20 kwi 2016

Domowi goście

Domowi goście


Mieszkając na parterze bywa, że miewamy  niespodziewanych gości. Czasem ich sami wpuszczamy jak dobijają się do drzwi ;) a czasem sami sobie wchodzą, choćby przez uchylony balkon.

Jeśli są głodni otrzymują wtedy poczęstunek, jeśli wpadają tylko ot tak, zobaczyć co u nas słychać, zazwyczaj ( nie oznacza zawsze ;) ) nie przeszkadzamy im w wycieczce po mieszkaniu i sprawdzeniu czy wszystko u nas ok. :D

Odwiedzali nas już ( pomijając te najmniejsze żyjątka ) : jeż, nietoperz, myszy, szczury, psy, koty, pisklak który wypadł z gniazda i....wielki pająk ptasznik, który przyłapany został na ścianie w wc..... mam nadzieję, że nie znajdę nigdy w wannie jakiegoś krokodyla, w kapciu skorpiona lub w łóżku boa dusiciela  :D

Ostatni gość na fotce, miły krępy futrzak.





Parapetowa jadłodajnia na przednówku

Parapetowa jadłodajnia na przednówku


Przez całą zimę na parapet kuchennego okna, do karmnika zrobionego z powycinanej 5-cio litrowej( modraszka ) butelki PET, przylatywały ptaki. Różne, zazwyczaj niewielkimi stadkami największe europejskie sikorki - bogatki, czasem rzadziej spotykane na parapetach miast - pięknie, niebieskawo ubarwione sikorki modre, które ja nazywam "niebieskimi czapeczkami" lub "niebieskimi bertami" ;)  
Pojawiały się czasem też ładnie ubarwione zięby i czyżyki. Kilka razy odwiedził kolorowy szczygieł.
Z rzadka zaglądały kosy z pomarańczowymi nosami (u samców), które zazwyczaj stołują się na ziemi, lecz w chwilach dużego mrozu przylatywały na parapet.
Kiedyś całymi stadami przylatywały dzwońce ale odkąd "przycięto" dwa drzewa w taki sposób że pozbawiono je korony, ptaki te są już rzadkimi gośćmi, a szkoda, bo zabawnie było obserwować ich stołówkowe bitwy.
Z większych ptaszysk do karmnika zaglądały największe z dzikich gołębi - gołębie grzywacze.

Z nastaniem wiosny i cieplejszych dni zakryty karmik butelkowy został usunięty i zastąpiony odkrytą zwykłą miseczką na ziarno.

Od lat ptaki przyzwyczajone są do stołowania się zimą w blokowiskach. Nic dziwnego więc, że wiosną, kiedy wypada założyć gniazdo i potrzeba uzupełniać kalorie a jednocześnie obfitości pokarmowej w naturze jeszcze brak, przylatują nadal do "pełnej michy".

Jakie dania serwuje bar? Nasiona słonecznika, bo to ulubiony pokarm tych akurat gości, w dodatku zawiera dużo tłuszczu, co nie jest bez znaczenia. Jedynie kosy od ziaren preferują miękkie jedzonko jak np. pokrojone jabłka czy inne miękkie owoce. Pod żadnym pozorem nie należy ptakom dawać jedzenia z solą ! Ich organizmy nie są w stanie przyswoić soli, ona się kumuluje i ptaki potem umierają w cierpieniach. Jedynie kaczki mogą bezpiecznie jeść produkty zawierające sól np. chleb.

 Kilka portretów przy "kotlecie" zamieszczam poniżej :)
( cóż jakość taka sobie, do tego zakłócenia audio, ale niestety nie dysponuję dobrym sprzętem a podmienić jeszcze dźwięku nie potrafię, głos sobie najlepiej wyłączyć żeby nie szumiało)

Sikorki bogatki, warto wiedzieć że samczyki maja szersze czarne "krawaty" i dłuższe, sięgają pomiędzy łapki, samiczki mają węższe i delikatniejsze.


Gołąb grzywacz. W tym roku przylatują dwa, chyba parka,  bo gołębie są monogamiczne. Miło sobie gruchają przed oknem. Podejrzewam, że to ta sama parka, która w zeszłym roku gniazdowała na drzewie obok, lecz lęg na skutek niefortunnych okoliczności się nie udał, o tym > TUTAJ


I nie taki częsty gość - Zięba zwyczajna, pieszczotliwie przeze mnie nazywana Ziębką ;)
Na filmiku samiec.


Sikorki modre dorzucę jeśli poradzę sobie z koszmarnym audio ;)

A jeśli ktoś chce posłuchać głosów poszczególnych ptaków i nauczyć się rozpoznawać, to znalazłam na youtube taki samouczek ( macie tam bogatkę, modraszkę, grzywacza i na końcu ziębę )

U mnie w mieszkaniu najczęściej słychać bogatki. Czasem ziębki bo siedzą tuż za oknem na krzaku jaśminu.

Lista ptaków wraz z minutami nagrania pod spodem.


