21 kwi 2016

Wiosenna kurtka w nowej odsłonie - jak zmienić jej wygląd

Wiosenna kurtka w nowej odsłonie - jak zmienić jej wygląd


Zrobiłam na blogu zakładkę "krawieckie przeróbki" bo być może ktoś zainspiruje się do dokonania  zmian w odzieży, wykorzystania niemodnych czy znudzonych ubrań, nadania im nowej jakości, zamiast wyrzucania ich. Czasem kupuję coś za grosze w second hand-zie, jak jest z dobrej gatunkowo tkaniny, nie zniszczone oraz ma potencjał do wykorzystania i potem nieco przerabiam taką rzecz.

Kurtka z domieszką wełny  ( za 2 zł ) miała potencjał by zrobić z niej coś fajniejszego. Pasuje do spodni i mojej czapki z daszkiem ale można ją nosić w różnych wariantach zestawowych.
Miała dwurzędowe zapinanie na duże guziki, które mi się nie podobały. Wymyśliłam, że będzie zapinana na ekspres. 

Wyglądała jak na pierwszym zdjęciu poniżej, potem odprułam guziki, przyszyłam rozdzielny metalowy ekspres.


Po guzikach zostały jednak dziurki z obu stron zapięcia i coś trzeba było z nimi zrobić by je zasłonić.
Miałam jakąś resztkę czarnego sztruksu, pozostałość z szycia spodni, postanowiłam go więc wykorzystać.
Zrobiłam z niego paski wzdłuż całego zapięcia od wewnętrznej strony zasłaniając dziury. Krótszy czarny pasek ze skośnym zakończeniem doszyłam po zewnętrznej stronie na stójce, zasłaniając dziury wcześniej widoczne po zapięciu ekspresu " do końca".
Efekt na zdjęciu poniżej.


Po wykonanej pracy, stwierdziłam jednak, że może lepiej wyglądała by z ekspresem, który byłby widoczny ( było by takie pionowe cienkie "cięcie" czarnego ) , ale już nie chciało mi się go odpruwać i przeszywać bliżej brzegu i tak zostawiłam :D




Ekonomiczna sałatka z buraczków

Ekonomiczna sałatka z buraczków



Dlaczego ekonomiczna?

Kiedy gotujemy zupę buraczkową lub czerwony barszczyk, zazwyczaj nie zjadamy ugotowanych w zupie buraków, których potrzeba sporo do zrobienia wywaru. Zamiast wyrzucać możemy je wykorzystać do zrobienia sałatki:

Trzy  średniej wielkości pokrojone w plastry i ugotowane w zupie buraczki wyjmujemy z niej i odcedzamy na sicie, kroimy w małą kostkę.

W małą kostkę kroimy też : 4-5 sztuk niedużych ogórków kiszonych obranych ze skórki, 3 ugotowane na twardo jajka, cebulkę.

Do całości dodajemy pokrojoną natkę pietruszki, sól, majonez. Mieszamy.




Naturalny szampon do włosów i peeling do ciała - indyjskie orzechy piorące ( aritha )

Naturalny szampon do włosów i peeling do ciała  - indyjskie orzechy piorące (aritha )



O indyjskich orzechach piorących ( aritha ) słyszałam już dawno, że do prania, mycia włosów i mycia się,  ale jakoś zwlekałam z wypróbowaniem ich. Potem od znajomej, która ich używała zamiast proszku do prania, dowiedziałam się, że w praktyce dobrze się sprawdzają w tym celu.
Postanowiłam wreszcie spróbować w obu celach, do prania i do mycia włosów.

Orzechy piorące są od tysięcy lat używane w kosmetyce. Używa się ich do prania, w pielęgnacji ciała i jako środka czyszczącego. Pochodzą z natury i nie są poddawane żadnej chemicznej obróbce, dlatego ścieki z nich ulegają biodegradacji i nie zatruwają środowiska, wody i gleby a co za tym idzie nie zatruwają chemią naszego pożywienia i nie trują nas potem przez jego spożywanie.
Zanim trafią do sprzedaży są rozłupywane, pozbawiane środka, a następnie suszone, aż do uzyskania ciemnego koloru.
Zmielone na proszek są naturalnym środkiem oczyszczającym, polecanym przez ekspertów Ajurwedy, jako, że dokładnie myją włosy, odblokowują pory i pomagają skórze lepiej oddychać.
Zakupiłam więc orzechy w całości nierozdrobnione ( do prania ) i w formie proszku ( do mycia włosów, z firmy Banjara's , w opakowaniu 5 saszetek po 20 g, cena ok. 7 zł  za 100 g , ale pewnie są też inni producenci ).


