11 maj 2018

Magdus - oryginalny przepis syryjski

Magdus - oryginalny przepis syryjski



To coś syryjskiego ( w innych krajach arabskich też popularne) , czego nie tylko nazwa mi się podoba, ale także bardzo lubię smak. Jedna z moich ulubionych rzeczy do jedzenia, choć jadłam to rzadko.

Są to bakłażany faszerowane papryką i orzechami włoskimi, leżakowane w oliwie/oleju. Jakiś czas temu miałam mini dostawę z Syrii  oryginalnych magdusów i chlebka arabskiego dla połechtania podniebienia (fotka obok) (tak pomimo, że toczy się tam wojna, jednak w rejonach kontrolowanych przez legalną władzę syryjską, ludzie w miarę normalnie żyją, nie licząc miast tak bardzo "stłuczonych" jak np. Aleppo) , mniaaam...

Jest to jedzonko dość trudne w przygotowaniu niestety.


Pamiętam, jak przyglądałam się i pomagałam w  przygotowywaniu magdus, te wieki temu, gdy byłam w Syrii. Po nafaszerowaniu bakłażanów, leżały one na tarasie przez kilka dni przykryte płócienną ściereczką i "odciekały" i "odparowywały z wody, przy okazji lekko kisły. Codziennie wycierało się je płócienną szmatką z nalotu, który pojawiał się na powierzchni. Dopiero potem wsadzało się je do słoja i zalewało oliwą.  
Tam robią je na zimę, ponieważ jest to rozgrzewająca potrawa a i dość kaloryczna.
Sezon na bakłażany będzie we wrześniu.


W Polsce ze względu na klimat jest to raczej niewykonalne. Podam tutaj więc przepis na wykonanie ich w warunkach polskich. 
Proporcje składników na 13 bakłażanków wielkości mniej więcej 10-15 cm ( 15 cm to niestety za duże ale mniejszych nie miałam gdzie kupić ) 
Lepiej robić od razu więcej sztuk, jeśli ktoś ma rodzinę, bo czasochłonne, pracochłonne a potem się fajnie szybko je ;)

Składniki:


  • 13 bakłażanków jak najmniejsze i jak najszczuplejsze
  • 10 sztuk papryki słodkiej czerwonej podłużnej (owalnej może mniej?)
  • 5-6 sztuk papryczki chili
  • 10-15 dkg. orzechów włoskich
  • sól
  • oliwa z oliwek lub olej słonecznikowy ( lub jaki sobie chcecie ale z rzepaku sypanego tuż przed zbiorem "Roundup"-em, czyli glifosatem nie polecam)
  • duży słój
Robiłam je teraz pierwszy raz, ponieważ wcześniej nie było tutaj w sprzedaży takich małych bakłażanów. Dopiero niedawno otworzono tu sklep z produktami greckimi i można kupić bakłażany w nieco mniejszym rozmiarze, chociaż i tak jak na magdusy są jeszcze za duże, ale cóż fajnie że chociaż takie są. Można robić z tych ciemniejszych lub jaśniejszych , jak na fotce. Ciocia stwierdziła, że te jaśniejsze są delikatniejsze i mają mniej wody ( i faktycznie w trakcie przygotowywania widać było, że ciemniejsze sa jakby bardziej wodniste, krócej też się gotują ) 
Ja zdecydowałam się zrobić i z tych i tych, potem porównać które lepiej mi zasmakują. Pamiętam smak tych ciemnych bo tylko z takich jadłam. Bakłażany powinny być jak najmniejsze i szczuplejsze niż grubsze ( łatwiej odciskać wodę )


Bakłażany dokładnie myjemy, wrzucamy do garnka z gotującą się wodą, na 10-15 minut. Przyciskamy czymś by nie wypływały na powierzchnię. Miękkość oceniamy tuż przy zielonej szypułce, nie mogą się przegotować i być zbyt miękkie. Te ciemniejsze gotują się szybciej , jaśniejsze wolniej.

Wyjmujemy z garnka, wkładamy do zimnej wody i oddzielamy delikatnie szypułki z ogonkiem. Ja skrobię małym nożykiem. Trzeba uważać by nie przedziurawić i nie poszarpać bakłażana przy szypułce.


Odsączamy.

Robimy lekkie nacięcie na ok. 4-5 cm, wzdłuż jednej strony każdego bakłażana, wyciskamy ręką z wody, ale uważając by nam bakłażany nie popękały. Trzeba to robić naprawdę sprytnie i z wyczuciem, naciskając ręką najlepiej od brzegów ku środkowi, czyli nacięciu.  
Po odciśnięciu z wody nacieramy w środku solą.

Układamy bakłażany nacięciem do dołu np. na desce ( najlepsza by była z wywierconymi otworkami by spływała woda)  albo sicie, nakrywamy płócienną ściereczką i przygniatamy czymś ciężkim. Ja wykorzystałam do tego dwie deski do krojenia, brytfannę do pieczenia na wierzch i całość przygniotłam ceramicznym kamieniakiem do kiszenia kapusty, do niego włożyłam 3 litrową bańkę do mleka z wodą i jeszcze przycisnęłam kamieniem :D
Tak powinno stać jakąś najlepiej dobę i najlepiej by było chłodno ( u mnie stało trochę krócej i na noc zostawiłam przy otwartym oknie )  

Jest to bardzo ważny etap, ponieważ bakłażany muszą zostać dobrze wyciśnięte z wody, gdyż jeśli zostaną zbyt wodniste, to potem po włożeniu do oleju mogą robić się kwaskowe, ukisną jak kiszone ogórki i mogą nie być takie smaczne, ( choć to kwestia smaku, niektórzy lubią kwaśniejsze inni mniej ) 
Z tego też względu niedostatecznie odciśnięte z wody bakłażany raczej nie mogą być zbyt długo przechowywane w oleju, trzeba je szybciej zjeść.