0:04 Bogatka (Parus major)
0:17 Cierniówka (Sylvia communis)
0:43 Czyż (Spinus spinus)
1:02 Drozd śpiewak (Turdus philomelos)
1:32 Dzwoniec (Chloris chloris)
1:52 Dzięcioł duży (Dendrocopos major)
2:01 Dzięcioł zielony (Picus viridis)
2:15 Dzierzba gąsiorek (Lanius collurio)
2:30 Gajówka (Sylvia borin)
2:51 Gil (Pyrrhula pyrrhula)
3:13 Grubodziób ( Coccothraustes coccothraustes)
3:33 Grzywacz (Columba polumbus)
3:44 Jer (Fringilla montifringilla)
3:59 Kapturka (Sylvia atricapilla)
4:20 Kopciuszek (Phoenicurus ochruros)
4:42 Kos (Turdus merula)
4:59 Kowalik (Sitta europea)
5:26 Kulczyk (Seriuns serinus)
5:48 Kwiczoł (Turdus pilaris)
6:14 Łozówka (Acrocephalus palustris)
6:51 Modraszka (Cyanistes caerueus)
7:14 Paszkot (Turdus viscivorus)
7:43 Piecuszek (Phylloscopus trochilus)
8:01 Piegża (Sylvia curruca)
8:07 Pierwiosnek (Phylloscopus collybita)
8:24 Pleszka (Phoenicurus phoenicurus)
8:35 Pokrzywnica (Prunella modularis)
8:47 Rudzik (Erithacus rubecula)
9:20 Sierpówka (Streptopelia decaocto)
9:43 Słowik rdzawy (Luscinia megarhynchos)
10:08 Sosnówka (Periparus after)
10:25 Strumieniówka (Locustella fluviatilis)
10:33 Strzyżyk (Troglodytes trglodytes)
11:03 Szczygieł (Carduelis carduelis)
11:26 Szpak (Strunus vulgaris)
11:54 Świstunka leśna (Phylloscopus sibilatrix)
12:10 Trznadel (Emberiza citrinella)
12:37 Wilga (Oriolus oriolus)
13:00 Wróbel (Passer domesticus)
13:24 Zaganiacz (Hippolais icterina)
14:15 Zięba (Fringilla coelebes)



26 mar 2016

24 mar 2016

Haft matematyczny - jak samemu zrobić kartki na różne okazje

Haft matematyczny - jak samemu zrobić kartki na różne okazje


Co prawda już trochę późno, by wysyłać kartkę świąteczną na Wielkanoc, ale postanowiłam wrzucić "przepis" na kartki wykonane przeze mnie w tandemie z mamą z wykorzystaniem haftu tzw. matematycznego.
Technikę tę można wykorzystać do zrobienia kartek również na inne okazje a także wykorzystać do zdobień na sztywnych podłożach.

Czego będziemy potrzebować


  • kolorowe  kartki brystolu A4 ( lub innego formatu bo i tak przytniemy do rozmiaru kartki ) na bazę kartki
  • jasne kartki brystolu, najlepiej ozdobnego ( oczywiście mogą być też ciemne kartki i wtedy haft jasną nicią, wedle fantazji ) na którym będziemy haftować
  • kolorowe kartki, niekoniecznie z brystolu by wyciąć jajka 
  • klej do papieru, opcjonalnie taśmę klejąca dwustronną
  • nici nieco grubsze niż te standardowe do maszyn do szycia, najlepiej ozdobne ( z połyskiem lub metaliczna nitką )
  • zielone sianko, lub cienkie nici by zrobić trawkę
  • napis z folii samoprzylepnej lub mazaki do napisania ( lub np. długopisu żelowe z brokatem itp. )
  • nożyczki do ozdobnego przycinania brzegów lub gilotynka z ostrzem do ozdobnych brzegów ( lub własne zwinne palce ;) )

Jak wykonać kartkę haftem matematycznym


Przyciętą do odpowiedniego rozmiaru, w przypadku standardowej kartki będzie to 10,5 x 14 cm ( pamiętać należy o pozostawieniu większego marginesu z brzegów by potem można było przyciąć brzegi ozdobnymi nożyczkami ) kartkę ozdobnego jasnego brystolu dziurkujemy przykładając szablon ( umieszczam obok do wydrukowania ).











 
Nawleczoną na igłę nicią haftujemy wkłuwając w co 14-tą dziurkę w/g schematu opisanego numerkami ( liczbami oznaczyłam kolejne wkłucia igły parami do 75, myślę że dalej sobie poradzicie ;) ) . Zasada jest taka że w miejscach mniejszych łuków dziurki są bliżej siebie.

Po skończeniu nitkę przyklejamy pod spodem tła, taśmą klejącą.











Brzegi naszego tła przycinamy ozdobnymi nożyczkami lub gilotynką z ozdobnym ostrzem. Jeśli ktoś takiego sprzętu nie posiada, może delikatnie odedrzeć brzeg palcami, tak też można uzyskać ciekawy efekt, zamiast takiej prostej "gołej" krawędzi.

Przyklejamy nasze tło z wyhaftowanym motywem do kolorowej brystolowej bazy kartki przy pomocy kleju.

Naklejamy napis z folii samoprzylepnej lub samodzielnie wypisujemy cienkopisami czy długopisami żelowymi.

Z sianka lub zielonych nici robimy "trawkę" zwijając nić kilkukrotnie i rozcinając, przyklejamy wiązkę na dole wyhaftowanego koszyczka.

Z kolorowego papieru lub brystolu wycinamy jajka. Od spodu przyklejamy taśmę dwustronną, jeśli chcemy mieć ciekawszy efekt używamy taśmy dwustronnej 3D, która jest grubsza, więc jajka będą nieco odstawać od tła. Możemy też je przykleić klejem do papieru, wedle uznania.

Na końcu, do środka naszej złożonej gotowej już kartki wklejamy karteczkę z kolorowego papieru z ozdobnym brzegiem , by można było na niej wypisać życzenia :)

Efekt macie na zdjęciu na początku postu. W taki sposób można wykonać nie tylko kartki świąteczne, bo jeśli zamiast jajek damy do koszyczka bukiet kwiatów będziemy mieć kartkę na imieniny , urodziny , dzień mamy lub inne okazje albo bez okazji ;)

Miłej zabawy i frajdy z samodzielnego wykonania :)


Inne kartki zrobione techniką haftu matematycznego, wyszyte przez moją mamę:


fot: PS.przelotem  ©

fot: PS.przelotem ©



14 mar 2016

Dla tej jednej to znaczy wiele

Dla tej jednej to znaczy wiele



Przypomniała mi się pewna przypowieść.