Co się z tym robi


Proszek z arithy należy zalać w miseczce gorącą wodą, tak by otrzymać konsystencję papki (można dodać zagęszczacza np. miodu lub żelu z aloesu, wtedy podobno papka będzie się lepiej rozprowadzała, ja jednak niczego nie dodawałam ).
Ma ona niezbyt przyjemny zapach, którym nie należy się zrażać, ponieważ potem zginie. Konsystencja też jest dziwna, bo dotykowo mamy wrażenie peelingu, nie jest to gładka masa tylko ma jakby ziarenka.

Na dobrze zwilżone włosy nakładamy papkę ale nie masujemy włosów tak jak normalnym szamponem, obchodzimy się z włosami delikatnie, bardzo leciutko wymasować przy samej skórze.  

Papkę zostawiamy na 15- 20 minut. Po tym czasie dobrze spłukujemy.

20 gram proszku starcza na krótkie, lub półdługie włosy. Do dłuższych włosów trzeba wziąć więcej proszku.

Na koniec jak zwykle spłukałam włosy wodą z octem jabłkowym.


Efekt


Byłam ciekawa efektu i muszę powiedzieć, że był powyżej oczekiwań. 
Zdziwiłam się, że włosy dobrze się umyły. Poza tym były bardziej puszyste niż po myciu żółtkiem jaja ( po jajku są jakby nieco "cięższe" > zobacz TUTAJ )  a tak samo miękkie i miłe w dotyku, błyszczące. 
Wrażenie na plus.
Jedyną wadą dla mnie jest sposób nakładania i trzymania papki przez 20 minut na głowie, co przy długich włosach jest problematyczne.
Ten szampon polecany jest raczej do włosów przetłuszczających się, żółtko bardziej przyjazne do włosów wysuszonych , zniszczonych, ze względu na to, że jest jednocześnie odżywką. 

Na pewno będę go stosować zamiennie z żółtkiem, zwłaszcza wtedy jak będzie mi zależało na puszystości włosów. Niezbyt jednak często ( może raz na dwa tygodnie ) , bo moje włosy nie przetłuszczają się za bardzo i raczej potrzebują odżywki żółtkowej.

W każdym razie polecam wypróbować :)


Skutki uboczne


Resztkę papki w ramach eksperymentu wykorzystałam do umycia twarzy. Świetnie umyła i zadziałała jako peeling, cera była czysta i gładka w dotyku. Też będę używać w taki sposób.

Do mycia ciała można stosować również wywar z całych orzechów. Mamy wtedy płyn do mycia ciała zamiast peelingującej papki.





20 kwi 2016

Domowi goście

Domowi goście


Mieszkając na parterze bywa, że miewamy  niespodziewanych gości. Czasem ich sami wpuszczamy jak dobijają się do drzwi ;) a czasem sami sobie wchodzą, choćby przez uchylony balkon.

Jeśli są głodni otrzymują wtedy poczęstunek, jeśli wpadają tylko ot tak, zobaczyć co u nas słychać, zazwyczaj ( nie oznacza zawsze ;) ) nie przeszkadzamy im w wycieczce po mieszkaniu i sprawdzeniu czy wszystko u nas ok. :D

Odwiedzali nas już ( pomijając te najmniejsze żyjątka ) : jeż, nietoperz, myszy, szczury, psy, koty, pisklak który wypadł z gniazda i....wielki pająk ptasznik, który przyłapany został na ścianie w wc..... mam nadzieję, że nie znajdę nigdy w wannie jakiegoś krokodyla, w kapciu skorpiona lub w łóżku boa dusiciela  :D

Ostatni gość na fotce, miły krępy futrzak.





Parapetowa jadłodajnia na przednówku

Parapetowa jadłodajnia na przednówku


Przez całą zimę na parapet kuchennego okna, do karmnika zrobionego z powycinanej 5-cio litrowej( modraszka ) butelki PET, przylatywały ptaki. Różne, zazwyczaj niewielkimi stadkami największe europejskie sikorki - bogatki, czasem rzadziej spotykane na parapetach miast - pięknie, niebieskawo ubarwione sikorki modre, które ja nazywam "niebieskimi czapeczkami" lub "niebieskimi bertami" ;)  
Pojawiały się czasem też ładnie ubarwione zięby i czyżyki. Kilka razy odwiedził kolorowy szczygieł.
Z rzadka zaglądały kosy z pomarańczowymi nosami (u samców), które zazwyczaj stołują się na ziemi, lecz w chwilach dużego mrozu przylatywały na parapet.
Kiedyś całymi stadami przylatywały dzwońce ale odkąd "przycięto" dwa drzewa w taki sposób że pozbawiono je korony, ptaki te są już rzadkimi gośćmi, a szkoda, bo zabawnie było obserwować ich stołówkowe bitwy.
Z większych ptaszysk do karmnika zaglądały największe z dzikich gołębi - gołębie grzywacze.

