was

Wiosna w tym roku mnie nie cieszy, ale Was pewnie tak...

Udało mi się nagrać stado jeleni.

Stadu  przewodzi zawsze łania tzw. licówka,  do której nawet myśliwi nie mogą strzelać podczas polowania, tak stanowi polskie prawo.

Jeśli przywódczyni stada zginie lub osłabnie zastępuje ją inna łania, tak dzieje się także, kiedy straci ona  młode, wtedy widocznie stado uważa, że po stracie dziecka nie jest już zdolna przewodzić.
Jelenie niestety okrutnie obchodzą się z młodym przywódczyni, kiedy ona zginie, malec taki jest pozostawiany bez opieki przez stado i najczęściej spotyka go kiepski los, niesprawiedliwe to z naszego punktu widzenia,  biorąc pod uwagę fakt, że jego matka dbała wcześniej o całe to stado....




... I "przydybany" samiec jaszczurki zwinki, który wyszedł ze swojej norki pod kamieniami na pewnym skalniaku.

Zwinki kopią norki ok 5 cm pod ziemią, długie nawet na 8 metrów z wieloma rozgałęzieniami korytarzy aby zmylić polujące na nie drapieżniki . Z tego samego powodu często zmieniają norki.

Samce łatwo rozpoznać, ponieważ mają zielonkawe boki i podbrzusze a w okresie godowym czyli w maju, przybierają jeszcze bardziej intensywny odcień zieleni  ( jak spora część samców u zwierząt muszą czymś imponować samicy i "rzucać się w oczy" ). Samiczki mają ubarwienie brązowe, skromniejsze ( udało mi się jedną "przydybać" na tej samej działce, kiedy odszukam ten film to umieszczę )







30 lip 2019

Słowiańskie ludowe przekazy o bocianach i ich sytuacja dzisiaj.

Słowiańskie ludowe przekazy o bocianach i ich sytuacja dzisiaj.



Prawdopodobnie jeszcze z rodzimej wiary wywodzą się ludowe wyobrażenia odnośnie zwierząt, które do obecnych czasów zachowały się lepiej niż te dotyczące roślin.

W polskiej kulturze przetrwały bowiem ślady, które świadczą o tym, że dawniej ludzi i zwierzęta uważano za istoty równoprawne, np. na wschodzie Polski wierzono, że niedźwiedź jest człowiekiem w skórze zwierzęcia. 

Zwierzęta miały według ówczesnych ludzi umiejętność utrzymywania kontaktów z zaświatami, wpływania na losy ludzkie, widzenia przyszłości, a w dniach zimowego czy letniego przesilenia używania mowy ludzkiej, co zresztą przetrwało w chrześcijańskich tradycjach wigilijnych, jakoby w tę noc zwierzęta mówią ludzkim głosem.

Piszę dzisiaj o bocianie, bo zainspirowały mnie do tego dwa zamieszkałe bocianie gniazda przy drodze do "mojego" miejsca bytowania bobrów.

Piewotna postać nazwy botén może pochodzić od rus.: "botat" - tupać, dyndać, "botało" - o ciężkim chodzie, "botnia"- wrzawa, "bot" - żerdź rybacka (źródło: A. Brűkner "Słownik etymologiczny j.polskiego " Kraków, Krakowska Spółka Wydawnicza, 1927 )

Bociany od dawien dawna darzone były powszechną sympatią i z niecierpliwością oczekiwano ich przylotu z ciepłych krajów na wiosnę. Uważano że powinny wrócić już 25 marca na Zwiastowanie Matki Boskiej, jeśli do tego czasu się nie pojawiały był to znak nadchodzącego nieurodzaju w danym roku.

W północno-wschodniej Polsce na powitanie ptaków wypiekano pieczywo w kształcie łapek ptaka zwane busłowymi lub bocianimi łapami, wypiekano też miniatury narzędzi rolniczych i wkładano je do gniazda.

Wierzono, że pierwsze ujrzenie wiosną bociana w locie zwiastuje dobry rok a stojącego lub siedzącego - rok będzie zły. Według innych lecący zwiastował zdrowie, nieruchomy możliwą chorobę.

Przetrwało to do dzisiaj, choć spotyka się to wierzenie również w nieco zmodyfikowanej formie, że lecący bocian zwiastuje podróże a nieruchomy nie.

"Klekotek" był również zwiastunem życia, jak gdzieś osiadł to mówiono, że dziecko w danym domu się  narodzi. Może stąd się wzięło mówienie dzieciom, że to bocian przynosi dzieci, które pokutowało jeszcze do niedawnych czasów :D

Bociany wybierają miejsce na gniazdo, łączą się w pary i potem co roku przylatują do tego samego gniazda. Przywiązują się do swoich partnerów, ale często zimują oddzielnie. Po powrocie jednego z nich, jeśli przylot drugiego partnera opóźnia  się , to bywa, że szybszy osobnik nie czeka tylko sprowadza do gniazda nowego partnera. 

Tak już to natura urządziła, że lęg musi się odbyć w określonym czasie a opóźnienie partnera zwiększa ryzyko, że nie przeżył podróży. I czasem faktycznie nie przeżywa, ponieważ w niektórych krajach tzw. "ciepłych" poluje się na bociany i je zabija, o czym w drugiej części artykułu.

Zasiedlone bocianie gniazdo dla właściciela posesji do dzisiaj zwiastuje szczęście i daje ochronę domu, dawniej wierzono, że przed piorunami i pożarami, dlatego niektórzy gospodarze obecnie celowo umieszczają na słupach wysokiego napięcia lub drzewach platformy ( np. drewniane koła od wozu)  dla ptaków "pod" budowę gniazda.

Dawniej wierzono, że jeśli w gospodarstwie gdzie mają gniazdo te ptaki, ktoś popełni zły czyn, bociany nigdy już tam nie wrócą.

Raz spotkałam ich zamieszkane gniazdo na słupie przy chodniku, w centrum miasta (Wieruszów), co prawda lepiej było nie przechodzić po tej stronie chodnika, chyba, że chciało by się mieć ozdobioną odzież tudzież włosy... :D, no ale nikt stamtąd się go nie pozbywał.

Obowiązywał zakaz zabijania bocianów, było to poczytywane za grzech śmiertelny.