Podczas sztormu morze wyrzuciło na brzeg wiele meduz. Mała dziewczynka szła wzdłuż linii plaży i podnosząc meduzy wrzucała je z powrotem do morza.
Przechodzący obok człowiek , widząc to powiedział:

- Po co to robisz i tak wszystkich nie uratujesz, bezsensu, szkoda czasu i energii.

Dziewczynka na to:

- Dla tej jednej to znaczy wiele.

Są ludzie którzy mówią jak ten człowiek, że wszystkim i tak nie pomogą , więc nie pomagają nikomu. Bo tak wygodniej. To przeważnie tacy, którzy uważają, że jak zaczną "rozdawać" ( pieniądze, czas itd.) innym to sami nie będą mieli i do niczego nie "dojdą". Więc nie wspierają, nie dzielą się jak nie mają korzyści. Dla nich to rachunkowość.

Sama prawie już tak zaczęłam myśleć wtedy, kiedy miałam trudny okres w życiu i czułam jakby świat zawalił mi się  na głowę. W tej beznadziei dopadł mnie kryzys wartości i myśli, że tym, którzy nie "rozdają", dla których wsparcie to wymiana handlowa i biznes, jest łatwiej i mają się lepiej w obecnej rzeczywistości, że może moje wartości są do bani...
Jednak pozytywne przykłady ludzi, którzy mimo własnych trudów życia dzielą się i wspierają innych, którzy może wolniej ale też "do czegoś dochodzą", poprawia im się byt, w dodatku poprawiają byt innym, nie pozwoliły mi utknąć w takim błędnym myśleniu.

Są więc i tacy jak ta dziewczynka z przypowieści, którzy rozumieją, że "dla tej jednej " osoby ta pomoc może znaczyć wiele,  być nawet kwestią przetrwania i życia. Ten jeden decydujący moment, gdy potrzebuje ona wsparcia, które zostanie przez kogoś udzielone bądź nie. I ten jeden moment decyduje o dalszym życiu lub nawet śmierci. A czasem potrzeba tak niewiele, co niewiele by "kosztowało".

Jeśli kogoś nie znamy, to tak naprawdę nie wiemy jak bardzo jest w potrzebie i czy naprawdę potrzebuje wsparcia, nawet gdy o nie poprosi. Jednak osobiście wychodzę z założenia, że dla tej osoby to może znaczyć wiele.
Wolę pomóc i wyjść potem na idiotkę gdy okaże się, że ktoś życzliwości nadużył ( a tak czasem się zdarzało  ), niż przejść obojętnie obok drugiego człowieka, bo co, jeśli dla niego to kwestia życia lub śmierci, przecież tego nie wiem.
Nie wiem też, czy to dziecko, które prosi o bułkę faktycznie nie ma co jeść bo w domu bieda, czy to tylko sprytne naciąganie frajerów. Nie wiem czy ten ser, masło i chleb, które dostała kobieta nie wylądują w koszu na śmieci z zemsty, że nie otrzymała kasy. Czy ten chłopak który podszedł na dworcu faktycznie nie ma na bilet a tej babci, która rozpłakała się w aptece nie stać na leki. Nie wiem czy ten człowiek który leży w krzakach jest pijany czy chory. Nie wiem.
Wolę jednak zostać frajerką ze dwa razy niż raz przyczynić się do czyjegoś nieszczęścia przez zaniechanie wsparcia. Przecież nie wiem na jakim etapie rozpaczy jest ten drugi człowiek wtedy gdy pojawia się na mojej drodze. Nie wiem w jakim stopniu jest bezradny.
Wiem jednak jak straszne jest poczucie bezradności i osamotnienia. Pomogę, jeśli mogę, dlatego że mogę.

Mam wrażenie, że większy problem z udzielaniem wsparcia innym i więcej obojętności w stosunku do tych, którym się gorzej powodzi czy mają jakieś zawirowania w życiu, mają ci, którym na niczym nie zbywa, którzy akurat mogli by, bo mają wszelkie zasoby i możliwości. Czasem to kwestia poświęcenia czasu, a bywa, że jedynie kwestia pieniędzy, co jest jeszcze bardziej przykre, zwłaszcza jeśli dotyczy osób bliskich, znanych czy przyjaciół....tym bardziej jeśli to kwestia życia i śmierci.
Nie wiem czemu tak jest. Wygoda? Brak empatii czy egocentryzm w konsumowaniu wygód i atrakcji życia?...
Obwarowują się taką pseudo "pozytywną" energią ( o której napiszę innym razem ), izolując od tych którzy swoją bezradnością, trudną sytuacją życiową czy chorobą psują im nastrój, jakby nie chcieli się tym "skazić", bo to narusza ich strefę komfortu. ( zastanawiam się dlaczego...bo to chyba świadczy o tym, że coś u nich nie tak )  I potem faktycznie mają spokój, bo ci potrzebujący wsparcia takiej osoby zwykle o nic już nie poproszą, ponieważ wiedzą, że go nie otrzymają. O pomoc proszą innych albo zostają sami w beznadziei.

Pamiętaj ta meduza sama nie wróci do morza, a ten człowiek nie powinien być sam w trudnym momencie. Może dla Ciebie to nie jest najważniejsze ale:



Dla tej jednej osoby to znaczy wiele...


Nie wiem jak Ty ale ja chcę wierzyć, że ludzi dobrej woli jest więcej..... i chcę by właśnie to, taka prawdziwie pozytywna energia była promowana i wzmacniana w świecie, dlatego staram się do tego przyczyniać w miarę możliwości.



> Powiązany post :  Cały świat jest w nas.
> Powiązany post :  Jak kształtujemy rzeczywistość



9 mar 2016

Oskoła czyli sok z brzozy - starosłowiański napój wiosenny

Oskoła czyli sok z brzozy - starosłowiański napój wiosenny


Soku upuszczali brzozom już nasi przodkowie w okresie starosłowiańskim, na przednówku był on bowiem cennym uzupełniaczem minerałów i witamin oraz dostarczał cukrów ( potas, magnez, wapń, żelazo, fosfor, kwasy organiczne i witaminy z grupy B,witaminę C, łatwo przyswajalne oraz pochodne kwasu salicylowego ) wzmacniał i oczyszczał organizm. Ze względu na zawartość elektrolitów jest też izotonikiem i nawadnia organizm.