Z nastaniem wiosny i cieplejszych dni zakryty karmik butelkowy został usunięty i zastąpiony odkrytą zwykłą miseczką na ziarno.

Od lat ptaki przyzwyczajone są do stołowania się zimą w blokowiskach. Nic dziwnego więc, że wiosną, kiedy wypada założyć gniazdo i potrzeba uzupełniać kalorie a jednocześnie obfitości pokarmowej w naturze jeszcze brak, przylatują nadal do "pełnej michy".

Jakie dania serwuje bar? Nasiona słonecznika, bo to ulubiony pokarm tych akurat gości, w dodatku zawiera dużo tłuszczu, co nie jest bez znaczenia. Jedynie kosy od ziaren preferują miękkie jedzonko jak np. pokrojone jabłka czy inne miękkie owoce. Pod żadnym pozorem nie należy ptakom dawać jedzenia z solą ! Ich organizmy nie są w stanie przyswoić soli, ona się kumuluje i ptaki potem umierają w cierpieniach. Jedynie kaczki mogą bezpiecznie jeść produkty zawierające sól np. chleb.

 Kilka portretów przy "kotlecie" zamieszczam poniżej :)
( cóż jakość taka sobie, do tego zakłócenia audio, ale niestety nie dysponuję dobrym sprzętem a podmienić jeszcze dźwięku nie potrafię, głos sobie najlepiej wyłączyć żeby nie szumiało)

Sikorki bogatki, warto wiedzieć że samczyki maja szersze czarne "krawaty" i dłuższe, sięgają pomiędzy łapki, samiczki mają węższe i delikatniejsze.


Gołąb grzywacz. W tym roku przylatują dwa, chyba parka,  bo gołębie są monogamiczne. Miło sobie gruchają przed oknem. Podejrzewam, że to ta sama parka, która w zeszłym roku gniazdowała na drzewie obok, lecz lęg na skutek niefortunnych okoliczności się nie udał, o tym > TUTAJ


I nie taki częsty gość - Zięba zwyczajna, pieszczotliwie przeze mnie nazywana Ziębką ;)
Na filmiku samiec.


Sikorki modre dorzucę jeśli poradzę sobie z koszmarnym audio ;)

A jeśli ktoś chce posłuchać głosów poszczególnych ptaków i nauczyć się rozpoznawać, to znalazłam na youtube taki samouczek ( macie tam bogatkę, modraszkę, grzywacza i na końcu ziębę )

U mnie w mieszkaniu najczęściej słychać bogatki. Czasem ziębki bo siedzą tuż za oknem na krzaku jaśminu.

Lista ptaków wraz z minutami nagrania pod spodem.


0:04 Bogatka (Parus major)
0:17 Cierniówka (Sylvia communis)
0:43 Czyż (Spinus spinus)
1:02 Drozd śpiewak (Turdus philomelos)
1:32 Dzwoniec (Chloris chloris)
1:52 Dzięcioł duży (Dendrocopos major)
2:01 Dzięcioł zielony (Picus viridis)
2:15 Dzierzba gąsiorek (Lanius collurio)
2:30 Gajówka (Sylvia borin)
2:51 Gil (Pyrrhula pyrrhula)
3:13 Grubodziób ( Coccothraustes coccothraustes)
3:33 Grzywacz (Columba polumbus)
3:44 Jer (Fringilla montifringilla)
3:59 Kapturka (Sylvia atricapilla)
4:20 Kopciuszek (Phoenicurus ochruros)
4:42 Kos (Turdus merula)
4:59 Kowalik (Sitta europea)
5:26 Kulczyk (Seriuns serinus)
5:48 Kwiczoł (Turdus pilaris)
6:14 Łozówka (Acrocephalus palustris)
6:51 Modraszka (Cyanistes caerueus)
7:14 Paszkot (Turdus viscivorus)
7:43 Piecuszek (Phylloscopus trochilus)
8:01 Piegża (Sylvia curruca)
8:07 Pierwiosnek (Phylloscopus collybita)
8:24 Pleszka (Phoenicurus phoenicurus)
8:35 Pokrzywnica (Prunella modularis)
8:47 Rudzik (Erithacus rubecula)
9:20 Sierpówka (Streptopelia decaocto)
9:43 Słowik rdzawy (Luscinia megarhynchos)
10:08 Sosnówka (Periparus after)
10:25 Strumieniówka (Locustella fluviatilis)
10:33 Strzyżyk (Troglodytes trglodytes)
11:03 Szczygieł (Carduelis carduelis)
11:26 Szpak (Strunus vulgaris)
11:54 Świstunka leśna (Phylloscopus sibilatrix)
12:10 Trznadel (Emberiza citrinella)
12:37 Wilga (Oriolus oriolus)
13:00 Wróbel (Passer domesticus)
13:24 Zaganiacz (Hippolais icterina)
14:15 Zięba (Fringilla coelebes)