Norwid pisał:

" Do kraju tego, gdzie winą jest dużą
Popsować gniazdo na gruszy bocianie,
Bo wszystkim służą... Tęskno mi Panie....
"

Z opowieści starszego mieszkańca lubelszczyzny możemy dowiedzieć  się  co spotykało zabójcę bociana:

"No, tu był taki Gobrzyński Jan, tu na Józefinie, i on wykopał sobie taką sadzawkę, taki stawek, bo tam przy łąkach był. I zaczął tam rybki hodować, ale bocian przylatywał i kradł te ryby i zjadał. I on  mówi " Trzeba tego bociana przestraszyć" I wziął, miał dubeltówkę, poszedł i strzelił w stronę bociana, jak ten przyleciał i tam łapał ryby. Ale jakoś nieudolnie, że trafił w tego ptaka i zastrzelił. To od razu ludzie powiedzieli : "Gospodarstwo się zmarnuje" I tak było. Później zaszła choroba płuc, tak zwane suchoty, to chyba z pięć osób umarło i córka też, to poszła gdzieś do jakiegoś owcarza, z domu. Tak, że na nic to wszystko się zdało, że bociana zabił".
( Czesław Maj, Motycz 2011r., źródło:  http://biblioteka.teatrnn.pl/dlibra/dlibra/doccontent?id=46233&dirids=1 )

Dlaczego "klekotek" ma czerwony dziób i nogi? Na to też otrzymujemy odpowiedź we wschodniej legendzie ludowej:

Kiedy Bóg stworzył różne stworzenia, to wydawało mu się, że gady są brzydkie i niepotrzebne, zebrał więc wszystkie do jednego wora i polecił bocianowi, by zaniósł wór do przepaści i rzucił by się to nigdzie nie rozłaziło.
Bociek jednak był ciekawy, co to tak się rusza tam w środku. Zmęczony lotem usiadł i postanowił zrobić sobie szparkę w worze, by zobaczyć co tam jest. Jak pomyślał, tak zrobił, worek jednak się rozwiązał i wszelka gadzina rozlazła się na wszystkie strony. Biedny bociek zaczął ją łapać, ale było tego tak dużo, że nie dał rady i od tamtego czasu gady są na świecie.
Bociek usłyszał głos Boga : "Bocianie! Mówiłem, żebyś nie zaglądał do wora a ty nie posłuchałeś". Bocian tak się zawstydził, że nogi i dziób ze wstydu zrobiły mu się czerwone i szuka tych gadów zbierając je po dziś dzień.                                                   (  źródło: http://teatrnn.pl/historiamowiona/swiadek/Maj%2C_Czes%C5%82aw_%281923-2011%29?tar=46288 )
Naprawdę jednak czerwony kolor dziobów i nóg dorosłych ptaków pochodzi od diety i zawartych w niej karotenoidów, młode mają ciemno szare dzioby i nogi a później brunatno-czerwone lub pomarańczowe.
W Hiszpanii u bocianów odżywiających się pewnym gatunkiem raka czerwień jest jeszcze bardziej jaskrawa, zarówno u dorosłych jak i młodych, dzięki astaksantynie zawartej w mięsie raków.

Według podań ludowych bocian, to człowiek (echa rodzimej wiary) , który został przemieniony w ptaka z woli Pana, za niedokładne wykonywanie poleceń.

Mówi o tym inna wersja powyższej legendy:

Bóg wręczył zawiązany worek z gadziną, kobiecie i mężczyźnie i nakazał im pozbyć się jej wrzucając do morza. Ludzie jednak ciekawi co jest w środku otworzyli worek a gadzina rozpełzła się na wszystkie strony po łąkach i polach. Za karę Bóg nieposłuszną parę zamienił w bociany, by oni i ich potomkowie do końca świata zbierali gadzinę po łąkach.


Troszkę historii


Karta bocianowej historii w Polsce zawiera też niestety i te mniej chlubne tradycje.

Ludzie jednak go czasem "zżerali". Mięso z naszego poczciwego boćka ratowało ich bowiem w okresach głodu na przednówku a w staropolsce sporządzano z niego różne lecznicze medykamenty.

W najstarszych księgach i recepturach zielarskich potrawka z jego mięsa zapobiegała ślepocie a "flaczki" odtruwały organizm. Gotowane serce miało leczyć padaczkę, podobnie jak popijane wodą odchody tego ptaka. Wnętrzności zaś były panaceum na choroby nerek i nocne moczenie prześcieradła a smalec stosowano w celu poprawy kondycji włosów, leczenia podagry i drżenia rąk.
Bocianina według medyków była  też najlepsza na wszelkiego rodzaju porażenia i udary.

XVI-to wieczny podręcznik aptekarstwa Stefana Falimirza wymienia długą listę skutecznych medykamentów z tych pięknych ptaków.

W innym celu polowała na bociany pruska armia. Ze zdobytych "tuszek" wytapiano tłuszcz, który służył potem do smarowania butów.

Z kolei w XIX wieku powszechną praktyką w zarządzaniu majątkami ziemskimi, był podział zwierząt na przydatne i szkodliwe, przeznaczone do tępienia. Nie wiedzieć czemu w rejonie Żywiecczyzny boćka zaliczono do tej drugiej kategorii...


Dlaczego bocian stoi na jednej nodze


Jest taki dowcip :

- Dlaczego bocian stoi na jednej nodze?
- .... Bo jakby podniósł drugą to by upadł.

Poważnie natomiast, większość ptaków ma nogi wyposażone w układ stabilizacyjny, który pozwala oszczędzać mięśnie i energię.

To taki mechanizm "zatrzaskowy" umiejscowiony w pięcie ptaka, który przytrzymuje ścięgna w momencie uniesienia nogi i zgięcia jej w kolanie, pozostaje ona wtedy w takiej pozycji bez wysiłku.

Mechanizm trochę podobny do mechanizmu scyzoryka. Jeśli chowamy ostrze samo wskakuje ono na swoje miejsce, wtedy nie działają na niego żadne siły, podobnie jak na nogę bociana zgiętą w kolanie, wysiłek trzeba zrobić dopiero przy rozkładaniu ostrza scyzoryka, podobnie z nogą bociana, który musi wykonać jakiś wysiłek dopiero przy jej opuszczaniu by zwolnić "zatrzask".