Jak ważna była brzoza dla Słowian świadczyć mogą nazwy miesiąca marca który np. w języku białoruskim nazywa się  "сакавiк" [sakavik] "miesiąc soku" , w ukraińskim jest znany jako "березень"[berezan ] - "miesiąc brzozy", w języku łotewskim miesiąc kwiecień znany jest jako "sulu mēnesis" a w języku liwskim "kõļimkū", co w obu przypadkach oznacza "miesiąc soku brzozowego".

Znalazłam informacje, że w niektórych regionach Czech, 23 marca ( czyli święta Jarych Godów) istniał obrzęd związany z brzozami . Mianowicie chłopcy i dziewczęta gromadzili się by "zamówić" sok z brzozy, odbywały się tańce wokół brzozy, raczono się jadłem.
Dziewczyny piły sok brzozowy aby być zdrowe i jako dorosłe kobiety płodne by mieć wiele dzieci w małżeństwie oraz myły się w nim by być piękne.
Sok miał również uzdrawiająca moc a jeśli ktoś niepełnosprawny w tajemnicy poszedł do brzozowego drzewa w pierwszy dzień marca, naciął korę i umieścił w nim kawałek płótna ze swoją kroplą krwi, po czym kora utworzyła włókna i złączyła się to znaczyło, że upośledzenie zostanie wyleczone.

( źródło:  Grohmann JV. Povery a obyceje v Cechách a na Morave. Prague: Plot; 2010 )  oraz  Vinogradova LN, Usacheva VV. Bereza. In: Tolstoy NI, editor. Slavyanskie
drevnosti. Etnolingvisticheskiy slovar'. Moscow: Institut Slavyanovedeniya

RAN; 1995. p. 156–160. (vol 1) )

Używano nie tylko świeżego soku do picia, słynny podróżnik arabski Ibn Fadlā Ahmad obserwował  już w 921roku, że wzdłuż rzeki Wołgi używano sfermentowanego soku brzozowego. W Europie wschodniej był wykorzystywany aż do 1960 r., do wyrobów wina, piwa i syropu. Prawdopodobnie także jako dodatek do żywności.
Natomiast szwedzki etnolog Gösta Berg zasugerował, że prawdopodobnie był używany w dawnych czasach jako jeden z najbardziej skutecznych specyfików chroniących przed szkorbutem.

Czas zbioru tradycyjnie określano na "po roztopach, ale wciąż zmrożonej ziemi ".
Zanim drzewa wypuszczą pączki wczesną wiosną i gdy temperatura kilka dni z rzędu osiągnie ok 10-15 stopni, możemy korzystać z dobrodziejstwa lasu i pozyskać nieco soku z brzóz. Okres ten trwa mniej więcej do tygodnia przed wypuszczeniem pąków, potem drzewa wykorzystują swoje płyny do wzrostu liści i już się z nami nie podzielą.
W tym roku pierwszy raz próbowałam takiego świeżego wiosennego soku. Smakował jak woda, nie był słodki (zbierany później robił się lekko słodkawy), miał orzeźwiający smak, czuć było w nim minerały i życie... Odnosiłam wrażenie że to taka " żywa woda".

Może Tuwim odnosił podobne wrażenie pisząc swój wiersz :
 
Rzeź brzóz. 
Brzozom siekierą żyły otworzę,
Ciachnę przez ciało, rąbnę przez korzeń,
Lepkim osoczem brzozy ubroczę,
Na rany białe wargami skoczę.

Zęby chwytliwe w trzony brzóz wbiję,
Ustami chciwe soki wypiję,
Żywcem spod kory wyrwę wargami,
Rdzeń umęczony pocałunkami

Może te leki żywego drzewa
Słów mnie nauczą, których mi trzeba:
Na chwałę brzozom, na chwałę latu,
Ustom obłędnym, bożemu światu!

 

Jak to się robi?


Wybieramy brzózkę rosnącą na terenach nie podmokłych, nie przy zbiornikach wodnych, nie w parku miejskim ;)  Nie za grubą ( średnica chyba min 20 cm , najlepiej ok 30-40 obwodu , na grubość "męskiego uda " jak to gdzieś ktoś określił :D ).
Ręcznym wiertłem na wysokości najlepiej pół metra od ziemi ( w/g oryginalnego przepisu z XIX w. im wyżej tym lepszy sok ale w coraz mniejszej ilości ), od strony południowej ( w/g oryginalnego przepisu z XIX w.)  wywiercamy, pod lekkim skosem do góry, otwór o średnicy ok. 0,8-1cm ( tak żeby nam pasował do rurki lub wężyka który włożymy w otwór ). Nie może być za głęboki  bo wtedy poleci mniej soku, ale musimy przebić się głębiej niż warstwa kory czyli jakieś 2,5 - do max. 4,5 cm ( w/g oryginalnego przepisu XIX - to wiecznego), głębszy otwór nie da soku i może zrobić krzywdę drzewu.
Wkładamy do niego kawałek wężyka do ściągania wina.
Pod otworem przymocowujemy butelkę, można PET ( ludzie z którymi byłam w lesie taką zastosowali ) choć ja wolę szklaną, bo nie zawiera szkodliwych związków, które mogą przechodzić do płynów.
I leeeeciiii......  :)

Łatwiejszy sposób pozyskania soku ( bo nie trzeba narzędzi ) ale mniej efektywny, to ułamanie gałązki , podstawienie butelki czy kubeczka i poczekanie aż skapnie...

