17 lip 2016

Lublin przelotem - znajoma nieznajoma - wehikuł czasu 2015 r. - cz.4

Lublin przelotem - znajoma nieznajoma - wehikuł czasu 2015 r. - cz. 4



Po spacerze wśród zabytkowych kamienic i kościołów wyszłam przez bramę Krakowską.
Ponieważ nie zostało mi zbyt dużo czasu, a i byłam zmęczona, postanowiłam nie zapuszczać się już poza jej obręb.

Stoję więc, rozglądam się, patrzę na bramę, podziwiam.

Nagle spostrzegam młodą kobietę idącą dynamicznym, pewnym krokiem. Widać było, że się spieszy. 
Mimo, że na chwilę przystanęła przed tablicą ogłoszeń, na której wisiał jakiś plakat, ale jakby z zwieszonym w powietrzu krokiem, gotowa by go wykonać i pójść dalej. Jak postać z animacji z na chwilę zwolnioną akcją....

Po sposobie poruszania się czasem można odczytać cechy charakteru danej osoby. Ta z pewnością, była pewna siebie, przebojowa, z naturą "dyrektorską" ( jej sposób poruszania się przypominał mi moją szefową)  Tak myślę.

Nie mniej jednak, nie to zwróciło moją uwagę, a jej wygląd. Przypominała mi pewną kobietę ze zdjęć, które kiedyś widziałam, a której nigdy nie spotkałam -dziewczynę mojego niedoszłego szwagra. Znajomą nieznajomą.

Pomknęła w przejście bramy. Zrobiłam zdjęcie i zawróciłam tą samą bramą na rynek, z zamiarem posilenia się w knajpce żydowskiej, ponieważ polecił mi ją kierowca, z którym przyjechałam.
Szłam za nią. Z ciekawości, czy się mylę, postanowiłam zapytać akurat ją o drogę do "Mandragory".
Podeszłam i poprosiłam o wskazanie drogi. 
Tak, teraz już byłam pewna, że to kobieta ze zdjęć. 

Po krótkiej rozmowie, wymianie uprzejmości i uśmiechów, każda z nas poszła w swoją stronę, ona do ogródka jednej z knajpek, na spotkanie z jakimś brunetem. Ja, nieopodal, do ogródka żydowskiej knajpki "Mandragora".

Dziwne uczucie wiedzieć kim jest osoba, z którą rozmawiamy, podczas kiedy ona nie ma pojęcia kim jestem , a raczej byłam. Czułam się trochę jak James Bond. ;)



9 lip 2016

Lublin przelotem - w Zamku - wehikuł czasu 2015 r. - cz.2

Lublin przelotem - w Zamku  - wehikuł czasu 2015 r. - cz.2


> poprzedni post:  cz.I - Mój pierwszy raz BlaBlaCar'em do Lublina


Pierwszą rzeczą, na jaką zwróciłam uwagę po wysadzeniu mnie z samochodu przez kierowcę, z którym przyjechałam, przed Zamkiem Lubelskim, będącym jednocześnie główną siedzibą Muzeum Lubelskiego,  były wysoookie schody prowadzące do wejścia.

Myśl, która mi zaświtała, że przecież musi być
podjazd, choćby dla niepełnosprawnych....
Nie było.

I tu  zaczyna się "odwieczne" : trzeba gdzieś
zostawić walizkę.

Strategię mam już wypracowaną od lat, ponieważ od momentu wypadku, zaczęłam jeździć z walizką na kółkach nawet na wycieczki wędrowno -"objazdowe" ( bez własnego samochodu ) i w góry :D.