Dzięki takiemu rozwiązaniu natury odpoczywa noga zgięta ale i ta stojąca, bowiem w niej mechanizm stabilizujący przenosi ciężar ciała z mięśni na kości, które się nie męczą. W ten sposób ptak nie zużywa energii a nogi działają jak szczudła.





Sytuacja bocianów dzisiaj


W części krajów europejskich jest zła sytuacja jeśli chodzi o populację bocianów.

W Danii, w połowie XIX w. było 10 tys. par lęgowych, 100 lat temu było 4 000 par, w 2000 r nie było ich już w ogóle. Do takiej sytuacji przyczyniło się osuszanie terenów podmokłych i boćki nie miały pożywienia. Podejmuje się tam próby reintrodukcji i w 2016 r z tego co wyczytałam były dwie pary reprodukcyjne bocków.  ( źródło : Tutaj )

Tutaj można zobaczyć na żywo gniazdo jednej z nich > ZOBACZ

W Szwecji te ptaki wyginęły w 1954 r., w Szwajcarii w 1948r., jednak dokonano tam reintrodukcji tego gatunku. Programy ochrony i reintrodukcji doprowadziły również do odnowienia populacji w Holandii i Belgii.

W Europie bociany mają coraz trudniejsze warunki do życia. Powodem jest znikanie łąk i pastwisk, które dostarczają im pożywienia w postaci żab, jaszczurek, myszy, dużych owadów.

Spowodowane jest to polityką rządów ( również w Polsce), by małe tradycyjne rodzinne gospodarstwa rolne zamienić na wielkopowierzchniowe gospodarstwa często monokulturowe typu uprawy kukurydzy czy rzepaku, gdzie prowadzi się produkcję na skalę przemysłową i sypie się nawozy chemiczne i pestycydy na maxa .

W takich warunkach bociany ( inne ptaki zresztą też, czy choćby pszczoły ) nie mogą liczyć na pożywienie bo chemia zabija płazy ( może stąd potem plagi komarów i insektów bo nie ma kto ich zjadać ). To właśnie doprowadziło do ich zaniku na terenie Danii i Holandii i jest zagrożeniem takiej sytuacji w innych państwach, również w Polsce.

Naukowcy zauważają, że zwiększa się śmiertelność, zwłaszcza młodych ptaków. Według szacunków, 50-70 procent wszystkich młodych ginie w ciągu pierwszego roku od wyklucia.

Inną przyczyną ginięcia boćków są polowania jakie urządzają sobie na nie, najczęściej dla "sportu", w krajach na trasie ich zimowych wędrówek.

Co roku sześć na dziesięć młodych bocianów nie przeżywa wędrówki na afrykańskie zimowiska.

Są masowo wybijane na Bliskim Wschodzie, głównie w Libanie, w Afryce w Egipcie i Sudanie. Giną tam miliony migrujących ptaków, nie tylko bocianów.

W Libanie pod naciskiem organizacji międzynarodowych i Libańskiego Towarzystwa Ochrony Przyrody od 1995 r. obowiązuje tymczasowy zakaz strzelania do ptaków w celu odbudowy populacji i uregulowania łowiectwa.

Jednak mimo to, polowania nadal są rozrywką i pewnego rodzaju modą, że ojciec zabiera synów na polowanie na ptaki a o męskości i sprawności świadczy liczba zdobytych "trofeów". Zabrakło działań kontrolnych ze strony władz. Szacuje się, że proceder polowań bez żadnych ograniczeń uprawia tam ok 60-500 tys osób. ( źródło i wiecej na temat https://dzikiezycie.pl/archiwum/2014/czerwiec-2014/krwawe-niebo-libanu )

Przez Liban przebiegają główne szlaki komunikacyjne ptaków wędrownych, bowiem nie latają one przez morza i oceany tylko wybierają podczas wędrówek wybrzeża i lądy ( ze względów oszczędzania energii ptaki korzystają z konwekcji termicznej a nad wodami nie występują termiczne prądy wznoszące , brak również pożywienia ).

Giną więc tam nie tylko "klekotki", ale i inne gatunki chronione jak pelikany, żurawie czy ptaki drapieżne, które lecą z Europy do Afryki.

Polskie organizacje ornitologiczne i związane z ochroną przyrody monitowały do władz libańskich o rozwiązanie tego problemu.

Rząd libański w 2014 r. podpisał konwencję o ochronie wędrownych gatunków. i ustanowił służbę przyrody, która miała się zająć też kłusownictwem. Gdzieś czytałam, że w tamtejszych szkołach organizacje społeczne prowadziły prelekcje i warsztaty na ten temat, by uświadamiać dzieci i młodzież. Przygotowany został dla nich film animowany o Reksiu, zachęcający do ochrony bocianów.

Być może taka praca edukacji "u podstaw" przyniesie skutki w postaci zmiany mentalności i świadomości także u rodziców, albo przyszłego pokolenia.

W 2018 r. 52 organizacje z 26 krajów zajmujące się ochroną ptaków , wraz z Ogólnopolskim Towarzystwem Ochrony Ptaków, został wystosowany list do prezydenta Libanu z prośbą o zapewnienie bezpieczeństwa w trakcie przelotów nad tym krajem: https://otop.org.pl/wp-content/uploads/2018/02/mail-to-President-of-Lebanon-February-2018.pdf

W innych państwach na trasie wędrówek ptaków jest nie lepiej.

W Egipcie co roku zabijane jest co najmniej 1000 bocianów, rolnicy w górnym Egipcie zdejmują obrączki z wyczerpanych lub martwych ptaków aby je wykorzystać jako amulety lub do innych kultowych obrządków.

We wschodnim Sudanie, gdzie zimuje populacja głównie polskich bocianów polowano na ptaki dla mięsa, które uchodzi tu za przysmak, by urozmaicić dietę ( ok. 0,7 % populacji wędrującej szlakiem wschodnim).

Na kontynencie afrykańskim bociany giną również z powodu zatrucia na skutek zanieczyszczenia zbiorników wodnych ropopochodnymi substancjami a także z braku pożywienia na skutek susz.

Jeśli lata na zimowiskach obfitują w deszcze a co za tym idzie obfitość pokarmu, "klekotki" powracają do Europy w dobrej kondycji, co przekłada się na dobre lęgi i wzrost populacji, gdy pokarmu tam nie ma, powracają w kiepskiej kondycji.