26 mar 2016

24 mar 2016

Haft matematyczny - jak samemu zrobić kartki na różne okazje

Haft matematyczny - jak samemu zrobić kartki na różne okazje


Co prawda już trochę późno, by wysyłać kartkę świąteczną na Wielkanoc, ale postanowiłam wrzucić "przepis" na kartki wykonane przeze mnie w tandemie z mamą z wykorzystaniem haftu tzw. matematycznego.
Technikę tę można wykorzystać do zrobienia kartek również na inne okazje a także wykorzystać do zdobień na sztywnych podłożach.

Czego będziemy potrzebować


  • kolorowe  kartki brystolu A4 ( lub innego formatu bo i tak przytniemy do rozmiaru kartki ) na bazę kartki
  • jasne kartki brystolu, najlepiej ozdobnego ( oczywiście mogą być też ciemne kartki i wtedy haft jasną nicią, wedle fantazji ) na którym będziemy haftować
  • kolorowe kartki, niekoniecznie z brystolu by wyciąć jajka 
  • klej do papieru, opcjonalnie taśmę klejąca dwustronną
  • nici nieco grubsze niż te standardowe do maszyn do szycia, najlepiej ozdobne ( z połyskiem lub metaliczna nitką )
  • zielone sianko, lub cienkie nici by zrobić trawkę
  • napis z folii samoprzylepnej lub mazaki do napisania ( lub np. długopisu żelowe z brokatem itp. )
  • nożyczki do ozdobnego przycinania brzegów lub gilotynka z ostrzem do ozdobnych brzegów ( lub własne zwinne palce ;) )

Jak wykonać kartkę haftem matematycznym


Przyciętą do odpowiedniego rozmiaru, w przypadku standardowej kartki będzie to 10,5 x 14 cm ( pamiętać należy o pozostawieniu większego marginesu z brzegów by potem można było przyciąć brzegi ozdobnymi nożyczkami ) kartkę ozdobnego jasnego brystolu dziurkujemy przykładając szablon ( umieszczam obok do wydrukowania ).











 
Nawleczoną na igłę nicią haftujemy wkłuwając w co 14-tą dziurkę w/g schematu opisanego numerkami ( liczbami oznaczyłam kolejne wkłucia igły parami do 75, myślę że dalej sobie poradzicie ;) ) . Zasada jest taka że w miejscach mniejszych łuków dziurki są bliżej siebie.

Po skończeniu nitkę przyklejamy pod spodem tła, taśmą klejącą.











Brzegi naszego tła przycinamy ozdobnymi nożyczkami lub gilotynką z ozdobnym ostrzem. Jeśli ktoś takiego sprzętu nie posiada, może delikatnie odedrzeć brzeg palcami, tak też można uzyskać ciekawy efekt, zamiast takiej prostej "gołej" krawędzi.

Przyklejamy nasze tło z wyhaftowanym motywem do kolorowej brystolowej bazy kartki przy pomocy kleju.

Naklejamy napis z folii samoprzylepnej lub samodzielnie wypisujemy cienkopisami czy długopisami żelowymi.

Z sianka lub zielonych nici robimy "trawkę" zwijając nić kilkukrotnie i rozcinając, przyklejamy wiązkę na dole wyhaftowanego koszyczka.

Z kolorowego papieru lub brystolu wycinamy jajka. Od spodu przyklejamy taśmę dwustronną, jeśli chcemy mieć ciekawszy efekt używamy taśmy dwustronnej 3D, która jest grubsza, więc jajka będą nieco odstawać od tła. Możemy też je przykleić klejem do papieru, wedle uznania.

Na końcu, do środka naszej złożonej gotowej już kartki wklejamy karteczkę z kolorowego papieru z ozdobnym brzegiem , by można było na niej wypisać życzenia :)

Efekt macie na zdjęciu na początku postu. W taki sposób można wykonać nie tylko kartki świąteczne, bo jeśli zamiast jajek damy do koszyczka bukiet kwiatów będziemy mieć kartkę na imieniny , urodziny , dzień mamy lub inne okazje albo bez okazji ;)

Miłej zabawy i frajdy z samodzielnego wykonania :)


Inne kartki zrobione techniką haftu matematycznego, wyszyte przez moją mamę:


fot: PS.przelotem  ©

fot: PS.przelotem ©



14 mar 2016

Dla tej jednej to znaczy wiele

Dla tej jednej to znaczy wiele



Przypomniała mi się pewna przypowieść.