W międzyczasie przygotowujemy farsz.

Paprykę dokładnie myjemy,  wykrawamy ziarna. Czosnek obieramy z łusek i razem z papryką przekręcamy przez maszynkę do mięsa, na średnich oczkach ( u siebie przekręcałam na tych co leżą obok maszynki ale jak ktoś lubi duże kawałki w farszu może przekręcić przez większe )


Z powstałej masy, dobrze odciskamy sok na sitku, czyli znów pozbywamy się jak największej ilości wody.


Do papryki dodajemy posiekane orzechy włoskie ( jedni siekają drobniej inni grubiej, rzecz gustu)
Solimy nadzienie. Próbujemy, czy nam odpowiada na "ostrość" i "słoność", jak smakuje to ok, jak czegoś za mało to dodać.

Faszerujemy delikatnie, by bakłażany nie popękały, warto pomóc sobie palcami i podepchnąć farsz w zakamarki. 
Jeśli ktoś ma wrażliwą skórę, a lubi "na ostro" i dał więcej papryki chili, to może warto założyć rękawiczki do robót spożywczych, bo ostra papryka może podrażniać. To już każdy musi wyczuć. Ja pracowałam bez rękawiczek bo nie lubię bardzo ostrych potraw.


Coś mi to przypomina... ;) 
Łączymy dobrze brzegi bakłażanów, by nie było widać farszu i by nam się potem nie wysypał.


Układamy nafaszerowane bakłażany rozcięciem w dół i znów przyciskamy na kilka godzin, tym razem nie za mocno, by znów odciekła woda.

W całym tym procederze maltretowania bakłażanów chodzi o to, by  na każdym etapie dobrze odcisnąć je z zawartej w nich wody. Im mniej będzie wody tym będą mniej kwaśne ( smaczniejsze)  i będzie je można dłużej przechowywać.



Wkładamy do słoja rozcięciem do góry , lub na bok i zalewamy oliwą lub olejem ( bardziej ekonomicznie, ja zalałam słonecznikowym) by zakryć całość. 

Do 3 litrowego słoja weszło mi 13 bakłażanków i był jak widać na zdjęciu, niepełny. 
W małych ilościach nie ma sensu ich robić bo za bardzo czasochłonne. Myślę , że zmieściły by się  jeszcze z cztery.

Olej może się podnosić ( jak będzie woda z bakłażanów). W przepisie mam "gdy oleju ubędzie (w sensie poziomu), to są dobre do jedzenia". Jednak u siebie nie zaobserwowałam podnoszenia i spadku poziomu oleju.

Dobrze jest przechowywać w lodówce albo chłodnym miejscu.


Czas na degustację. Wyszły dobre jak na pierwszy raz. W/g mnie lekko kwaskowe ( ciekawe czy będą bardziej kwaśne po kolejnych  kilku dniach ...), choć inni tego nie czuli.
Następnym razem postaram się jeszcze lepiej odcisnąć z wody i może dodam odrobinkę więcej chili.



Powodzenia i smaczego ;)

Jeśli nie macie możliwości czy cierpliwości robić samodzielnie magdusów, to polecam kupne produkcji libańskiej. Można kupić w sklepach wysyłkowych, zwykle są w puszkach ale te libańskie widziałam w słoikach. Nazwy firmy, tej która produkuje dobre w smaku nie pamiętam, jak sobie przypomnę to napiszę.
Nawet jeśli nie tej konkretnej firmy, to i tak warto kupić i popróbować.

W Palestynie w marketach jak patrzyłam, to były w dwóch opcjach, na ostro i łagodniejsze. Niby kupiłam łagodniejsze a i tak mi ryjek wykręcało przy jedzeniu :D

Różnie można trafić, ale kupowałam libańskie w Polsce i w UK i tu i tu były smaczne., więc dlatego tego kraju polecam jak już.


PS. 

Po degustacji moich magdusów przez autochtonów stwierdzono co następuje:

Smakowały. Było zdziwienie, że wyszły mi takie dobre za pierwszym razem, bo nawet autochtonom nie wychodzą często dobre i wielu z nich po prostu nie robi domowych magdusów. Potrawa jest trudna bo za dużo zmiennych, które mogą ją popsuć.

Na ichni smak za mało ostre  bo lubią na ostro ( na mój jak wyżej napisałam też troszkę, nie dodałam jednej paryczki chili z przepisu, następnym razem dodam ;) ) i troszkę za krótko gotowałam, mogły być być odrobinę bardziej miękkie...ale cóż, to bardzo trudno wyczuć jak długo gotować, niby wydawały mi się już gotowe jak badałam widelcem w garnku, czy miękkie.

Ale i tak jestem z siebie dumna ;)

6 maj 2018

Pierś z kurczaka w curry i mleku kokosowym

Pierś z kurczaka w curry i mleku kokosowym



Przepis od cioci, gotowała mama, a potrawa wygląda mi na jakąś z rodowodem indyjskim....

Składniki:

  • 800 g filetu z kurczaka lub indyka
  • 3 - 4 cebule 
  • 3,5 łyżki curry
  • 250 ml. mleka kokosowego
  • 400 ml. rosołu
  • 100 ml. śmietany 30%
  • sok z 1/2 cytryny
  • ćwiartka papryczki chili ( chyba że ktoś lubi potrawy ostre to więcej )
  • 3 łyżki oleju do smażenia
  • sól, pieprz
  • szczypiorek
  • 1 łyżka mąki ziemniaczanej
  • ziarna pinii ( orzeszki piniowe) - opcjonalnie
  • ryż ( w tym przepisie mniej więcej na 4 osoby, bo na tyle starczy sosu i kurczaka )


Cebulkę pokroić w kostkę i zeszklić lekko na oleju, dodać mięso umyte i pokrojone w kostkę, sól, pieprz i curry. Smażyć ok. 1-2 minuty i wyjąć na miseczkę.