Co gorsza gatunki ptaków wędrownych chronione przez prawo międzynarodowe są odstrzeliwane również w Europie.

Najczęściej zabijanym gatunkiem ptaków są moje ulubione zięby, które rodzinnie dokarmiamy zimą :( Rocznie ginie ich aż ok. 2,9 mln., na drugim miejscu są kapturka (1,8 mln. ), przepiórka (1,6 mln.), drozd śpiewak (1,2 mln. ).

W 2016 r. BirdLife International opublikował pierwszy raport "the Killing", dotyczący nielegalnego zabijania ptaków w rejonie Morza Śródziemnego. Mówi on o 25 milionach ptaków, które giną każdego roku w tym rejonie, więc skala procederu olbrzymia. Już się nie dziwię, że z roku na rok widuje się coraz mniej niektórych gatunków ptaków.

Spośród państw europejskich raport wymienia Grecję, Francję, Chorwację i Albanię oraz Maltę, na której jest największe zagęszczenie nielegalnych polowań - na każdy kilometr kwadratowy przypada aż 342 zabitych ptaków.

Rząd maltański regularnie otrzymuje od Komisji Europejskiej derogacje od sformułowanego w Dyrektywie Ptasiej zakazu polowań na ptaki wracające z zimowisk na tereny lęgowe, jednocześnie systematycznie naruszając warunki, których spełnienia wymaga unijne prawo. ( źródło: Tutaj )

Raport można przeczytać > TUTAJ , niestety jedynie w języku angielskim.


Sytuacja "klekotków" w Polsce


Kilka lat temu Polska była największą ostoją bocianów białych na świecie. Mówiono, że co czwarty bociek to Polak. Po liczeniu bocianów w 2004r. mieliśmy 52 tys.par lęgowych, obecnie populacja jest sporo mniejsza.

Ubyło nam od 15 do 20% ptaków, najwięcej zniknęło w woj. dolnośląskim i lubuskim bo aż 40%, co trzeci zniknął z Opolszczyzny, Śląska, Wielkopolski. Dawny matecznik bocków w warmińsko-mazurskim zmalał o 1/5, w Małopolsce odnotowano niewielkie straty. Jedynie na Podlasiu odnotowano niewielki wzrost, co spowodowane jest tym, że na tym terenie zachowuje się tradycyjne rodzinne gospodarstwa rolne zamiast schemizowanych monokulturowych molochów rolniczych, oraz wiele rzek oparło się melioracji i zachowało naturalne koryta.

Ciekawostką jest najbardziej zabocianiona wieś w Polsce - Żywkowo w warmińsko-mazurskim, uważana za bocianową stolicę Polski.

Do wsi składającej się z kilku gospodarstw przylatuje co roku ok. 100 bocianów a odlatuje ok. 200. Najwięcej bocianich gniazd, bo 24, ma na terenie swojego gospodarstwa Polskie Towarzystwo Ochrony Ptaków. Na ich terenie znajduje się także wieża widokowa, z której można podglądać życie ptaków.


Ochrona nie tylko boćków


Sympatia to za mało aby zachować gatunek.

Wybór jest prosty " albo "nowoczesne" wielkopowierzchniowe gospodarstwa rolne z uprawą na skalę przemysłową z dużym wykorzystaniem chemii jak w Danii czy gdzie indziej i schemizowana żywność oraz brak gryzoni, gadów i płazów, owadów i bocianów, tudzież innych ptaków....albo tradycyjne gospodarstwa rodzinne z ekologicznymi naturalnymi uprawami, biologiczną żywnością, z korzystnym dla życia drobnych żyjątek, gryzoni, gadów i płazów oraz bocianów i innych ptaków ekosystemem, czyli łąkami, pastwiskami, miedzami pomiędzy polami, strumieniami, zadrzewieniami śródpolnymi.

Bociany są tzw. gatunkiem parasolowym, czyli chroniąc bociany, chronimy też środowisko życia innych cennych gatunków jak skowronki, czajki, gady, płazy.

Rząd w Polsce niestety nie idzie w tę stronę, ustawowo dąży do upadku takich gospodarstw i skonsolidowania ziemi polskiej w duże molochy z jednym właścicielem ( po to są te wszystkie dotacje na zalesianie, na działalność poza rolniczą, zakaz zakupu ziemi powyżej 1 ha dla zwykłych ludzi a możliwość zakupu bez ograniczeń dla koncernów i firm, prawo pierwokupu itd itp), zresztą nie kryjąc tego w planach.




17 cze 2019

Jak upał to do lasu - tajemnicze rośliny bagienne

Jak upał to do lasu - tajemnicze rośliny bagienne 



- Może przejdziemy się do lasu?
- Nieee, za duży upał, w lesie będzie bardziej gorąco.

Też tak myślicie?

Otóż wręcz przeciwnie, w lesie jest sporo chłodniej niż w nagrzanym wybetonowanym mieście. Fakt, że wiatru za bardzo nie czuć, bo drzewa go wyhamowują, ale za to dają cień, niewybetonowana ziemia oddycha, jest zupełnie inne powietrze, więcej tlenu i chłodniej, bo dolne partie lasu w cieniu tak się nie nagrzewają jak betonowe chodniki i asfalt, które potem dodatkowo to ciepło oddają do powietrza.

Zbadano, że temperatura w mieście i na obrzeżach, gdzie więcej terenów zielonych może się różnić nawet o 11 stopni ( w mieście goręcej )

Jednym słowem jak upał to do lasu, a najlepiej jednocześnie nad wodę.

Moje okolice w czasach starosłowiańskich były dziczą leśno-bagienną, dlatego na tych terenach najdłużej przetrwała stara wiara, bo misjonarze bali się tu zapuszczać, a jak już się zapuścili i zbudowali klasztor, to w liście do przełożonych pisali potem, że nie ma tu dla kogo prowadzić ewangelizacji, bo ludzie zachowują się nieobyczajnie ( cokolwiek to dla nich znaczyło) , że dzicz, że tylko wilki wyją i żaby rechoczą.

Dzisiaj pozostało niewiele z tych bagien, są jednak uroczyska mniejsze i większe,  jedne dalej , inne bliżej miasta. Lubię takie miejsca, czuć w nich echo dawnych wieków i dzikość przyrody..