Podczas sztormu morze wyrzuciło na brzeg wiele meduz. Mała dziewczynka szła wzdłuż linii plaży i podnosząc meduzy wrzucała je z powrotem do morza.
Przechodzący obok człowiek , widząc to powiedział:

- Po co to robisz i tak wszystkich nie uratujesz, bezsensu, szkoda czasu i energii.

Dziewczynka na to:

- Dla tej jednej to znaczy wiele.

Są ludzie którzy mówią jak ten człowiek, że wszystkim i tak nie pomogą , więc nie pomagają nikomu. Bo tak wygodniej. To przeważnie tacy, którzy uważają, że jak zaczną "rozdawać" ( pieniądze, czas itd.) innym to sami nie będą mieli i do niczego nie "dojdą". Więc nie wspierają, nie dzielą się jak nie mają korzyści. Dla nich to rachunkowość.

Sama prawie już tak zaczęłam myśleć wtedy, kiedy miałam trudny okres w życiu i czułam jakby świat zawalił mi się  na głowę. W tej beznadziei dopadł mnie kryzys wartości i myśli, że tym, którzy nie "rozdają", dla których wsparcie to wymiana handlowa i biznes, jest łatwiej i mają się lepiej w obecnej rzeczywistości, że może moje wartości są do bani...
Jednak pozytywne przykłady ludzi, którzy mimo własnych trudów życia dzielą się i wspierają innych, którzy może wolniej ale też "do czegoś dochodzą", poprawia im się byt, w dodatku poprawiają byt innym, nie pozwoliły mi utknąć w takim błędnym myśleniu.

Są więc i tacy jak ta dziewczynka z przypowieści, którzy rozumieją, że "dla tej jednej " osoby ta pomoc może znaczyć wiele,  być nawet kwestią przetrwania i życia. Ten jeden decydujący moment, gdy potrzebuje ona wsparcia, które zostanie przez kogoś udzielone bądź nie. I ten jeden moment decyduje o dalszym życiu lub nawet śmierci. A czasem potrzeba tak niewiele, co niewiele by "kosztowało".

Jeśli kogoś nie znamy, to tak naprawdę nie wiemy jak bardzo jest w potrzebie i czy naprawdę potrzebuje wsparcia, nawet gdy o nie poprosi. Jednak osobiście wychodzę z założenia, że dla tej osoby to może znaczyć wiele.
Wolę pomóc i wyjść potem na idiotkę gdy okaże się, że ktoś życzliwości nadużył ( a tak czasem się zdarzało  ), niż przejść obojętnie obok drugiego człowieka, bo co, jeśli dla niego to kwestia życia lub śmierci, przecież tego nie wiem.
Nie wiem też, czy to dziecko, które prosi o bułkę faktycznie nie ma co jeść bo w domu bieda, czy to tylko sprytne naciąganie frajerów. Nie wiem czy ten ser, masło i chleb, które dostała kobieta nie wylądują w koszu na śmieci z zemsty, że nie otrzymała kasy. Czy ten chłopak który podszedł na dworcu faktycznie nie ma na bilet a tej babci, która rozpłakała się w aptece nie stać na leki. Nie wiem czy ten człowiek który leży w krzakach jest pijany czy chory. Nie wiem.
Wolę jednak zostać frajerką ze dwa razy niż raz przyczynić się do czyjegoś nieszczęścia przez zaniechanie wsparcia. Przecież nie wiem na jakim etapie rozpaczy jest ten drugi człowiek wtedy gdy pojawia się na mojej drodze. Nie wiem w jakim stopniu jest bezradny.
Wiem jednak jak straszne jest poczucie bezradności i osamotnienia. Pomogę, jeśli mogę, dlatego że mogę.