Rozglądam się. Wzdłuż ulicy przy parkingu ciągnie się szereg barów i sklepów. Bary malutkie, sklepy zamykane o 18.00. Za wcześnie. Skręcam w boczną uliczkę. Tuż za rogiem widzę spożywczy, zerkam na godziny otwarcia i widzę godz. 21.00.  To jest to! :)

Wchodzę więc, kupuję małą butelkę marchewkowo-bananowego soku dla dzieci. Grzecznie pytam panią, czy mogłabym zostawić walizkę pod jej opieką, tłumacząc, że jestem przejazdem i chciałabym pozwiedzać miasto.
Pani nie jest zdziwiona. Podejrzewam, że z mojego osobistego patentu korzystają też inni i być może, nie pierwszy raz jej się zdarza przeznaczać część powierzchni sklepu na bagażownię. Bardzo miło reaguje i chętnie zabiera ode mnie walizkę.
Nie boję się, że zbyt chętnie, ponieważ nie mam w niej cennych rzeczy a nieduży turystyczny plecak zabieram ze sobą. ;)

Zadanie przechowania gdzieś walizki zostało zrealizowane, mogę już więc swobodnie poruszać się po starym mieście do zamknięcia sklepu, czyli do wieczora.
Na szczęście, bo jak się potem okaże, wszędzie w tych uliczkach nawierzchnię stanowią tzw. "kocie łby" ( nierówna brukowana kostka lub okrągłe kamienie ).

Teraz pozostaje mi tylko uzupełnić herbatę w termosie, bo straszny upał doskwiera zwłaszcza w mieście, podstawą jest więc wystarczająca ilość płynu do picia oraz cień jaki daje kapelusz.
Podchodzę do jednego z okienek jakiegoś baru, proszę o wrzątek, bez problemu uzupełniają mi termos do pełna. Nigdy za to nie płacę. Saszetki z herbatą owocową noszę swoje.

Wyposażona w herbatę, kanapki, lnianą sukienkę i kapelusz ( len latem chłodzi i jest naturalnym filtrem UV ) oraz pożyczony lekki i prosty aparat fotograficzny a także małą karimatkę, mogę zacząć zwiedzanie.
Zaczynam od siedziby głównej Muzeum Lubelskiego ( posiada 7 oddziałów w innych miejscach ) Wdrapuję się na wysokie schody, noga za nogą aż po kres.

Przechodzę przez sale wystawowe, nie ma czym oddychać. Przez zabytkowe okna wlewa się żółtawy żar słońca i smugami światła wdziera się do sal.
Co jakiś czas przystaję przy dużych wiatrakach, ustawionych chyba głównie dla pań pilnujących zbiorów, które przy nich siedzą. Podkradam im trochę chłodu. Niewiele to daje, co jakiś czas wyciągam termos uzupełniając płyny.

Zbiory - stroje ludowe


Zbiory interesujące. Zwracam uwagę na stroje ludowe, pod kątem zdobień. Ciekawią  mnie techniki wykonania haftów, aplikacji, sploty tkackie tkanin lnianych oraz symbolika.

Ubrania nie dość, że ładne to jeszcze zdrowe, ponieważ uszyte z naturalnych tkanin dostępnych na naszych terenach.  Len jako warstwa spodnia ubrania i wełna jako warstwa wierzchnia. Oba rodzaje mają dobre właściwości termiczne. Len dobrze chłodzi latem, grzeje zimą ( jako warstwa spodnia ) , ponad to chroni przed promieniowaniem UV, jest naturalnym filtrem. Dobrze wchłania pot, jest niezwykle wytrzymały ( np. pranie go wręcz wzmacnia ). Wełna natomiast zapewnia dobrą izolację przed zimnem.
Tkaniny naturalne mają jeszcze jedną ważną dla zdrowia właściwość - "zbierają" szkodliwe jony dodatnie z powierzchni ciała.

Zdaniem starożytnych Słowian konieczna była ochrona wszystkich otworów w ubraniu ( kołnierz, rękawy, dół sukni ) za pomocą wyhaftowanych symboli. W ten sposób broniono centrów energetycznych i ich kanałów przebiegających w ludzkim organizmie, przed wnikaniem ciemnych energii.
Symbole te zachowały się do dzisiaj w haftach strojów ludowych, choć ich znaczenia giną we mgle zapomnienia. Niektóre udało mi się odnaleźć w zdobieniach strojów wyeksponowanych w muzeum.