Wybrałyśmy się więc z koleżanką rowerami do pobliskiego lasu, odwiedziłyśmy torfowo-bagienne uroczysko, które obecnie na skutek upałów, podeschło i można było troszkę dalej zapuścić się na jego terenie niż zazwyczaj, bo zazwyczaj, jak to w terenie torfowiskowym, jest zbyt mokro.



Nazywam to miejsce "ścieżką dzików", bo to one lubią tu taplać się w błocie i można zauważyć czasem ślady po tych kąpielach. Jesienią mają tu też sporo żołędzi do jedzenia, które im czasem trochę podbieram.

Nie ma to jak poleżeć w kwaśnym błotku...

źródło: https://funkysafari.tumblr.com/post/143862212175/contented-looking-eurasian-wild-pig-wild-boar

 Prawda, że słodki ryjek ? :)



Wchodząc głębiej niż zwykle zauważyłam , że rośnie tam kilka krzaczków łochyni - borówki bagiennej, kiedyś częściej spotykanej a teraz właściwie prawie nie spotykanej na moim terenie. Na innych terenach też już chyba rzadko.

Na poniższym zdjęciu po prawej stronie moich nóg, ten wyższy krzaczek z liśćmi podobnymi do jagodowych ale ciemniejszymi, to właśnie łochynia.

Na zdjęciu możecie porównać, bo obok rośnie borówka czarna, popularnie zwana "jagodą", czyli ta, którą zwykle zbieramy do celów kulinarnych.

Łochynia rośnie wyższa krzaczkiem niż "jagoda", ma ciemniejsze listki a ich kształt jest zaokrąglony.


Owoce wyglądają podobnie, tylko są większe, lekko białawo "omszałe" i mają bardziej podłużny kształt a w środku jaśniejszy miąższ.

W smaku bardziej kwaskowe, niż borówka czarna, choć ja tego smaku już nie pamiętam, ale moi rodzice owszem.
Jak widać,  na krzaczku nie było jagód do spróbowania. Pewnie przez brak owadów zapylających, albo po prostu zwierzęta się posiliły.

Poniżej fotka z wikipedii:

https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Sinikas2_2008.jpg












Borówkę bagienną nazywano : pijanicą , bo ponoć przy większym spożyciu daje objawy podobne do odurzenia alkoholowego. Jednak nie stwierdzono w niej substancji odurzających.

Działanie to jedni ( np. dr Ł.Łuczaj, który twierdzi, że przytrafił mu sie efekt odurzenia po spożyciu łochyni ) tłumaczą zainfekowaniem owoców grzybem powodującym taki efekt.

Inni przypisują go bliskości rośliny zwanej bagnem zwyczajnym ( o której poniżej) , rosnącej w tych samych środowiskach torfowiskowych, która w czasie kwitnienia wytwarza halucynogenny pyłek mogący osiadać na owocach borówki bagiennej.
Ale to wytłumaczenie mnie chyba nie przekonuje, bo czas kwitnienia bagna jest nieco wcześniejszy niż owocowanie borówki ( bagno maj-początek czerwca, borówka owocuje w czerwcu ), no ale być może ci, którzy doznali efektu odurzenia "wcinali" te borówki na początku czerwca, "wstrzeliwując" się w to krótkie okienko kwitnienia-początku owocowania.

W każdym razie zalecane jest dobrze umyć owoce zanim je spróbujemy.

Konsultowałam informację o wywoływaniu upojenia podobnego do alkoholowego przez łochynię z rodzicami i żadne z nich nie potwierdziło takiego działania, mimo, że w czasach dzieciństwa zajadali te borówki. Być może nie były one akurat zainfekowane tym grzybem, lub nie rosły w pobliżu bagna, lub owocowały już po przekwitnięciu bagna.

Niemniej jednak odurzające właściwości łochynii wykorzystywane są do dzisiaj przez szamanów syberyjskich (  ( Andrzej Szyjewski "Szamanizm", Wydawnctwo WAM Kraków 2005r) 

Inne nazwy borówki bagiennej w słowiańskich rejonach:

borówka głucha, bagnówka, durnica, golubika w Rosji i na Ukrainie ( od koloru niebieskiego) , pijaky, pyjaky, panka, panusnyk, panyca - na Ukrainie,
pjenc i pjenca, żerjawe jahodki - w Górnych Łużycach,
szalonka na Litwie, 
salenka i sialenica - dawna Czechosłowacja.



Niedaleko łochyni, odnalazłam też dawno przeze mnie  nie widzianą roślinę tzw. bagno zwyczajne ( bagno pospolite, bagniak, dziki rozmaryn, rozmaryn leśny, świńskie bagno ).

Cała roślina wydziela charakterystyczny zapach. Kwitnie w maju- czerwcu, ale żaden z krzaczków nie miał kwiatu, więc nie załapałam się na piękniejszy widok.


Kiedyś rosło go dużo, pamiętam jak moje babcie używały tej rośliny jako odstraszacza moli wkładając ją do szaf, ale z tego co pamiętam nie działało to zbyt rewelacyjnie.

Na skutek masowego zrywania przez ludzi i wysuszania bagien zasoby rośliny uszczupliły się i objęto bagno ochroną częściową, potem całkowitą.

Obecnie od 2014 r. bagno podlega ochronie częściowej , to znaczy, że w szczególnych przypadkach dopuszcza się możliwość ograniczonego zbioru gatunków roślin dla celów zielarskich  lub innych celów gospodarczych, jednak trzeba mieć zezwolenie udzielane przez dyrektora ochrony środowiska.

Jeśli ktoś chciałby wypróbować sobie roślinę na mole, to zamiast bagna polecam wrotycz, bo nie jest pod ochroną a ma takie samo działanie na mole jak bagno ( czyli średnie w mojej ocenie :D)

Bagno jako cała roślina jest trujące choć kiedyś stosowano je czasem jako ziele do poprawy zdrowia. Zawiera olejek, porażający układ nerwowy i działające odurzająco, mogą powodować zawroty i bóle głowy, przy przedawkowaniu doustnym silnie drażni układ pokarmowy i niszczy nerki oraz może sparaliżować układ nerwowy. Trujący jest także miód z kwiatów.