Na patelnię wlać mleko kokosowe, śmietanę, rosół, mieszając gotować 5 min.

Do sosu dodać wyjęte wcześniej mięso z cebulką i gotować do miękkości. Dodać drobno pokrojoną papryczkę.

Na koniec dodać sok z cytryny wymieszany z wodą i mąką ziemniaczaną (dla zagęszczenia). Zagotować.

W między czasie gotujemy ryż i na patelce lekko podprażamy orzeszki pinii. 

Kurczaka w sosie podawać z ryżem na sypko, posypanym posiekanym szczypiorkiem i orzeszkami pinii.

Równie dobrze smakuje z makaronem, czy kaszą.


Smacznego :)



3 maj 2018

Napój słowiański z soku brzozy - tzw. "Wojowników słowiańskich"

Napój słowiański z soku brzozy - tzw. "Wojowników słowiańskich"


W tym roku mam farta jeśli chodzi o sok  z brzozy, ponieważ mam dostawy świeżego soku z prywatnego lasku znajomego, bezpośrednio do domu,  nie muszę sama nawet ściągać i biegać wymieniać butelki dwa razy dziennie, jak biegałam dwa lata temu.
Tego soku jest na tyle sporo, że postanowiłam spróbować eksperymentalnie zrobić "napój wojowników słowiańskich" w/g przepisu pana Adolfa Kudlińskiego i podzielić się nim z "dostawcą" soku.

Z moich poszukiwań w źródłach wynika, że jest to przepis ukraiński.

W Polsce nie było tradycji przerabiania soku z brzozy, stosowano to rzadko, ale udokumentowano przerabianie soku na przełomie XIX i XX w. w kilku regionach np. w Puszczy Kozienickiej (centralna Polska) był gotowany z mąką żytnią i mlekiem ( Dekowski JP. Rośliny dziko rosnące w tradycyjnym pożywieniu chłopów kozienickich. In: Kowalska-Lewicka A, editor. Pożywienie ludności
wiejskiej. Cracow: Ethnographic Museum; 1973. p. 247–256. )

Na Ukrainie tradycyjnie fermentowano oskołę z brzozy w beczkach z suszonymi owocami ( jabłka, gruszki) i/lub z palonym jęczmieniem.
Trwało to do konca lata, wówczas pijano ten sfermentowany napój podczas żniw. Tak więc raczej nie był to napój wojowników ;)
Obecnie stosowane są dodatki takie jak sok z cytryny, rodzynki i/lub cukier.

Oto przepis:


  • 2 garście jęczmienia, który należy podprażyć na patelce aż wydzieli ładny zbożowy zapach
  • 10 garści suszonych jabłek
  • 10 litrów soku z brzozy ( ponoć cukry 40g na litr, ale jak to zmierzyć nie wiem )

Do dużego słoja lub baniaka 10 litrowego wrzucić jęczmień i suszone jabłka, zalać 10 litrami soku z brzozy, wlot zakryć gazą przed muszkami  i odstawić w chłodne i ciemne miejsce.
Zachodzi fermentacja octowa i alkoholowa.

Po ok. dwóch tygodniach można odlewać i pić. Jednak myślę, że ten czas zależy od temperatury w której trzymamy nastaw, więc będę próbować smaku mojego nastawu co jakiś krótszy czas.

Osobiście zrobiłam póki co w baniaku 5 litrowym, bo na tyle miałam soku ( fajne szklane baniaki można zdobyć w "Biedronce" po winie, tzn. trzeba kupić wino :D  Ja otrzymałam w prezencie od amatora tychże win aż trzy takie baniaczki ). 

Póki co nastaw stoi w fermentacji otwartej zakryty korkiem z dziurką, ale zastanawiam się czy nie zrobić na fermentacji zamkniętej. Ktoś pod filmem z przepisem p. Kudlińskiego zawarł uwagę, że lepiej na zamkniętej fermentacji, bo wtedy jabłka nie gniją i zachodzi fermentacja alkoholowa 2,5-3 %.
Za jakiś czas poinformuję co z tego wyszło.

Z sokiem brzozowym jest ten problem, że nie wiadomo za bardzo w jakiej formie go przechowywać dłużej, gdyby się chciało popijać przez dłuższy czas, bo wiadomo że okres ściągania oskoły nie jest zbyt długi. Przy pasteryzacji soku niestety traci się sporo jego właściwości. Natomiast forma alkoholowa wysokoprocentowa nie dla wszystkich jest do przyjęcia do systematycznego picia. Z kolei powyższy napój słowiański nie przechowa się długo, ponieważ myślę, że gdy będzie za długo stał to zrobi się z niego ocet...i pomyślałam sobie , że to właśnie forma octowa była by tą dobrą formą zakonserwowania soku, nie tracąc przy tym jego korzystnej zawartości mineralnej i witaminowej.

Następny nastaw zrobię więc pod kątem uzyskania octu jabłkowego, tyle, że zamiast wody i cukru dodam oskołę. W ten sposób uzyskam trzy korzyści w jednym napoju : zakonserwowanie oskoły na długi czas+ korzystne działanie octu jabłkowego + korzystne działanie oskoły oskoły.

Wypróbuję też starą recepturę białoruską oraz recepturę z ZSRR na kwas pitny z soku brzozowego, napiszę co z tego wyjdzie w odpowiednim czasie.


Rezultaty 


Z przepisu powyżej ( ukraińskiego) w warunkach bloku mieszkalnego napój nie wytrzyma raczej dwa tygodnie, za ciepło.
U mnie został postawiony w najchłodniejszym pokoju w ciemnym miejscu i smakował mi do picia jakieś 3- 4 dni od nastawienia, tylko lekko sfermentował i czuć było fajnie jabłkowy smak.