Łagodniejszy dla drzewa sposób to nacięcie siekierą pod skosem 45 stopni w kształt litery "v" i wstawienie w nacięcie rurki, deszczułki itp, po których będzie ściekał sok do naczynia. Ewentualnie zrobienia nacięcia na pochylonym drzewie od strony pochylenia i wtedy siłą grawitacji sok sam będzie ściekał do naczynia bez udziału rurki czy deszczułki.




Gojenie zrobionych ran


Nasi przodkowie z XIX w. dawali taką receptę : " dziura szczelnie zatyka się drewnianym czopkiem i zamazuje maścią ugnieconą z gliny i świeżego krowieńcu". Dzisiaj raczej trudno było by znaleźć krowiego placka a tym bardziej nikt by z niego nie skorzystał ;)
Tak więc uwspółcześniony sposób:
Po zakończeniu ściągania, zatykamy dziurkę w drzewie kołkiem wystruganym z drewna, wbijamy, przycinamy równo z korą, warto posmarować maścią anty grzybiczą dla drzew ( do nabycia w sklepach ogrodniczych ) , ewentualnie zaklejamy gliną, żeby wnętrze drzewa się nie zakaziło.

Ranki po nacięciu nie trzeba jakoś specjalnie zasklepiać , ponoć sama się zlepia, ale nie sprawdzałam.

Ilość soku z jednego drzewa


W naszym przypadku w ciągu ok 2,5 godziny zleciało półtora litra soku z dwóch drzew.
Różne źródła podają różne ilości, myślę, że zależy to od miejsca, wieku drzewa, momentu ściągania.
Oryginalny XIX-to wieczny przepis pozyskiwania oskoły podaje, że "z drzewa wielkiego zbiera się jej na dobę 5 do 10 garncy".

Jak dużo można podkraść drzewu, żeby nie zrobić mu krzywdy


Jedno drzewo powinno mieć jeden otwór lub jedno nacięcie. Nie należy nadwyrężać drzewa i podkradać zbyt dużo soku. Tu są zdania podzielone, w różnych miejscach podają różną, bezpieczną dla drzewa, ilość ściągniętego soku. Spotkałam się z informacją, że można ściągnąć do 10 litrów z jednego drzewa... ale muszę ją sprawdzić czy to bezpieczne.
Gdzie indziej , że bezpiecznie dla drzewa można ściągać sok przez dwie doby. Informacje są sprzeczne, do rzetelnych źródeł nie dotarłam jeszcze. My zrobiliśmy tylko próbę i nie przekroczyliśmy dwóch dób.

Z przepisu XIX-to wiecznego wynika że " płynienie oskoły trwać może 10-14 dni, ale po tak znacznej utracie pożywnego soku częstokroć obumiera drzewo. Bez widzialnego uszkodzenia drzewu można puszczać z niego oskołę przez dwie doby"
( źródło:  Józef Gerald -Wyrzycki: Zielnik Ekonomiczno-Techniczny etc., Wilno 1845, t.I )

W innym źródle znalazłam informacje że "dobre drzewo może produkować tyle, ile dwa galony (ok. 7,5 l) w jednym sezonie". 
Jednak wychodzę z założenia , że jeśli nie wiemy dokładnie ile należy ściągać soku, to lepiej w razie czego ściągnąć mniej niż zaszkodzić drzewu.








29 lut 2016

Ciasto bananowe z mąki razowej, bez cukru

Ciasto bananowe z mąki razowej, bez cukru



Przepis dostałam od kogoś. W internecie można chyba spotkać to ciasto pod nazwą "razowiec na bananach".
Przepis nieco sobie zmodyfikowałam. Ciasto robi  się łatwo i szybko. Umieszczam dla P.

  • 4 duże bardzo dojrzałe banany
  • 2 szklanki mąki pszennej razowej 
  • 1/3 szklanki oleju rzepakowego
  • 1/2 szklanki wody
  • 2 płaskie łyżeczki sody
  • aromat do ciast waniliowy ( ja nie dodaję )
  • 1 szklanka posiekanych orzechów włoskich ( daję pół szklanki albo trochę więcej, w zależności ile mam )
  • 12 szt. pokrojonych w kostkę  daktyli, można dodać rodzynki ( ja nie dodaję )

Banany zgniatamy na miazgę, ja robię to widelcem.

Dodajemy inne składniki i wszystko dokładnie mieszamy. 

Wykładamy masę do foremki ( ja wkładam do szklanej podłużnej od pieczenia chleba ) , nie trzeba smarować ścianek tłuszczem , ponieważ w cieście już mamy olej. Ciasto nie wyrasta zbyt intensywnie. 

Pieczemy ok 40-50 minut w 180 stopni C.  Ja po 40 minutach  sprawdzam wykałaczką czy ciasto jest już upieczone  ( wbijam wykałaczkę w ciasto,  jeśli po wyjęciu nie jest oblepiona ciastem i się nie klei, to znaczy, że jest upieczone ).


Zmodyfikowany mój przepis :

Do połowy tej masy, która wyjdzie z proporcji podanych u góry dodaję 3 łyżeczki kakao i 2 łyżeczki miodu. Rozkładam masę na dwie foremki i w ten sposób mam dwa ciasta o nieco innym smaku za jednym zamachem. 
Upieczone ciasto będzie dość niskie, jeśli foremki będą wielkości takiej do chleba. By mieć wyższe ciasta trzeba albo zrobić więcej masy, albo wyłożyć na mniejsze foremki.

Ciasto najlepiej smakuje przełożone lub posmarowane dżemem o jakimś wyrazistym, nawet lekko kwaskowatym smaku np. z owoców leśnych lub porzeczek. Dla mnie hitem jest to ciasto z dżemem jeżynowo-czarno porzeczkowym. 
Dżem taki bez cukru, wypełniaczy i konserwantów, naturalny, jest dostępny np. z firmy "Łowicz" ale tylko z tej serii extra gładkich , czytajcie zawsze skład , znalazłam też z czarnej porzeczki z firmy "Sad Danków ". Można zrobić też dżem samemu. 
Ja w tym roku przegapiłam czarne porzeczki, więc użyłam do tego ciasta dżemu z "Łowicza", jak dla mnie bardzo smaczny.