Dawniej  jednak Germanowie i Wikingowie dodawali wyciąg z rośliny do piwa w celu wzmocnienia odurzającego działania trunku. A być może również w celach leczniczych ( moje przypuszczenie) 

Z notatki z 1836 r. wynika, że  Żydzi z Sieradza używali bagna do fałszowania piwa, wszak wtedy można było użyć mniej piwa by osiągnąć podobne odurzenie a bagno było widocznie tańsze od innych składników, więc musiało się to opłacać.

Obie rośliny borówka błotna jak i bagno zwyczajne, używane były również w celach magicznych, rytualnych.

Syberyjscy szamani do dzisiaj posługują się między innym zarówno wywarem z borówki błotnej, jak i dymem z bagna w celach obrzędowych - nawiązania kontaktu z duchami ( Andrzej Szyjewski "Szamanizm", Wydawnctwo WAM Kraków 2005r)



Rośliną, która nie ma znaczenia magiczno-rytualnego ale jest bardzo charakterystyczna dla tego podmokłego środowiska, jest wełnianka ( eriphorum species ).

Niepozorna "trawka", ale kiedy zakwitnie, to moczary wyglądają niczym obsypane kłębkami bawełny/wełny.


Wygląda to pięknie a puch jakby się człowiek uparł i wypchał nim poduszkę, pewnie nieźle by się spisał w namiocie.


Wracając, nad zbiornikiem wodnym, w którym można spotkać buszujące zaskrońce, na brzegu zobaczyłyśmy kwitnący bobrek trójlistny ( trójlistkowy ). Zwykle bywałam tu albo przed albo po okresie jego kwitnienia a teraz mogłam podziwiać jego białe kwiatki.

Roślina znajduje się pod całkowitą ochroną.

źródło fot: https://pl.wikipedia.org/wiki/Bobrek_tr%C3%B3jlistkowy

źródło fot: https://pl.wikipedia.org/wiki/Bobrek_tr%C3%B3jlistkowy
Bobrek trójlistny jest rośliną zielarską, ale nie będę tutaj opisywać jego właściwości, ponieważ jest pod ochroną i można go zastąpić takimi, które mają podobne zastosowanie  a pod ochroną nie są.

No i "mój" wyżej wymieniony staw z bobrkiem ( po prawej stronie zdjęcia kwitnący, same listki po prawej i w środkowej części zdjęcia) :




















                                                                                                                                                              
Po lewej stronie zdjęcia mamy tatarak, kolejną roślinę bagienną, która w tradycji słowiańskiej i nie tylko, od wieków miała ważne znaczenie obrzędowe.

Jest to roślina inwazyjna i często szybko zarasta małe, płytkie stawy. Podoba mi się nazwa określająca takie "łany" tataraku jak i sam tatarak - "szuwar".

Inne nazwy ludowe i regionalne:

- agier, aher,cypr, kalamus - m.in. na Kaszubach

- sasyna, sowar, lepiech, świerczyna - na Lubelszczyźnie

- plaskoć, pluszcz, pluczaj - ma Wileńszczyźnie

- łabuzie, tatar, tatarczuch, tatarski korzeń, wis, trzcina, bazuny, bluszcz, gałga, gałgan, jasyna, kalamus, kalmusz, kłącz, lepecha, lepiecha, łabzie, łącz, łobuzie, panny, panny na rzece, panny w rzece, sacyna, szczar, szczwar, talerz, tatarcuch, tatarcuk, tatarcze ziele, tatarczok, tatarczuk, tatarsky korzeny, taterz, źdźbło.




c.d.n




Artykuł powiązany > "Przedwiosenne i wiosenne obrzędy starosłowiańskie"



30 kwi 2018

22 kwi 2018

Rolnik szuka żony? - voila, czyli jak zostałam mamką i relaks w pasiece

Rolnik szuka żony? -  voila,  czyli jak zostałam mamką i relaks w pasiece.


Pisałam wcześniej o dostawach soku z brzozy z lasku znajomego. Kilka razy pojechałam tam rowerem odebrać sobie sok i oddać butelki.

Jako, że na łące brykały radośnie małe kózki, nie oparłam się by je pogłaskać i poprzytulać. Kózki ze względu na małą ilość mleka matki trzeba dokarmiać butelką trzy razy dziennie, więc tego dnia to ja stałam się dostawcą, nie tyle soku z brzozy co mleka z marketu, który mijałam po drodze. Przypadła mi też rola mamki, która nie zaprzeczę, ubawiła mnie.

Jedna butelka na trzy głodomorki to zdecydowanie za mało, więc musiałam odganiać dwie głodne, pchające się mordki, podczas kiedy jedna pazernie ssała smoka.
Po chwili nauczyłam się odróżniać, która mordka już dostała porcję a która jest następna w kolejce. Buteleczka była mała, więc jedzenie podzielone zostało na porcje i tak porcjami kilka razy każdej kózce po kolei wędrowało do gębki, żeby jedna nie musiała zbyt długo czekać i by było sprawiedliwie.

Karmić jak karmić ale spróbujcie wydoić kozę ;)






Po spełnieniu roli mamki poleniuchowałam i poprzyglądałam się pracy pszczół przy ulach. Regularne bzyczenie relaksowało. Aparat nie pozwolił mi na zrobienie lepszych fot, ale widać jak niosą kulki pyłku kwiatowego na łapkach. Na filmiku poniżej to może trochę lepiej widać, spowolniłam go o 50%.
Jedne niosą większe "woreczki", inne mniejsze, ciekawe  czy zależy to od rodzaju kwiatu, na który akurat pszczoła usiądzie, czy od lenistwa bądź pracowitości ;)



Zawsze wydawało mi się, że zbliżając się na taką odległość do ula zostanę pokąsana. Jednak pszczoły były tak skupione na pracy, że miały mnie gdzieś. Byle nie stawać na drodze ich powietrznego szlaku.

 Kozami stojącymi w pobliżu też się nie przejmowały, kozy nimi również nie.



Gospodarz akurat robił małe naprawy w ulu i dokładał ramek pszczołom, więc miałam okazję zajrzeć do otwartego ula.
Dowiedziałam się, że ul wyższy i węższy to ul warszawski, a niższy bardziej sześcienny to ul Dadant ( chyba )
Nie wiedziałam, że pszczoły zbierają nektar i pyłek w promieniu ok 3 km od ula. Jeśli chciało by się je wywieźć ( razem z ulem ) gdzieś np. do lasu dla pozyskania miodu spadziowego, to odległość musi być większa niż te 3 km, inaczej mogą wrócić na łąkę przy domu i nie zastając tam ula nawet umrzeć.