Kolory haftów również były ważne. Jeszcze w XXw., tak jak u starożytnych Słowian stosowano często kolor czerwono-czarny.
Czerwony u starożytnych Słowian symbolizował ogień, słońce oraz krew, uosabiał siły życiowe i męską energię. Czerń natomiast była kolorem Matki Ziemi, symbolem płodności. Oba wzajemnie się uzupełniały i najczęściej stosowano je w haftach na ubiorach kobiecych.
Do odzieży męskiej stosowano ciemno niebieski, który symbolizuje niebo i wodę, a który nie pozwalał noszącemu taką odzież, ginąć od żywiołów, oraz ułatwiał refleksje nad sobą i samodoskonalenie. Zielony natomiast był symbolem roślinności i fauny i miał chronić mężczyznę od ran. ( źródło dotyczące symboliki : Ringing Cedars of Russia ) 



Przychodzi refleksja na temat "postępu" jaki się dokonał na przestrzeni wieków.
Dawniej ludzie ubierali się w tkaniny naturalne, len, wełnę, które mają korzystne dla człowieka właściwości. Coś, co wtedy było standardem na naszych terenach ( luksusem był pewnie jedwab sprowadzany z chin, tkaniny których na danym terenie nie można było wyprodukować ), na jaki pozwolić sobie mógł każdy, obecnie jest luksusem dla wybranych , zamożniejszych.

Postęp czy uwstecznienie?

Czy to jest postęp, że ludzie odeszli od tego co dla człowieka naturalne, zdrowe, korzystne  i zrobili z tego luksus, niedostępny dla większości, zamieniając ten dawny standard na sztuczne , szkodliwe dla zdrowia ubrania, produkty, żywność.
O ubiorze i tkaninach napiszę kiedyś nieco więcej.


Dziwne  i ciekawe przedmioty


Zwiedzając muzea ze zbiorami etnograficznymi zawsze interesują mnie przedmioty codziennego użytku, głównie z tego względu, że wiele z nich już wyszło z użycia na skutek rozwoju techniki ale również dlatego, że dawniej były wykonywane często ręcznie, więc każdy z nich ma "duszę", jest zazwyczaj po prostu ładny.

Tak było i tym razem. Moją uwagę zwróciły nożyczki do "objaśniania" świec z 1850 r. Zapewne chodziło o to by wypaloną zwisającą część knota obciąć i uzyskać jaśniejszy płomień świecy.

Innym przedmiotem, który mnie zaciekawił był
przyrząd do układania włosów - falownica, używany przez elegantki w początkach XX w. Zasada działania w zasadzie taka sama jak we współczesnych falownicach, tyle, że urządzenie bardziej ekonomiczne, bo nie zużywa prądu, a nagrzać je sobie można nawet w ognisku ;)

Mój wzrok przykuł także koszyczek z filigranu, z 1800 r., z powodu takiej samej techniki wykonania jak mój stary srebrny pierścionek, który kiedyś otrzymałam w prezencie od chrzestnego, dzisiaj już mocno sfatygowany i raczej zostawiony na pamiątkę niż noszony.

Technika filigranowa daje wizualnie delikatny efekt, ponieważ polega na wykonaniu całego przedmiotu ( lub zdobieniu go ) z cienkich drucików ułożonych w ażurową, wzorzystą siatkę.
Do tego celu używa się drucików złotych lub srebrnych, złożonych podwójnie i skręconych ze sobą, a następnie rozklepanych, ich brzeg tworzy wtedy charakterystyczne ząbki. Potem są łączone ze sobą w różnorodne wzory, lub mocowane do podłoża za pomocą lutowania.
Jako uzupełnienie filigranu stosowano technikę granulacji, czyli dolutowywania malutkich kuleczek na ornament filigranowy..
Obie techniki są bardzo stare, znane w starożytności, zwłaszcza rozwinięte u Etrusków.