23 lut 2016

Zamość - Krasnobród : "Czarny rycerz na czarnym koniu " - wehikuł czasu - z tęsknoty za latem

Zamość - Krasnobród : "Czarny Rycerz na czarnym koniu "- wehikuł czasu - z tęsknoty za latem


Późnym wieczorem koleżanka nagle spytała:

- Chcesz pojechać nad jezioro oglądać wschód słońca?
- Jak to?... Z kim? Gdzie?
- Z moim kolegą. Do Krasnobrodu.
- Hmm... A o której musiałabym wstać? 
- O 4 nad ranem wyjazd. 
- A ty nie pojedziesz? Tak sama mam jechać?....
- No, on ze mną nie chciał jechać, tylko z tobą.

Zaśmiałam się. Spryciara, jak to wykombinowała mi  "niby-randkę" w ciemno ;)

- Hm... - dłuższa chwila zastanowienia. - No ok, to pojadę, czemu nie.

Czas najwyższy po odbytej żałobie, zacząć poznawać i przebywać w towarzystwie mężczyzn, również w jakiś ładnych sceneriach. To mi na pewno nie zaszkodzi. Aczkolwiek odwykłam, zdziczałam, nie wiem czy będę miała o czym rozmawiać.

Po zrobieniu kanapek na tę eskapadę, w zasadzie nie bardzo opłacało się iść spać. Ledwo się położyłam a już trzeba było wstawać. Na pół sennie dokonałam "porannej" toalety. By zapleść włosy już mi brakło czasu, musiałam przecież jeszcze zrobić herbatę do termosów, nie ruszam się w teren bez kanapek i picia.

Czwarta nad ranem.
Zarzucam na ramię mały plecak, łapię w pośpiechu czapkę z daszkiem i wychodzimy przed blok. W ciemności widzę czarnego ( a przynajmniej wydawał się czarny ) "konia" z napędem chyba na 4 koła ( nie znam się na koniach, rozróżniam tylko kolor ;) )
W naszym kierunku idzie Czarny Rycerz. Przedstawia się, ja też. Zaprasza do swojego rumaka. Wsiadam z lekkim trudem nieprzyzwyczajona do tak wysoko umieszczonego, w stosunku do niższych "koni" , strzemienia. ;)
Zostaję doceniona za to, że chciało mi się tak wcześnie wstać by pojechać. ;)
Miejsce docelowe tej wycieczki to jeziorko w Krasnobrodzie w celu rozpoznania warunków podczas mgły dla zrobienia sesji zdjęciowej w przyszłości. 

Wcześniej byłam już w tej miejscowości przejazdem z koleżanką i jej kolegami. Nie widziałam wprawdzie jeziora ale podjechaliśmy wtedy do Kaplicy "na wodzie" z XVIII w. , zwanej cudowną lub Kaplicą objawień. Jest ona słynnym miejscem kultu Maryjnego. Drewniana kapliczka stoi na betonowych słupach nad wybijającym ze skał wapiennych źródłem, którego woda uznawana jest za cudowną i uzdrawiającą. W związku z tym ludzie czerpią ją do picia i obmywania się.
Źródło uznawane jest za pomnik przyrody nieożywionej, Temperatura wody jest stała i wynosi 8 stopni C. Według ludowych przekazów, właśnie w tym miejscu miała się ukazać Jakubowi Ruszczykowi Matka Boska.

Dojeżdżamy na miejsce, okazuje się, że mgła jest niewielka. Słońce zaczyna się wynurzać zza horyzontu i wydobywa powoli z mroku kształty otoczenia. Robi się jasno....wschód słońca i do tego lekka mgła są zawsze pełne uroku ( choćby się je widziało ileś razy ;) ), zwłaszcza w takim miejscu, gdzie woda, las, pomosty i mostki, "promenada" wokół meandrów jeziorka. Bo to nie jest jeziorko w formie owalu, tylko poprzedzielane zakolami, półwysepkami z fragmentami lasu i ukrytymi w nim domkami wypoczynkowymi.
"Cykamy" zdjęcia. Mam okazję pobawić się lustrzanką cyfrową, żałując, że takiej nie mam... Rozmawiamy, okazuje się, że znaleźliśmy płaszczyznę wspólnych tematów.

Nad wodą moczy kije kilku wędkarzy, jeden sprytnie mnie komplementuje zwracając się nie bezpośrednio do mnie, tylko do mojego towarzysza :

- Gdzie można znaleźć taką ładną koleżankę?

( mam ochotę odpowiedzieć : w internecie Panie , w internecie  ;) )

:D spryciarz.... jakby bezpośrednio zwrócił się do kobiety, to ryzykowałby, że dostanie w zęby od jej faceta, a tak, mnie było miło, Rycerzowi też było pewnie miło ;)

Dalej ładna piaszczysta plaża. Woda nie zachęca mnie jednak do kąpieli. Mimo dużych upałów w dzień, ranek jest chłodnawy a ja jestem ciepłolubcem. Mimo, że wzięłam kostium kąpielowy, mimo, że Rycerz proponuje oddanie mi swojego ręcznika, nie rozbieram się, siadam na plaży, zjadam śniadanie i obserwuję jak pływa. Potem częstuję go kanapką, co zresztą docenia a ja doceniam, że On docenia, bo nie każdy docenia.

Krasnobród jest mieścinką wypoczynkową, nieopodal jeziorka znajduje się niewielkie wzgórze z wieżą widokową. Wdrapujemy się tam po schodkach, niestety wieża akurat była zamknięta, lecz z samego wzgórza też był ładny widok na okolicę, który podziwialiśmy siedząc na ławce.