Po jakimś chyba tygodniu zaczął łapać dziwny smak i żałowałam, że nie wypiłam go wcześniej. Z obawy, że się zepsuje dosypałam nieco cukru brzozowego ( ksylitolu), myśląc, że może sok naturalnie miał za mało cukru ( był z pierwszej "tury" ściągania).
Po tym fermentacja ruszyła na maxa, doszłam do wniosku że jednak zakryje korkiem i wstawię rurkę jak do wina, niech sobie fermentuje na zamkniętej fermentacji.

Tak sobie stoi do dnia dzisiejszego (od 5-6 kwietnia), nie próbuję, czekam aż fermentacja ustanie i zobaczymy co z tego wyjdzie. Nie omieszkam dopisać tutaj.

Nie mam pojęcia jak dawniej Słowianie robili ten napój, że przetrzymywał im się aż do lata, nawet zakładając że trzymali go w chłodzie...


Dopisek 30 kwietnia: 

Próba napoju po zamkniętej fermentacji. Nie zepsuł się, ale smak ma dziwny. Czuć lekki zapach i smak słabo octowy, trochę alkoholowy. Nie wiem jak określić ten smak.
W sumie nie wiem co z tym zrobić, wypijać , czy zabutelkować, czy dosypać cukru i fermentować jeszcze. Nie mam bladego pojęcia.

W mojej ocenie , na mój smak, ten napój to nic specjalnego. Moim zdaniem nie warto go robić dla smaku ani tym bardziej dla zdrowotności.

Jeśli robić go dla smaku to wypijać już po tych 3-4 dniach fermentacji ( w zwykłym mieszkaniu ), bo w/g mnie jest wtedy lepszy w smaku niż ten fermentowany dłużej.
Tylko czy warto, skoro można wypić po prostu surowy sok beż żadnej obróbki, ponieważ w lodówce też przechowa się 3- 4 dni.


Dopisek 3 kwietnia

Dokonałam dzisiaj ponownej degustacji z koleżanką. Miała dziwną minę jak spróbowała :D
Smak się już nie zmienił ale wpadłam na pomysł by napój osłodzić miodem i.... okazało się, że smak zyskał znacznie na jakości. Z miodem nam nawet to smakowało, mnie chyba nawet bardziej niż kwas pitny z przepisu rosyjskiego.



Dawny przepis rosyjski

Nieco zmodyfikowałam, ponieważ nie miałam liści czereśni, kory dębu ( chociaż tutaj nie jestem pewna co do poprawnego przetłumaczenia przepisu, czy to chodziło na pewno o korę jako składnik, czy beczkę dębową) itp. Oparłam się tylko o podstawowe składniki.

Skład to : sok z brzozy, koper, skórka od chleba żytniego. W jeden pojemnik dodałam ząbek czosnku ( poza przepisem, za własną intuicją ) oraz nieco kminu rzymskiego ( za własną intuicją ), w drugim nastawiłam bez czosnku.

Z czosnkiem wyszedł nawet smaczny kwas po 2-3 dniach (w zależności od temperatury w mieszkaniu).
Bez czosnku złapał nieładny smak , chyba się zepsuł. Może przez brak kory dębu, która zawiera garbniki i pewnie trochę zapobiega zepsuciu?...


Wszelkie kwasy pitne podobno można przelać do butelek, zakorkować i przetrzymywać w chłodzie przez dłuższy czas. Niestety nie mogę tego sprawdzić, ponieważ nie mam chłodnego miejsca by je przechowywać, czego bardzo żałuję.


Ocet jabłkowy na soku z brzozy

Też trochę zrobiłam, niestety jeden nastaw mi się chyba zepsuł , złapał nieładny kożuszek na powierzchni i dziwny zapach. Nie wiem czemu.
Drugi jest ok.


Receptury białoruskiej nie wypróbowałam bo już nie miałam na czym. Wypróbuję w przyszłym roku.


Podsumowanie 


Jeśli ktoś chciałby kombinować z sokiem brzozy dla smaku, to chyba najbardziej polecałabym kwas pitny z receptury rosyjskiej z koprem i moją modyfikacją, czyli z dorzuceniem czosnku ( opisane powyżej). 
Na drugim miejscu smakowym jest napój w/g receptury ukraińskiej krótko fermentowany ( 3-4 dni) 

Tą kolejność można zmienić jeśli ktoś nie lubi kwasów pitnych i woli smaki owocowo-oranżadowo-kompotowe.

Jeśli dla zdrowotności to na pierwszym miejscu świeży sok, na drugim ocet jabłkowy, ponieważ można go długo przechowywać. No chyba, że ktoś ma zimną piwnicę, to może będzie w stanie długo przechować kwas.

Tak czy siak pamiętajcie by nie zbierać za dużo soku z jednego drzewa oraz odpowiednio zabezpieczać dziury w drzewach by mogły żyć i dawać sok w kolejnym roku.



2 maj 2018

Budowanie męskości cz.2 - Słowa też są ważne...

Budowanie męskości cz. 2- Słowa też są ważne....



Czasem słowa żartują, ale czasem wskazują na intencje. Problem w tym jak to rozpoznać.

Weźmy np. taką sytuację, kiedy kobieta nieśmiało ( albo śmiało) sugeruje mężczyźnie, że chciałaby się z nim spotkać, poznać go lepiej, może zaprosić do siebie , a najchętniej to by wolała tego nie robić, tylko by to on podjął w tym względzie inicjatywę. On natomiast pyta:

- A jakie atrakcje u ciebie?

I kobieta sobie myśli:

To żart? Flirt? Czy serio pyta? Jak serio, to znaczy, że w jego oczach nie jestem na tyle ważna, ciekawa, miła, fajna itp. żeby się ze mną spotkać, poznawać mnie, tylko interesuje go jakie mogę zapewnić atrakcje....A jak mieszkam w nudnym mieście gdzie żadnych atrakcji nie ma to z tego wynika, że już w ogóle nie warto mnie odwiedzać i poznawać ani tym bardziej zapraszać. 
Czyli rozumiem to jako : mam cię gdzieś.