Tak sobie pomyślałam, że być może od tej techniki wzięło się określanie osób drobnej , delikatnej budowy ciała jako "filigranowych" :)

Przechodząc przez salę z wyeksponowanymi meblami, moją uwagę zwrócił okrągły drewniany stolik z drewnianą inkrustacją. Nie było by w nim nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że inkrustacja wykonana została w formie miniaturowych scenek rodzajowych, co w/g mnie jest mistrzostwem technicznym i świadectwem cierpliwości rzemieślnika.

Inkrustacja to technika zdobienia polegająca na
wycinaniu wgłębień w podłożu i wklejanie w to miejsce odpowiednich kształtów z różnych materiałów ( różne gatunki i kolory drewna, kość słoniowa, masa perłowa, kolorowe kamienie, metal ). W przypadku tego stolika, podłoże jest drewniane i inkrustacja również z drewna. Tworzy to jakby mozaikę.

Okazało się, że to stół do gry w Gąskę. ( zdjęcia
obok, niestety niezbyt ostre, robione bez lampy błyskowej )
Zaciekawiona tym faktem, poszperałam próbując dowiedzieć się co to za gra, myśląc sobie, że musiała być popularna skoro plansze do niej posiadały taką kunsztowną postać.

Gra w gąskę była grą planszową o 63/ 64 ( na tym akurat stoliku więcej ) polach, gdzie rzut kostką wyznaczał ilość pól do przejścia , przy czym czasem trafiało się na pola "trefne" ( często oznaczone czaszką i określane jako więzienie lub labirynt, piwiarnia albo śmierć ), które pionka cofały lub na pola premiowane ( najczęściej oznaczone obrazkiem gęsi ), które posuwały grającego do przodu. Zwyciężał ten, kto pierwszy dotarł do mety.
Ścieżka pól planszy najczęściej ułożona była w formę ślimaka. Charakterystyczną cechą gry w epoce, w której powstała była konstrukcja pozwalająca na powstanie nieskończonej liczby scenariuszy, zależnej od wyobraźni autora planszy. Tak więc wariantów gry w gęś istnieje co najmniej kilka tysięcy.
Szczegółowe zasady gry, określające utratę kolejki rzutu, cofnięcie się, przejście do przodu o określoną liczbę pól lub rozpoczęcie gry od początku, były zmienne, dlatego też często umieszczano je pośrodku danej planszy. Reguł było zawsze dwanaście.

Gra pochodzi z XVI w. W 1606 r. Hieronim Morsztyn, wymieniając różne "krotochwile", pisał, że z "białą płcią" można "gąskę grać".
Najstarsza znana w Polsce plansza do gry w gęś pochodzi z roku 1721 i znajduje się w zbiorach Biblioteki Jagiellońskiej. jest to jednak pojedynczy przypadek, ponieważ kolejne pojawiły się dopiero w XIX wieku.

Ciekawe były też stare instrumenty muzyczne  jak : cymbały, lira, harmonia pedałowa, którą pierwszy raz widziałam.Z cymbałami zawsze kojarzyć będzie mi się powiedzenie nauczycielki z podstawówki, która "postępy" w nauce niektórych uczniów komentowała: "Cymbalistów było wielu." ... ;)




Militaria - Perski komplet uzbrojenia paradnego


W sali wystawowej z uzbrojeniem polskim i obcym XIV - XX w. obejrzałam sobie broń białą i pistolety , te starsze pięknie ozdobione. 
Jednak najbardziej zaciekawił mnie komplet perskiego uzbrojenia paradnego. Zaintrygowała mnie postać człowieka z rogami, takimi jakby kozimi, umieszczona w centrum tarczy i twarze pobnego ale z byczymi rogami, przy jej brzegach.
Nie wiem co to za postać, udało mi się znaleźć tylko taką wzmiankę jak na razie :