Postanawiamy wracać. Po drodze do Zamościa Rycerz mówi, że zna fajne miejsce ze źródełkiem i pyta czy chcę zobaczyć. No pewnie, że chcę.
Zatrzymujemy się po drodze przy ścianie zieloności. Zostawiam plecak, zabieram tylko dwie kubko - nakrętki z moich termosów.  Schodzimy z jezdni nieco w głąb zarośli i drzew, i jest, wybija spośród kamieni. Dwie osoby z kilkoma plastikowymi 5 litrowymi butelkami po wodzie mineralnej czerpią ze źródła. Dowiadujemy się, że przyjeżdżają tu z Zamościa by czerpać sobie wodę do picia, że takich ludzi jest więcej, bo woda dobra. Odchodzą, zostajemy sami. 
Robię użytek ze swoich kubków, mojego towarzysza zaskakuje, że mam dwa :D. Po chwili delektujemy się naturalną, zimną energetyczną wodą wśród zieleni. O poranku. Łagodne jeszcze światło słońca zarysowuje sylwetki. On robi mi zdjęcie, wyszło ładne, taka "zamyślona w zieloności o poranku"  :)
Nie poprzestaję na źródełku, idę w zieloność, w głąb zarośniętego,  rozlewiska jakby groblą, nagle trafiam na stojący krzyż. Wygląda nieco dziwnie, nie ma żadnego napisu, nie jest to chyba też mogiła....
Spacerując w okolicy napotykamy na pozostałości czyjegoś gospodarstwa, walają się jakieś zardzewiałe resztki sprzętów rolniczych.

Czas wracać, oboje jesteśmy niedospani.
Skracając drogę przez pola po żniwach, zatrzymujemy się jeszcze na chwilę. Z tej perspektywy widać panoramę Zamościa nieco inaczej. Chyba rzadko, który turysta widzi to miasto z takiej strony. Proszę by On zrobił mi zdjęcie tego widoku.

To był miły początek tamtego dnia.








22 lut 2016

Zamość : "Biały Rycerz na białym koniu " - wehikuł czasu - z tęsknoty za latem

Zamość: "Biały Rycerz na białym koniu "- wehikuł czasu - z tęsknoty za latem



Spacerując po Zamościu w zachodniej części starego miasta, po drodze do katedry mijałyśmy pałac Zamoyskich.

Budowę pałacu rozpoczęto w 1579 r. w stylu renesansowym potem po pożarze odbudowano go w stylu barokowym, w końcu po 1803r. z inicjatywy ordynata Stanisława Kostki Zamoyskiego styl zmieniono na klasycystyczny.
Po sprzedaniu go władzom państwowym przebudowano go w 1831r. na szpital wojskowy i stracił swój zabytkowy charakter. Od 1918 r. do dzisiaj mieszczą się w nim sądy ( okręgowy i rejonowy ).

Pałac otoczony jest zielenią, dokoła niewielkiego placu znajdują się ławki, pośrodku placyku stoi pomnik Jana Zamoyskiego dosiadającego konia.
Tutaj projektanci pomyśleli o tym, by część ławek była w cieniu. Różnie z tym myśleniem projektowym bywa w różnych miastach. Od dłuższego już czasu dziwi mnie, nie wiem czy taka moda, czy bezmyślność architektów, którzy  projektują ławki w miejscach niezadrzewionych i nieocienionych.... Swoją drogą, urzędnicy zatwierdzający takie projekty też są bezmyślni.
Przecież wiadomo, że raczej nikt na nich nie przesiaduje zimą tylko zazwyczaj latem, jak słońce operuje dość znacznie. Tym bardziej na wybetonowanych lub wyłożonych kostką brukową placach ten upał jest silnie odczuwalny. Mieszkaniec miasta a tym bardziej turysta zwiedzający miasto podczas słonecznej pogody, zwłaszcza latem, po kilkugodzinnym spacerowaniu nagrzanymi słońcem ulicami chciałby odpocząć na ławce w cieniu, jednak jego jedynym wyborem pozostaje w takiej sytuacji trawnik pod drzewem w parku, co naraża go na nieprzyjemne sytuacje ze strony służb porządkowych.

Przechodząc przez zielony skwer natknęłyśmy się na piękne dorożki. Zaczarowana dorożka, zaczarowane konie i sympatyczny dorożkarz. Taki biały rycerz z białymi końmi ( siwek i tarantowaty) , który bezskutecznie próbował namówić nas na przejażdżkę po starówce. ;)
Po moim zainteresowaniu zwierzakami, wygłaskaniu ich i krótkiej rozmowie z dorożkarzem, ja chciałam sobie zrobić zdjęcie z końmi, starszy, siwy pan koniecznie chciał sobie zrobić zdjęcie ze mną a koniom było obojętnie :D

Fotografia została wykonana i poczłapałyśmy, nieco już zmęczone upałem do położonej w pobliżu katedry zamojskiej.

TUTAJ > Katedra Zamojska " Jak przycisnęłam facetów do muru"

TUTAJ > Czarny Rycerz na czarnym koniu







20 lut 2016

Zamość: "Jak przycisnęłam facetów do muru" - wehikuł czasu - z tęsknoty za latem

Zamość:  "Jak przycisnęłam facetów do muru "- wehikuł czasu - z tęsknoty za latem



Brakuje mi słońca i ciepła ( choć nie tylko tego za oknem dotyczącego aury ), dlatego przywołuję chociaż wspomnienia ostatniego lata, tego krótkiego okresu, kiedy udało mi się na chwilę wyjechać.
A lato było przecież wyjątkowo gorące. Teraz jestem zdziwiona, że chciało mi się i dałam radę w te upały zwiedzać miasto, bo taka pogoda to raczej dobra na wyjazd nad jezioro, morze, wśród lasów a nie na spacery po wybrukowanych ulicach sporego miasta, choćby najpiękniejszego.