Nawet wyluzowana kobieta, mająca jakiś dystans do samej siebie, z poczuciem humoru, zastanowi się nad takimi słowami i raczej uzna to trzecie wytłumaczenie. A tym bardziej jeśli taka kobieta miała już wcześniej do czynienia z facetem/ facetami, dla których atrakcje były ważniejsze od niej samej. Nie jest to miłe, to bardzo niefajne uczucie dla kobiety.

Ja np. już kiedyś słyszałam takie słowa, wtedy wzięłam to za żart  czy flirt, jak czas pokazał myliłam się i kiepsko dla mnie się to skończyło.
Już to przerabiałam. Teraz chyba zacznę od razu mówić , że żadnych atrakcji nie zapewniam, że trzeba przywieźć sobie atrakcje ze sobą, o ile jeszcze będę miała możliwość i odwagę, jakiegoś faceta zaprosić.

Albo zwyczajnie nie będę zapraszać, by sobie zaoszczędzić słuchania takich słów i biernego czekania  faceta aż zapewnię atrakcje, a jak nie będą wystarczająco atrakcyjne - niesmaku i dołka po zniknięciu faceta . Poczekam aż facet mnie zaprosi, bo jeśli nie wyjdzie z inicjatywą po jakimś tam czasie trwania relacji,  to sytuacja będzie dość oczywista.
Bo chyba nawet nieśmiały facet jak "chce", to nic mu na przeszkodzie nie stanie. Jak facet "chce" się spotkać, to działa, nawet jak kobieta jest biedna...Podobno. Tak usłyszałam od facetów. Tylko kiedy facet "chce" ? Oto jest pytanie....( ale to na inny post) 

( na marginesie, ilu jest takich facetów, którzy "chcą" jak kobieta jest np.biedna i jak muszą "zainwestować" nie tylko czas ale i  kasę, bo gdzieś trzeba nocować, coś trzeba jeść, jakieś bilety na te atrakcje trzeba sobie kupić itd. itp. bez gwarancji sukcesu, jakiego tam sobie chcą i jak go sobie tam postrzegają , skoro łatwiej spotkać się z nie-biedną, mniej "inwestycji" bo za siebie zapłaci, jeszcze ugości w swoim mieszkaniu i da jeść, albo z taką co mieszka bliżej )

Wracając do naszego "A jakie atrakcje u ciebie? , kobieta patrzy więc też na czyny. Jeśli czyny świadczą o tym , że mężczyzna szuka z kobietą kontaktu, wychodzi z inicjatywą, obchodzi go co z nią i u niej się dzieje, zwraca uwagę na jej potrzeby ( i nie pisze tu o potrzebach materialnych) to jest szansa , że to nie było powiedziane na poważnie.....

A jeśli on ma to wszystko gdzieś i to ona zawsze wychodzi z inicjatywą, ona szuka kontaktu, ona na niego czeka,  głównie ją obchodzi jego życie, głównie ona zwraca uwagę na jego potrzeby i im się podporządkowuje, no to ....sami sobie odpowiedzcie...

Słowa są ważne, bo mogą pokazywać i zazwyczaj pokazują, w jaki sposób ktoś myśli, jak postrzega daną sytuację lub daną osobę.

Mężczyźni może często nie pamiętają co powiedzieli do kobiety, ale kobiety pamiętają, co mężczyzna mówił, o ile prawdziwie słuchają mężczyzny, którego chcą poznawać, czy z którym są. Pamiętają zwłaszcza słowa mogące dawać sygnał jaki facet ma stosunek do kobiety jako osoby, jak ją postrzega.

Dlatego potem kobieta odpowiednio dla siebie reaguje na to co usłyszy, podczas kiedy facet już nie pamięta co powiedział i interpretuje jej zachowanie w oderwaniu od tego co jej przekazał wcześniej słowami , intencjonalnie poważnie, lub nieintencjonalnie jak myśli, lub w żartach ( a ona mogła tego nie odebrać jako żart, bo może nie wiedzieć jak to odebrać, jak wyżej napisałam )

Z tej swojej interpretacji potem On wyciąga wnioski, niekoniecznie właściwe i dziwi się, że kobieta tak a nie inaczej się zachowała albo, że jej już po prostu nie ma, bo sobie poszła , wyciągając  z tego co mówił wniosek , że on ma ją gdzieś.

Liczą się głównie czyny, ale słowa są też ważne. Jeśli słowa i czyny są spójne to można przypuszczać że intencje również.

Wszystko jednak podlega jakiejś interpretacji, bo jest przefiltrowywane przez doświadczenia danego człowieka, czasem niewłaściwie używamy słów, albo nie potrafimy okazać czegoś czynami, dlatego zdarzają się pomyłki.

Tak więc Panowie czasami zastanówcie się czy te słowa, które wypowiadacie do kobiety są faktycznie nośnikiem tej treści, którą chcecie przekazać.

Bo my kobiety często Was słuchamy i reagujemy emocjonalnie i racjonalnie na to co słyszymy.


Powiązane posty:

Budowanie męskości cz. 1 - Męska siła > TUTAJ

Budowanie kobiecości cz.1- w męskim kontekście  > TUTAJ



30 kwi 2018

Pożywna sałatka na majówkę

Pożywna sałatka na majówkę



W dodatku prosta i szybka do zrobienia.

Składniki:

  • kasza kuskus
  • kabaczek albo cukinia
  • pomidory
  • oliwki
  • sól
  • tłuszcz do smażenia
  • oliwa z oliwek opcjonalnie


Kaszę kuskus zalewamy w garnku lub salaterce osolonym wrzątkiem  ( w proporcji np.  na 1 szklankę kuskusu dajemy 1 1/4 szklanki wody ) przykrywamy i czekamy aż napęcznieje i zmięknie, trwa to ok. 5 minut. Można dodać do wody nieco oliwy z oliwek lub innego tłuszczu by się nie zlepiała.