Mam wrażenie, że większy problem z udzielaniem wsparcia innym i więcej obojętności w stosunku do tych, którym się gorzej powodzi czy mają jakieś zawirowania w życiu, mają ci, którym na niczym nie zbywa, którzy akurat mogli by, bo mają wszelkie zasoby i możliwości. Czasem to kwestia poświęcenia czasu, a bywa, że jedynie kwestia pieniędzy, co jest jeszcze bardziej przykre, zwłaszcza jeśli dotyczy osób bliskich, znanych czy przyjaciół....tym bardziej jeśli to kwestia życia i śmierci.
Nie wiem czemu tak jest. Wygoda? Brak empatii czy egocentryzm w konsumowaniu wygód i atrakcji życia?...
Obwarowują się taką pseudo "pozytywną" energią ( o której napiszę innym razem ), izolując od tych którzy swoją bezradnością, trudną sytuacją życiową czy chorobą psują im nastrój, jakby nie chcieli się tym "skazić", bo to narusza ich strefę komfortu. ( zastanawiam się dlaczego...bo to chyba świadczy o tym, że coś u nich nie tak )  I potem faktycznie mają spokój, bo ci potrzebujący wsparcia takiej osoby zwykle o nic już nie poproszą, ponieważ wiedzą, że go nie otrzymają. O pomoc proszą innych albo zostają sami w beznadziei.

Pamiętaj ta meduza sama nie wróci do morza, a ten człowiek nie powinien być sam w trudnym momencie. Może dla Ciebie to nie jest najważniejsze ale:



Dla tej jednej osoby to znaczy wiele...


Nie wiem jak Ty ale ja chcę wierzyć, że ludzi dobrej woli jest więcej..... i chcę by właśnie to, taka prawdziwie pozytywna energia była promowana i wzmacniana w świecie, dlatego staram się do tego przyczyniać w miarę możliwości.



> Powiązany post :  Cały świat jest w nas.
> Powiązany post :  Jak kształtujemy rzeczywistość



9 mar 2016

Oskoła czyli sok z brzozy - starosłowiański napój wiosenny

Oskoła czyli sok z brzozy - starosłowiański napój wiosenny


Soku upuszczali brzozom już nasi przodkowie w okresie starosłowiańskim, na przednówku był on bowiem cennym uzupełniaczem minerałów i witamin oraz dostarczał cukrów ( potas, magnez, wapń, żelazo, fosfor, kwasy organiczne i witaminy z grupy B,witaminę C, łatwo przyswajalne oraz pochodne kwasu salicylowego ) wzmacniał i oczyszczał organizm. Ze względu na zawartość elektrolitów jest też izotonikiem i nawadnia organizm.

Jak ważna była brzoza dla Słowian świadczyć mogą nazwy miesiąca marca który np. w języku białoruskim nazywa się  "сакавiк" [sakavik] "miesiąc soku" , w ukraińskim jest znany jako "березень"[berezan ] - "miesiąc brzozy", w języku łotewskim miesiąc kwiecień znany jest jako "sulu mēnesis" a w języku liwskim "kõļimkū", co w obu przypadkach oznacza "miesiąc soku brzozowego".

Znalazłam informacje, że w niektórych regionach Czech, 23 marca ( czyli święta Jarych Godów) istniał obrzęd związany z brzozami . Mianowicie chłopcy i dziewczęta gromadzili się by "zamówić" sok z brzozy, odbywały się tańce wokół brzozy, raczono się jadłem.
Dziewczyny piły sok brzozowy aby być zdrowe i jako dorosłe kobiety płodne by mieć wiele dzieci w małżeństwie oraz myły się w nim by być piękne.
Sok miał również uzdrawiająca moc a jeśli ktoś niepełnosprawny w tajemnicy poszedł do brzozowego drzewa w pierwszy dzień marca, naciął korę i umieścił w nim kawałek płótna ze swoją kroplą krwi, po czym kora utworzyła włókna i złączyła się to znaczyło, że upośledzenie zostanie wyleczone.

( źródło:  Grohmann JV. Povery a obyceje v Cechách a na Morave. Prague: Plot; 2010 )  oraz  Vinogradova LN, Usacheva VV. Bereza. In: Tolstoy NI, editor. Slavyanskie
drevnosti. Etnolingvisticheskiy slovar'. Moscow: Institut Slavyanovedeniya

RAN; 1995. p. 156–160. (vol 1) )

Używano nie tylko świeżego soku do picia, słynny podróżnik arabski Ibn Fadlā Ahmad obserwował  już w 921roku, że wzdłuż rzeki Wołgi używano sfermentowanego soku brzozowego. W Europie wschodniej był wykorzystywany aż do 1960 r., do wyrobów wina, piwa i syropu. Prawdopodobnie także jako dodatek do żywności.
Natomiast szwedzki etnolog Gösta Berg zasugerował, że prawdopodobnie był używany w dawnych czasach jako jeden z najbardziej skutecznych specyfików chroniących przed szkorbutem.