Usłyszałam również co trzeba zrobić gdy pszczoły "wyroją" się z ula. Z reguły przysiadają na jakimś pobliskim drzewie czy krzaku, zanim definitywnie uciekną. Trzeba wtedy je pokropić wodą, to się nie będą ruszać i delikatnie złapać cały rój w siatkę , podobną jak podbierak do ryb, po czym wsadzić do pustego ula.

Filmik pokazujący troszkę wnętrza ula poniżej ( przymknijcie oczy na brudne pazurki ;) )


Nabrałam ochoty by mieć swój ul, tyle, że najpierw trzeba by było mieć gdzie go postawić. Według właściciela pasieki powinno się mieć co najmniej trzy ule.

Relaksujące, spokojne , bezstresowe zajęcie, no chyba, że się nie okadzi dymem ula i  grzebie w nim bez ochronnego ubrania ;)

Przy okazji rozmowy o pasiece i zwyczajach pszczół, dogadałam się w sprawie posadzenia moich ziół ( które są miododajne) na terenie łąki znajomego. Pszczoły będą mieć nektar by produkować miód a ja będę mieć surowiec zielarski. którego nikt mi nie zniszczy. Dobry "dil"  :)

Nieopodal, przy schodach do niewykończonego budynku mieszkalnego, jeż zrobił sobie gniazdo/norkę. Spryciarz umieścił je pod deskami, by mu nie lało na nos podczas deszczów :)
Nie zaglądałam do środka, nie chcąc straszyć jeża i rozgrzebywać źdźbeł, ale być może już ma, albo niedługo będzie miał młode.


To był dobry, miły, owocny dzień.




19 kwi 2018

30 cze 2017

Gdy nie zamkniesz okna....czyli opowieść o Kopciuszku.

Gdy nie zamkniesz okna... czyli opowieść o Kopciuszku.


Niezamknięte okno to dobra okazja dla złodzieja, ale również dla dzikiego lokatora. Dzikiego dosłownie :) 

Pewnego dnia lub nocy przez uchylone okno letniego domku mojego wujostwa zakradł się do środka....Kopciuszek :)

Phoenicurus ochruros ( wyczytałam że angielska nazwa Kopciuszka to "Red start"  od rdzawego ogona ) z rodziny drozdowatych , samiczka szarobrązowa, z lekko rudym ogonkiem, samce wiosną mają szaro-czarnawą głowę, pokrywę skrzydeł i spód ciała, skrzydła czarnobrązowe z dużym białym polem, środek brzucha białoszary, podbrzusze i pod ogonem pomarańczowe, kuper i ogon rdzawe, jesienią bledsze.

Na terenie Polski objęty ścisłą ochroną.

Nazwa chyba trafna, uwił sobie bowiem gniazdko na bojlerze do grzania wody, tuż nad zlewem w kuchni.
Nie wyrzucono go. Ledwo trzymające się na bojlerze gniazdo wzmocniono osadzając je w plastikowej doniczce, która dodatkowo została przywiązana drutem, by konstrukcja nie spadła.
Szkoda bowiem by było, gdyby wysiadywane przez samicę  jaja, zamieniły się w jajecznicę w zlewie.


Początkowo, gdy zaglądaliśmy mu w oczy, był nieco przestraszony. Po krótkim czasie fruwał już bez krępacji obok głów właścicieli domku i myk myk w górę schodów na poddasze, gdzie było uchylone okno, wylatywał na łowy, wracając potem tą samą drogą. Młode karmione są przez oboje rodziców, więc "śmigały" oba na zmianę.

Wysiadywał cztery jajka ( co ciekawe jajka były białawe w kolorze z leciutką nutą niebieskiego/turkusu, w tym roku bardziej turkusowe ). Bardzo szybko wykluły się śmieszne, tu i ówdzie pokryte puchem, pisklęta ( nie robiłam zdjęcia by nie straszyć ptaszków). 
Ptak przyzwyczajony do obecności ludzi, którzy nie robili mu krzywdy wyprowadzał młode z gniazda na naukę latania, tym sposobem już nie jeden ale pięć, śmigało wzdłuż schodów na poddasze, by wylecieć przez okno.

Pewnego dnia nie wróciły. Gniazdo pozostało puste i przechowane do następnego roku.

W tym roku Kopciuszek znów się pojawił. Czy ten sam? A może któryś z młodych? 
Tym razem dostał "szlaban" na wlatywanie oknem. Zaczął sobie więc wić gniazdko pod zadaszeniem tarasu. 
Stare zostało wyciągnięte i umieszczone pod połacią, ale nie był nim już zainteresowany, wolał nowe.
W tym roku wysiedział dwa jaja, niestety nie zdążyłam zobaczyć młodych. 
Cały proces od złożenia jaj do wylotu z gniazda, u Kopciuszka, trwał dość krótko, 12-17 dni wysiadywania i 12-16 dni po wykluciu.

W ciągu roku Kopciuszek wyprowadza dwa lęgi, ale zarówno w poprzednim roku , jak i w tym zasiedlił gniazdo w domku tylko raz.

Ciekawe czy w przyszłym roku wybierze to samo miejsce....

Nadal zaglądają na działkę, czasem widujemy je przysiadujące na żerdzi drewnianej huśtawki. Nie dziwię się, jedzenia mają tutaj w bród.

Na zimę Kopciuszki odlatują z Polski.

Tutaj macie jeszcze ciekawszą krótką historię o dziwnych miejscach gniazdowania Kopciuszka :D 







9 cze 2017

Zdążyć przed bobrami...- uratuj stare drzewa

Zdążyć przed bobrami... - uratuj stare drzewa



To mógłby być tytuł filmu sensacyjnego, ale niestety to scenariusz dokumentu, w kontekście
niekorzystnych dla ludzi zmian środowiska, czynionych przez bobry.

Ochrona bobrów w Polsce doprowadziła do ich rozmnożenia i rozpanoszenia. Stały się problemem dla wielu rolników, właścicieli przydomowych stawów oraz wielu mieszkańców terenów położonych w pobliżu zbiorników wodnych, a nawet władz i mieszkańców miast.