Kabaczek lub cukinię myjemy, obieramy lub nie i kroimy w kostkę. Dusimy chwilę na tłuszczu na patelce ( można podlać odrobiną wody ) aż zmięknie.

Pomidory obieramy ze skóry lub nie, kroimy w kostkę. oliwki kroimy na plasterki lub ćwiartki .

Kabaczek, pomidory, oliwki dodajemy do kaszy kuskus, doprawiamy solą i ewentualnie odrobiną oliwy z oliwek. Mieszamy. 
Umieszczamy w szklanym zamykanym pojemniczku lub pudełeczku z polipropylenu ( plastik oznaczony nr.5 ) wolnego od bisfenolów ( bisfenol free) i możemy zabrać w teren. Nie zapomnijcie o widelcu ;) 

Smacznego i udanej majówki ;)


29 kwi 2018

Przejęcie kontroli nad zasobami wody w Polsce - zdrada narodowa

Przejęcie kontroli nad zasobami wody w Polsce -zdrada narodowa



Jeśli ktoś jeszcze się łudzi że wreszcie mamy polski rząd to niech sobie uświadomi tę informację :

 " Uprzejmie informujemy, że z dniem 1 stycznia 2018 roku, na podstawie ustawy Prawo Wodne z dnia 20 lipca 2017 roku ( Dz. U. z 2017 r. poz. 1566 ), zostaje utworzona pastwowa osoba prawna Państwowe Gospodarstwo Wodne Wody Polskie.
Zgodnie z art. 527 ustawy Prawo Wodne, z dniem wejścia w życie ustawy należności, zobowiązania, prawa i obowiązki Krajowego Zarządu Gospodarki Wodnej oraz regionalnych zarządów gospodarki wodnej, będących państwowymi jednostkami budżetowymi, stają się odpowiednio należnościami, prawami i obowiązkami Wód Polskich. "
źródło : https://warszawa.rzgw.gov.pl/wiadomosci/aktualnosci/panstwowe-gospodarstwo=wodne-wody-polskie

Pewnie po to był cały szum z sądami, oddawaniem mienia itp, by odwrócić uwagę Polaków od sprawy najważniejszej - przejęcia naszych wód w prywatne łapy.

Teraz sobie zgadnijcie w czyich prywatnych łapach są WSZYSTKIE zasoby wodne w Polsce, bo ta spółka jest tylko z nazwy państwowa. 
( polecam dokładne przestudiowanie prawa administracyjnego i kodeksu cywilnego, oraz tego co to są osoby prawne i jednostki budżetowe i czyj jest ich majątek, komu podlegają itd.  )

Ustawa na podstawie której oddano nasze wody jest ZDRADĄ STANU.
Jest to działanie wybitnie na niekorzyść Polaków i Polski ponieważ kontrolę nad zasobami wód daje w prywatne obce łapy.

Jak dużą oddano kontrolę


"Wody Polskie będą wykonywały prawa właścicielskie w stosunku do wód publicznych stanowiących własność Skarbu Państwa, ale z wyłączeniem śródlądowych dróg wodnych o szczególnym znaczeniu transportowym.

Wody Polskie będą również mogły wspierać gminy w celu zapewnienia wody na potrzeby ludności oraz rolnictwa.

Ponad to Wody Polskie przejmą część zadań związanych z gospodarką wodną od NFOŚiGW. Są to:

- opracowywanie planów służących gospodarowaniu wodami, planów zarządzania ryzykiem powodziowym, planów przeciwdziałania skutkom suszy oraz tworzenia i utrzymania katastru wodnego.

- wspomagania osłony hydrologicznej i meteorologicznej społeczeństwa oraz gospodarki, a także rozpoznawanie , kształtowanie i ochronę zasobów wodnych w kraju

- wspomagania realizacji zadań w zakresie rozpoznawania, bilansowania i ochrony wód podziemnych w celu ich racjonalnego wykorzystania przez społeczeństwo i gospodarkę.

- wspomagania realizacji zadań modernizacyjnych i inwestycyjnych, służących ochronie gospodarki wodnej, w tym dotyczących instalacji lub urządzeń ochrony przeciwpowodziowej i obiektów małej retencji wodnej

Jako zadania zlecone z zakresu administracji rządowej do Państwowego Gospodarstwa Wodnego Wody Polskie zostały przekazane zadania ze starostw powiatowych i urzędów marszałkowskich związane z wydawaniem pozwoleń wodnoprawnych. "

Jak widać kontrola nad całą wodą w kraju to władza absolutna, ponieważ woda jest człowiekowi niezbędna do życia, do działalności rolniczej i gospodarczej.
Nie powinna być w łapach prywatnej spółki.

Jak będą dojone pieniądze


Wody Polskie mają otrzymywać środki do tej pory przypisane Narodowemu oraz wojewódzkim funduszom ochrony środowiska i gospodarki wodnej ( z tytułu za pobór wód ), dotacje z budżetu państwa oraz środki pozyskiwane z nowych opłat za usługi wodne.  Ponad to środki przypisywane dotąd jednostkom budżetowym w ramach rezerwy celowej, będącej w dyspozycji Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi, oraz środki będące w budżecie wojewodów.

Ustawa przewidziała wprost inne źródła finansowania Wód Polskich, m. in przychód z tytułu oplat legalizacyjnych - za legalizację urządzenia wodnego jednostkowa stawka ma wynosić 5000 zł ( np. studnie !)  i byc waloryzowana rokrocznie o wskaźnik inflacji ( była to 10-krotnośc opłaty skarbowej za wydanie pozwolenia wodnoprawnego czyli kwota  2170 zł ! ) Nie jest to jedyna opłata, by wspomnieć choćby o opłacie melioracyjnej.