Czas zbioru tradycyjnie określano na "po roztopach, ale wciąż zmrożonej ziemi ".
Zanim drzewa wypuszczą pączki wczesną wiosną i gdy temperatura kilka dni z rzędu osiągnie ok 10-15 stopni, możemy korzystać z dobrodziejstwa lasu i pozyskać nieco soku z brzóz. Okres ten trwa mniej więcej do tygodnia przed wypuszczeniem pąków, potem drzewa wykorzystują swoje płyny do wzrostu liści i już się z nami nie podzielą.
W tym roku pierwszy raz próbowałam takiego świeżego wiosennego soku. Smakował jak woda, nie był słodki (zbierany później robił się lekko słodkawy), miał orzeźwiający smak, czuć było w nim minerały i życie... Odnosiłam wrażenie że to taka " żywa woda".

Może Tuwim odnosił podobne wrażenie pisząc swój wiersz :
 
Rzeź brzóz. 
Brzozom siekierą żyły otworzę,
Ciachnę przez ciało, rąbnę przez korzeń,
Lepkim osoczem brzozy ubroczę,
Na rany białe wargami skoczę.

Zęby chwytliwe w trzony brzóz wbiję,
Ustami chciwe soki wypiję,
Żywcem spod kory wyrwę wargami,
Rdzeń umęczony pocałunkami

Może te leki żywego drzewa
Słów mnie nauczą, których mi trzeba:
Na chwałę brzozom, na chwałę latu,
Ustom obłędnym, bożemu światu!

 

Jak to się robi?


Wybieramy brzózkę rosnącą na terenach nie podmokłych, nie przy zbiornikach wodnych, nie w parku miejskim ;)  Nie za grubą ( średnica chyba min 20 cm , najlepiej ok 30-40 obwodu , na grubość "męskiego uda " jak to gdzieś ktoś określił :D ).
Ręcznym wiertłem na wysokości najlepiej pół metra od ziemi ( w/g oryginalnego przepisu z XIX w. im wyżej tym lepszy sok ale w coraz mniejszej ilości ), od strony południowej ( w/g oryginalnego przepisu z XIX w.)  wywiercamy, pod lekkim skosem do góry, otwór o średnicy ok. 0,8-1cm ( tak żeby nam pasował do rurki lub wężyka który włożymy w otwór ). Nie może być za głęboki  bo wtedy poleci mniej soku, ale musimy przebić się głębiej niż warstwa kory czyli jakieś 2,5 - do max. 4,5 cm ( w/g oryginalnego przepisu XIX - to wiecznego), głębszy otwór nie da soku i może zrobić krzywdę drzewu.
Wkładamy do niego kawałek wężyka do ściągania wina.
Pod otworem przymocowujemy butelkę, można PET ( ludzie z którymi byłam w lesie taką zastosowali ) choć ja wolę szklaną, bo nie zawiera szkodliwych związków, które mogą przechodzić do płynów.
I leeeeciiii......  :)

Łatwiejszy sposób pozyskania soku ( bo nie trzeba narzędzi ) ale mniej efektywny, to ułamanie gałązki , podstawienie butelki czy kubeczka i poczekanie aż skapnie...

Łagodniejszy dla drzewa sposób to nacięcie siekierą pod skosem 45 stopni w kształt litery "v" i wstawienie w nacięcie rurki, deszczułki itp, po których będzie ściekał sok do naczynia. Ewentualnie zrobienia nacięcia na pochylonym drzewie od strony pochylenia i wtedy siłą grawitacji sok sam będzie ściekał do naczynia bez udziału rurki czy deszczułki.




Gojenie zrobionych ran


Nasi przodkowie z XIX w. dawali taką receptę : " dziura szczelnie zatyka się drewnianym czopkiem i zamazuje maścią ugnieconą z gliny i świeżego krowieńcu". Dzisiaj raczej trudno było by znaleźć krowiego placka a tym bardziej nikt by z niego nie skorzystał ;)
Tak więc uwspółcześniony sposób:
Po zakończeniu ściągania, zatykamy dziurkę w drzewie kołkiem wystruganym z drewna, wbijamy, przycinamy równo z korą, warto posmarować maścią anty grzybiczą dla drzew ( do nabycia w sklepach ogrodniczych ) , ewentualnie zaklejamy gliną, żeby wnętrze drzewa się nie zakaziło.

Ranki po nacięciu nie trzeba jakoś specjalnie zasklepiać , ponoć sama się zlepia, ale nie sprawdzałam.

Ilość soku z jednego drzewa


W naszym przypadku w ciągu ok 2,5 godziny zleciało półtora litra soku z dwóch drzew.
Różne źródła podają różne ilości, myślę, że zależy to od miejsca, wieku drzewa, momentu ściągania.
Oryginalny XIX-to wieczny przepis pozyskiwania oskoły podaje, że "z drzewa wielkiego zbiera się jej na dobę 5 do 10 garncy".