Trwa walka o miejsca do życia i ludzie w tej walce zazwyczaj przegrywają, zostając ze zniszczonymi sadami, zalanymi polami, rozkopanymi groblami stawów, zalanymi działkami mieszkalnymi. 
Bobry bowiem nie tak łatwo dają się "wykurzyć", jeśli już gdzieś zagrzeją miejsce.
Pojawiają się nawet w sporych miastach, niszczą drzewa w starych parkach. Niedawno w wiadomościach mogliśmy usłyszeć informację, że bobry podkopały drogę asfaltową, która się zapadła. 
Te miłe z wyglądu zwierzątka mogą być też niebezpieczne w bezpośrednim kontakcie z człowiekiem.

Metodami walki o zachowanie status quo danego otoczenia przyrodniczego są sposoby nieinwazyjne, jak montowanie w tamach rur przepływowych, by woda mogła swobodnie przepływać dalej i nie tworzyły się rozlewiska, czy ochrona drzewostanu metalowymi siatkami ( na wysokość min. 1 metr), lub rozpylanie sprayu o zapachu wilka ( nie wiem na ile skuteczne ), lub inwazyjne jak rozbieranie im tam i żeremi ( które jednak odbudowują ), czy wyłapanie bobrów do żywej pułapki i przewiezienie w inne miejsce....tyle, że potem ktoś inny ma problem.

Mam takie "swoje" miejsce za miastem nad nieuregulowaną, biegnącą swoim naturalnym, krętym korytem rzeczką, w niektórych miejscach na niezagospodarowanych działkach, pozostały resztki lasu łęgowego, z typową dla tej formy lasu roślinnością i starym drzewostanem nad brzegiem rzeki, który korzeniami wchodzi wręcz do niej. Urokliwe , rzadkie już miejsca na zagospodarowanych przez ludzi terenach, zwłaszcza na terenach industrialnych. 

Wokół tereny prywatne, nie wszystkie zagospodarowane. Jednak w/g prawa polskiego teren nadbrzeżny należy do Skarbu Państwa czyli Narodu, czyli do Nas. 
Wody publiczne, czyli przepływowe jeziora i rzeki objęte są bowiem prawem powszechnego korzystania.  Ustawa Prawo Wodne ( art. 34 ust. 1 i 2 ustawa z dnia 18 lipca 2001r. Prawo Wodne ) nakazuje właścicielom działek przylegających do zbiorników wodnych zachowanie połtorametrowej odległości ogrodzenia od brzegu zbiornika ( lustra wody ). Własność nie sięga bowiem brzegu rzek czy jezior.

Czasem sobie więc tam przesiaduję i odpoczywam od betonowego miasta.

Moim zdaniem należy te miejsca chronić, mimo, że nie są wpisane do rejestru parków krajobrazowych czy natury 2000. Są to natomiast miejsca wypoczynku zwykłych ludzi z betonowych, zanieczyszczonych miast i nie tylko miast.

Niestety, miejsce to od dwóch chyba lat upodobały sobie bobry. Rzeka z czystej , dość żwawo płynącej zamienia się powoli w brudną nieprzezroczystą, stojąca breję. Powoli w niektórych miejscach zaczynają się tworzyć już rozlewiska. 
Bobry podkopują też w niektórych miejscach pas nadbrzeżny. Ostatnio o mało co nie wpadłabym w półmetrową dziurę pełną wody, ponieważ ziemia nad nią wyglądała normalnie, lecz pod cienką jej warstwą był już wykopany tunel zalany wodą.


Jednak najbardziej przykro mi patrzeć jak bobry obalają kolejne stare, grube drzewa, zwykle topole czy wierzby.
Drzewa przecież poprzez system korzeniowy zapobiegają wymywaniu brzegu przez wodę, a topole bardzo dobrze oczyszczają powietrze z pyłów przemysłowych. Jednak niektórzy mieszkańcy pobliskich działek cieszą się z tej wycinki bobrów, bo mają drzewo za free.


Chciałabym ochronić te drzewa zanim bobry je ogryzą i zetną, rosły tam jak mnie jeszcze nie było na świecie i rosnąć by mogły, jak już mnie na świecie nie będzie.

Ostatnio owinęłam siatką najgrubszą topolę, której niestety nie udało mi się wcześniej uchronić przed zgryzieniem kory dokoła, posmarowałam tylko z jednej strony zgryziony pień wapnem ( by ochronić przed chorobami grzybowymi miejsce zdartej kory ), bobry go już wtedy z tej strony nie ruszyły, ale zgryzły potem pień z drugiej strony :(

Niestety nie miałam wtedy funduszy na siatkę, by temu zapobiec. Tego drzewa już nie zetną, ale nie wiem, czy ono przeżyje z tak dużym brakiem kory na całym obwodzie pnia.


Siatki, którą dysponowałam starczyło mi jeszcze na duży kasztan i trzy dość grube pnie nie wiem czego....


Brakło siatki na kilka dość dużych drzew w tym fragmencie rzeki. Pomijam owijanie cieńszych wierzb.
Nie wiem też, czy po opadnięciu lustra wody nie trzeba będzie zabezpieczyć dolnej części pni przy drzewach, które rosną przy samej wodzie ( prawie w niej ) i dołożyć tam siatki, pewnie taki zabieg będzie konieczny.

Jeśli ktoś chciałby uratować te akurat drzewa, to proszę o kontakt na maila. Trwa walka z czasem, którego bobry nie tracą. Jeśli ktoś chciałby owinąc swoje drzewa, czy drzewa nasze na innym terenie to koszt siatki wynosi 27,75 zł, kupowana była w leroymerlin,  najtańsza ocynkowana 1 metr wysokości/ 5 metrów długości  > link TUTAJ. Jedna siatka starcza na owinięcie około trzech średniej grubości pni.


Apeluję do dbania nie tylko o to, co "moje" ale też o to, co wspólne, Nasze.
Bo przecież nie odpoczywamy tylko na "swoim", podróżujemy i zachwycamy się naturą, więc warto o nią dbać w każdym miejscu, jeśli jeszcze została dzika, malownicza, by taka przetrwała.


Tu jedna z inicjatyw ochrony drzew:   Zobacz