( nas podstawie informacji zawartych w odpowiedzi Mariusza gajdy, podsekretarza stanu w Ministerstwie Środowiska, na interpelację poselską nr. 5430, z 29 września 2016 r ( DZW-I/070.85.2016.MSz, 196303.530187.429384 )

Tak więc czekają nas regularne podwyżki opłat za wodę ( studnie też nam opodatkują albo zabronią kopać żeby nas zmusić do przyłączenia się do sieci ???? ) , bo te zadania będą finansowane z naszych opłat za wodę i muszą jeszcze na nas zarobić do własnych kieszeni, a co za tym idzie ceny wszystkiego wzrosną jeszcze bardziej, bo do produkcji też potrzebna jest woda, do usług też. Te 500 plus dane łaskawie dla części Polaków nic nie znaczy, to tymczasowe mydlenie oczu. Odbiorą to z nadwyżką w ciągu kilku lat.

Może nam przyjdzie wodę z Czech kupować (!) bo się okaże tańsza.....a nasza gdzie pójdzie? Do Izraela? Tam nikomu by nie pozwolili zarządzać swoją wodą, bo jak słyszałam bali by się zatrucia wody ( ujęcia są odpowiednio zabezpieczone jak widziałam ) i wytrucia narodu a u nas??? Brak wyobraźni rządu? Nie sądzę, dobrze wiedzą co robią , dla kogo i po co.

Proponuję "aktem woli narodu " unieważnić tą ustawę, uchwaloną bez zgody Polaków ! A w nowej konstytucji zapisać wyraźnie że woda i surowce naturalne należą do Polaków i nie można ich oddawać w obce  łapy ani fizycznie ani przez zarządzanie.

Przykład takiego aktu woli narodu, który jest wiążący dla sejmu i rządu jeśli podpisze go ponad połowa Polaków uprawnionych  do głosowania, można podejrzeć TUTAJ 

Powoli zaczynam myśleć że jedyną partią polituczną której zależy na Polsce i Polakach jest może narodówka i partia Słowian.
Skoro Izrael może być państwem narodowym ( bo przecież nie rozdaje obywatelstwa nie Żydom )  to dlaczego nie my? Oni spokojnie żyją w Państwie narodowym a nam się wmawia że nasze idee narodowe to nacjonalizm.



27 kwi 2018

Budowanie męskości cz. 1- męska siła

Budowanie męskości cz.1 - męska siła


Kiedy mówię o męskiej sile, faceci utożsamiają ją z typem "macho", pamiętam jak ktoś skwitował, że z silnym facetem to będę "fruwać na wysokości lamperii"....

Inaczej rozumiem męską siłę. Mężczyzna silny wcale nie musi być tzw. "macho" w powszechnym rozumieniu tego określenia. 
Prawdziwa siła nie służy mężczyźnie do osiągnięcia przewagi w związku, wykorzystywania jej przeciwko kobiecie. Jest po to, by kobieta ( a co za tym idzie dzieci ) czuła się bezpiecznie ( w różnym sensie ale to temat na oddzielny post ) i mogła bez obaw wyrażać przy nim swoją kobiecość.  Męska siła ma być ukierunkowana na służenie relacji.

Spodobała mi się sentencja:


"Idealny mężczyzna jest jak kaloryfer - twardy ale ciepły" 

Podoba mi się taki miks ;)  

Z ciepłem to chyba często mężczyźni mają problem, chociaż może częściej z okazywaniem go?  
Nie wiem, bo nie siedzę w środku ich mózgów ani emocji, a nie zawsze to, co jest okazywane jest jednocześnie odczuwane i nie zawsze to co odczuwane jest okazywane. Wiem, że część z nich to ciepło zwyczajnie udaje wtedy kiedy mają w tym "interes", niestety. Tacy faceci bardzo łatwo potrafią od ciepła przejść do obojętności a nawet okrucieństwa w stosunku do kobiety. 
Innym być może wydaje się, że okazywanie ciepła jest niemęskie i nie ma nic wspólnego z męską siłą, więc odmawiają jej kobiecie. 
Zdarza się, że traktują takie zaniechanie jako karę, pewnie w celach zwyczajnie manipulacyjnych, co jest wykorzystywaniem twardości do wewnątrz relacji przeciwko kobiecie. Niczego dobrego to nie przynosi.

Jeszcze inni mężczyźni mają problem z twardością, zwłaszcza w sytuacjach trudniejszych związanych z relacją, albo okolicznościami życia.

Myślę, że to właśnie połączenie twardości z ciepłem tworzy męską siłę.

Mężczyzna twardy to mężczyzna silny. Mężczyzna ciepły to mężczyzna, który ukierunkowuje swoją siłę na wspieranie kobiecości, dzięki temu bowiem może ona  rozkwitać w pełni a wtedy jest w stanie wspierać twardość ( i siłę ) mężczyzny, która wtedy kiedy potrzeba powinna być ukierunkowana na zewnątrz relacji, zwłaszcza w trudnych sytuacjach, kiedy trzeba walczyć z czymś, o coś.
Jeśli mężczyzna twardość ukierunkowuje do wewnątrz relacji z kobietą, wykorzystuje siłę przeciwko niej, zamiast otulać kobietę ciepłem i przez to wspierać kobiecość, niszczy ją. W ten sposób niszczy też męskość i męską siłę w sobie. Ujmując kobiecie kobiecości, ujmuje sobie męskości.

Gdybym miała podać jakiś filmowy przykład męskiej siły w relacji z kobietą , chyba podałabym parę bohaterów z serialu  "Doktor Quinn" ( wiele odcinków, bez konkretnego odcinka )
Byron Sully  i dr Mike Quinn.