Jak dużo można podkraść drzewu, żeby nie zrobić mu krzywdy


Jedno drzewo powinno mieć jeden otwór lub jedno nacięcie. Nie należy nadwyrężać drzewa i podkradać zbyt dużo soku. Tu są zdania podzielone, w różnych miejscach podają różną, bezpieczną dla drzewa, ilość ściągniętego soku. Spotkałam się z informacją, że można ściągnąć do 10 litrów z jednego drzewa... ale muszę ją sprawdzić czy to bezpieczne.
Gdzie indziej , że bezpiecznie dla drzewa można ściągać sok przez dwie doby. Informacje są sprzeczne, do rzetelnych źródeł nie dotarłam jeszcze. My zrobiliśmy tylko próbę i nie przekroczyliśmy dwóch dób.

Z przepisu XIX-to wiecznego wynika że " płynienie oskoły trwać może 10-14 dni, ale po tak znacznej utracie pożywnego soku częstokroć obumiera drzewo. Bez widzialnego uszkodzenia drzewu można puszczać z niego oskołę przez dwie doby"
( źródło:  Józef Gerald -Wyrzycki: Zielnik Ekonomiczno-Techniczny etc., Wilno 1845, t.I )

W innym źródle znalazłam informacje że "dobre drzewo może produkować tyle, ile dwa galony (ok. 7,5 l) w jednym sezonie". 
Jednak wychodzę z założenia , że jeśli nie wiemy dokładnie ile należy ściągać soku, to lepiej w razie czego ściągnąć mniej niż zaszkodzić drzewu.








29 lut 2016

Ciasto bananowe z mąki razowej, bez cukru

Ciasto bananowe z mąki razowej, bez cukru



Przepis dostałam od kogoś. W internecie można chyba spotkać to ciasto pod nazwą "razowiec na bananach".
Przepis nieco sobie zmodyfikowałam. Ciasto robi  się łatwo i szybko. Umieszczam dla P.

  • 4 duże bardzo dojrzałe banany
  • 2 szklanki mąki pszennej razowej 
  • 1/3 szklanki oleju rzepakowego
  • 1/2 szklanki wody
  • 2 płaskie łyżeczki sody
  • aromat do ciast waniliowy ( ja nie dodaję )
  • 1 szklanka posiekanych orzechów włoskich ( daję pół szklanki albo trochę więcej, w zależności ile mam )
  • 12 szt. pokrojonych w kostkę  daktyli, można dodać rodzynki ( ja nie dodaję )

Banany zgniatamy na miazgę, ja robię to widelcem.

Dodajemy inne składniki i wszystko dokładnie mieszamy. 

Wykładamy masę do foremki ( ja wkładam do szklanej podłużnej od pieczenia chleba ) , nie trzeba smarować ścianek tłuszczem , ponieważ w cieście już mamy olej. Ciasto nie wyrasta zbyt intensywnie. 

Pieczemy ok 40-50 minut w 180 stopni C.  Ja po 40 minutach  sprawdzam wykałaczką czy ciasto jest już upieczone  ( wbijam wykałaczkę w ciasto,  jeśli po wyjęciu nie jest oblepiona ciastem i się nie klei, to znaczy, że jest upieczone ).


Zmodyfikowany mój przepis :

Do połowy tej masy, która wyjdzie z proporcji podanych u góry dodaję 3 łyżeczki kakao i 2 łyżeczki miodu. Rozkładam masę na dwie foremki i w ten sposób mam dwa ciasta o nieco innym smaku za jednym zamachem. 
Upieczone ciasto będzie dość niskie, jeśli foremki będą wielkości takiej do chleba. By mieć wyższe ciasta trzeba albo zrobić więcej masy, albo wyłożyć na mniejsze foremki.

Ciasto najlepiej smakuje przełożone lub posmarowane dżemem o jakimś wyrazistym, nawet lekko kwaskowatym smaku np. z owoców leśnych lub porzeczek. Dla mnie hitem jest to ciasto z dżemem jeżynowo-czarno porzeczkowym. 
Dżem taki bez cukru, wypełniaczy i konserwantów, naturalny, jest dostępny np. z firmy "Łowicz" ale tylko z tej serii extra gładkich , czytajcie zawsze skład , znalazłam też z czarnej porzeczki z firmy "Sad Danków ". Można zrobić też dżem samemu. 
Ja w tym roku przegapiłam czarne porzeczki, więc użyłam do tego ciasta dżemu z "Łowicza", jak dla mnie bardzo smaczny.