Koleżanka, tego dnia musiała iść do pracy.  Miasto zwiedzałam więc w miłym towarzystwie jej mamy, która pieszczotliwie mówiła do mnie "dziecko", choć nieco bliżej wiekowo mi było do niej niż jej córki :) 


Dzień był upalny, ulgę przyniosło zwiedzanie chłodnych murów katedry zamojskiej. Co ciekawe, moja "przewodniczka", mimo, że przychodziła do niej czasem na mszę, oglądała ją teraz jakby widziała wnętrze pierwszy raz. Stwierdziła, że nigdy nie rozglądała się i nie patrząc na nie w kontekście turystycznym, wielu rzeczy nie dostrzegała, np. pięknych 25-głosowych organów. Ufundował je w 1895 r. XV ordynat Maurycy Zamoyski.

Katedrę zaprojektował Bernardo Morando, a fundatorem był Jan Zamoyski. Była wotum dziękczynnym hetmana za jego liczne zwycięstwa i wiodącym ośrodkiem życia religijnego Ordynacji Zamojskiej.
Budowa kolegiaty trwała od 1587 do 1598 r., ale  dopiero w 1630 r. zakończono prace przy jej dekoracji.
Posiada nawę główną, którą zdobi wspaniałe, rzeźbione belkowanie i dwie nawy boczne.
Między wspornikami wysuniętego gzymsu umieszczono rozety. Jest ich 85, ale nie ma dwóch jednakowych. Legenda głosi, że kamieniarz, który je wykonał, założył się, że nie powtórzy żadnego wzoru. Przegrał jednak zakład, bo znalazły się dwie jednakowe. Tę, która się powtórzyła, skuł ze złości.

Barokowy ołtarz główny pochodzi z lat 1783-85. Stojące na ołtarzu rokokowe, srebrne tabernakulum, dzieło złotników wrocławskich, jest jednym z najwspanialszych na ziemiach polskich . W jego zwieńczeniu przedstawiono patrona katedry, św. Tomasza Apostoła przed Zmartwychwstałym Chrystusem.


Z ośmiu katedralnych kaplic najciekawszą jest, usytuowana na prawo od prezbiterium, kaplica Zamoyskich. W jej posadzce umieszczono płytę nagrobną fundatora Zamościa Jana Zamoyskiego, a obok nagrobek z białego karraryjskiego marmuru, poświęcony XIV ordynatowi Tomaszowi Stanisławowi Zamoyskiemu. Wiszące na ścianie kaplicy portrety przedstawiają siwowłosego Jana Zamoyskiego i jego syna Tomasza. Oba są dziełem Wojciecha Gersona.


Przy jednym z ołtarzy bocznych stała ciekawa skarbonka. Automatyczna. Były to plastikowe świeczuszki, które po wrzuceniu monety zapalały się. Można było na karteczce napisać intencję w której wierni będą się modlić, co oczywiście zrobiłam jak zwykle i jak zwykle prawie taką samą jaką pierwszy raz zostawiłam w murze jerozolimskiej świątyni. 
Liczba zapalonych świeczuszek zależała od nominału monety, 1 zł zapalało 1sztukę, 2 zł zapalało 2 szt., 5 zł zapalało 5szt. Z jednej strony taka zabawa, z drugiej może i dobry pomysł bo nic nie kopci, aczkolwiek prawdziwe świece woskowe bezdyskusyjnie mają swój klimat . 


Mimo silnego słońca, upału i mojego lęku wysokości, zdecydowałyśmy się wejść na wieżę widokową katedry zamojskiej. To dzwonnica z XVIII w. Została wybudowana w stylu późnobarokowym w/g projektu majora artylerii Jerzego de Kawe ( architekta zamojskiego ).
Wraz z iglicą i krzyżem ma 53 metry wysokości. Zawieszone są w niej trzy zabytkowe dzwony: Jan ( 4300 kg ) z roku 1662, zaliczany do największych w Polsce; Tomasz ( 1200 kg ) z roku 1721 i Wawrzyniec ( 170 kg ) z roku 1715.
Górny taras dzwonnicy ma 22,5 metra wysokości, po pokonaniu 122 stopni schodów jesteśmy na górze.
Jak na katedrę nie było zbyt wysoko, choć jak dla mnie wystarczyło, by na górze żołądek podchodził mi do gardła ze strachu :D
Na tarasie widokowym umieszczono lunetę, można więc było popatrzeć w zbliżeniu, z lotu ptaka, na ciekawe miejsca panoramy Zamościa.

Wpadłam na pomysł, że wykorzystam opcję filmowania w pożyczonym  prostym aparacie fotograficznym i obejdę go dokoła. Taras był wąski, mimo, że się bałam, z nosem wsadzonym w wyświetlacz ( chyba to mnie tylko ratowało, bo gdybym wzrokiem sięgnęła dalej poza obiektyw a w dodatku popatrzyła w dól, nie ruszyła bym się już może z miejsca :D ) dzielnie szłam powoli naprzód, przyklejona maksymalnie do ściany  ( bo bałam się podchodzić do brzegu barierki ),  filmując panoramę.
Niestety w pewnym momencie na mojej drodze stanęło dwóch panów.... miałam dwa wyjścia albo "przykleić" się do ściany i wtedy panowie weszli by mi w kadr, albo ich ominąć i przejść przy samej barierce ten odcinek tarasu, by mieć ciągłość panoramy w kadrze... dalej na poniższym filmie :)



Po drugiej stronie katedry znajduje się infułatka, dom dziekanów zamojskich, do którego prowadzi  bogato rzeźbiony portal. Na parterze infułatki mieści się Muzeum Sakralne, którego nie zwiedziłam, więc zostało mi do zobaczenia przy okazji kolejnego pobytu w Zamościu.