Swoją drogą bohaterka prezentuje typ kobiecości, który ja nazywam zdrowym, któremu nie jest potrzebna manipulacja, który nie pełni roli "szyi kręcącej głową", który nie dostarcza mężczyźnie powierzchownej ekscytacji, tak poszukiwanej dzisiaj przez wielu mężczyzn, lecz ofiarowuje spokój, zrównoważenie, mądrość, ciepło, troskę, które to potrzebujący ekscytacji, pobudzania i "animowania" faceci nazywają dzisiaj "drętwo", "nudno" itp.

Męska siła głównego bohatera tego nie potrzebuje, tylko wspiera tę kobiecość poprzez ciepło skierowane ku kobiecie i dzięki temu wzmacniana jest w twardości skierowanej na zewnątrz.

Taka kobiecość rozkwita przy męskiej sile rozumianej jak wyżej, bo taka męska siła nie zmusza jej do tego, o czym mówił Trechlebov w swoim wykładzie i nie przenosi odpowiedzialności za słabość czy siłę mężczyzny, a tym samym za całą relację na jej barki.

Moim zdaniem to bliższy starosłowiaństwu typ kobiecości w relacji z męskością, niż taki jaki przedstawił Trechlebov.



Powiązany post :

Budowanie męskości cz.2 - Słowa też są ważne > TUTAJ



22 kwi 2018

Rolnik szuka żony? - voila, czyli jak zostałam mamką i relaks w pasiece

Rolnik szuka żony? -  voila,  czyli jak zostałam mamką i relaks w pasiece.


Pisałam wcześniej o dostawach soku z brzozy z lasku znajomego. Kilka razy pojechałam tam rowerem odebrać sobie sok i oddać butelki.

Jako, że na łące brykały radośnie małe kózki, nie oparłam się by je pogłaskać i poprzytulać. Kózki ze względu na małą ilość mleka matki trzeba dokarmiać butelką trzy razy dziennie, więc tego dnia to ja stałam się dostawcą, nie tyle soku z brzozy co mleka z marketu, który mijałam po drodze. Przypadła mi też rola mamki, która nie zaprzeczę, ubawiła mnie.

Jedna butelka na trzy głodomorki to zdecydowanie za mało, więc musiałam odganiać dwie głodne, pchające się mordki, podczas kiedy jedna pazernie ssała smoka.
Po chwili nauczyłam się odróżniać, która mordka już dostała porcję a która jest następna w kolejce. Buteleczka była mała, więc jedzenie podzielone zostało na porcje i tak porcjami kilka razy każdej kózce po kolei wędrowało do gębki, żeby jedna nie musiała zbyt długo czekać i by było sprawiedliwie.

Karmić jak karmić ale spróbujcie wydoić kozę ;)






Po spełnieniu roli mamki poleniuchowałam i poprzyglądałam się pracy pszczół przy ulach. Regularne bzyczenie relaksowało. Aparat nie pozwolił mi na zrobienie lepszych fot, ale widać jak niosą kulki pyłku kwiatowego na łapkach. Na filmiku poniżej to może trochę lepiej widać, spowolniłam go o 50%.
Jedne niosą większe "woreczki", inne mniejsze, ciekawe  czy zależy to od rodzaju kwiatu, na który akurat pszczoła usiądzie, czy od lenistwa bądź pracowitości ;)



Zawsze wydawało mi się, że zbliżając się na taką odległość do ula zostanę pokąsana. Jednak pszczoły były tak skupione na pracy, że miały mnie gdzieś. Byle nie stawać na drodze ich powietrznego szlaku.

 Kozami stojącymi w pobliżu też się nie przejmowały, kozy nimi również nie.



Gospodarz akurat robił małe naprawy w ulu i dokładał ramek pszczołom, więc miałam okazję zajrzeć do otwartego ula.
Dowiedziałam się, że ul wyższy i węższy to ul warszawski, a niższy bardziej sześcienny to ul Dadant ( chyba )
Nie wiedziałam, że pszczoły zbierają nektar i pyłek w promieniu ok 3 km od ula. Jeśli chciało by się je wywieźć ( razem z ulem ) gdzieś np. do lasu dla pozyskania miodu spadziowego, to odległość musi być większa niż te 3 km, inaczej mogą wrócić na łąkę przy domu i nie zastając tam ula nawet umrzeć.

Usłyszałam również co trzeba zrobić gdy pszczoły "wyroją" się z ula. Z reguły przysiadają na jakimś pobliskim drzewie czy krzaku, zanim definitywnie uciekną. Trzeba wtedy je pokropić wodą, to się nie będą ruszać i delikatnie złapać cały rój w siatkę , podobną jak podbierak do ryb, po czym wsadzić do pustego ula.

Filmik pokazujący troszkę wnętrza ula poniżej ( przymknijcie oczy na brudne pazurki ;) )


Nabrałam ochoty by mieć swój ul, tyle, że najpierw trzeba by było mieć gdzie go postawić. Według właściciela pasieki powinno się mieć co najmniej trzy ule.

Relaksujące, spokojne , bezstresowe zajęcie, no chyba, że się nie okadzi dymem ula i  grzebie w nim bez ochronnego ubrania ;)

Przy okazji rozmowy o pasiece i zwyczajach pszczół, dogadałam się w sprawie posadzenia moich ziół ( które są miododajne) na terenie łąki znajomego. Pszczoły będą mieć nektar by produkować miód a ja będę mieć surowiec zielarski. którego nikt mi nie zniszczy. Dobry "dil"  :)

Nieopodal, przy schodach do niewykończonego budynku mieszkalnego, jeż zrobił sobie gniazdo/norkę. Spryciarz umieścił je pod deskami, by mu nie lało na nos podczas deszczów :)
Nie zaglądałam do środka, nie chcąc straszyć jeża i rozgrzebywać źdźbeł, ale być może już ma, albo niedługo będzie miał młode.


To był dobry, miły, owocny dzień.