 " ...byki z ludzką twarzą, to prastary motyw ikonograficzny Sumeru! Tak przedstawiany był m.in. Nergal, bóg podziemia, strażnik bram. Przy wejściach do najważniejszych budynków w Mezopotamii stawiano wielkie rzeźby takich istot, często jeszcze opatrzonych skrzydłami. "

"Tak czy inaczej byk czy to w postaci "czystej", czy hybrydycznej zawsze związany jest z najważniejszą warstwą wierzeń religijnych, a także symboliką królewską. "

 ( źródło : http://therationalist.eu.org/kk.php/t,402 )


Niestety nie zwiedziłam Kaplicy Trójcy Świętej ( z jej malowidłami bizantyjsko-ruskimi, ufundowanymi przez Władysława Jagiełłę, które są wybitnym zabytkiem na skalę międzynarodową )
, nie widziałam stołu z Trybunału Koronnego z "czarcią łapą",  ani wystawy czasowej, bo to wszystko kosztowało oddzielnie. Może następnym razem jak będę przejazdem w Lublinie.


Na dziedzińcu Zamku Lubelskiego


Po ponad dwóch godzinach, spędzonych w dusznych muzealnych salach, jestem wykończona, zaczyna boleć mnie głowa. Siadam w holu wejściowym, naginam swoją "silną wolę" (staram się nie brać tabletek przeciwbólowych ) i łykam procha przeciwbólowego, bo przecież muszę się jeszcze potem dostać do Zamościa o własnych siłach. Potem korzystam z dobrodziejstwa zimnej wody w łazience, schładzam twarz, kark.
Po kilkunastu minutach tabletka zaczyna na szczęście działać.

Nadchodzi godzina zamknięcia muzeum czyli 18.00.
Pozostaje mi do zwiedzenia jeszcze dziedziniec zamku z basztą, na której znajduje się taras widokowy. Tę część zamku można zwiedzać do godz. 20.00.
Tyle, że nie mam ochoty człapać się tam z plecakiem. Nie pamiętam już, jak to się dzieje, że pan z ochrony pozwala mi zostawić plecak w szatni muzeum. Umawiamy się, że jak wrócę, to zadzwonię do drzwi i  otworzy mi, bym mogła go zabrać.
Zabieram tylko reklamówkę, a w niej kanapki i pusty już termos, który uzupełniam jak zwykle wrzątkiem, w restauracyjce zamkowej.

Wychodzę na dziedziniec, słońce chyli się powoli ku horyzontowi, nie świeci już tak ostro,  łagodnie obejmuje zarysy bryły i detale budowli.

Początki zamku związane są z powstaniem w XII w. kasztelanii lubelskiej. Za czasów Kazimierza Sprawiedliwego został wzniesiony na wzgórzu gród umocniony drewniano- ziemnym wałem.

W pierwszej połowie XIII w. w obrębie górnej części zamku wzniesiono murowaną wieżę obronno - rezydencjalną ( donżon, stołp ). Dała ona początek murowanej zabudowie zamku, który wzniesiono za panowania Kazimierza Wielkiego w XIV w. i otoczono murem obronnym. Wówczas też, najprawdopodobniej powstał gotycki kościół zamkowy pod wezwaniem Trójcy Świętej pełniący funkcje kaplicy królewskiej.


Około 1520 r. Zygmunt Stary zapoczątkował przebudowę zamku na okazałą rezydencje królewską.
W 1569 r. obradował tutaj sejm, na którym podpisano akt unii polsko- litewskiej - unię lubelską.

W XVII w., w wyniku wojen zamek uległ zniszczeniu. Ocalały jedynie najstarsze budowle : kaplica i baszta.

W latach 1824-1826, z inicjatywy S. Staszica i wg projektu S. Stompfa, wzniesiono na wzgórzu nową budowlę w stylu neogotyku angielskiego, przeznaczoną na więzienie kryminalne Królestwa Kongresowego.
Potem było tu więzienie carskie, głównie dla uczestników walk o niepodległość, m.in. powstańców styczniowych 1863 r.
W okresie 1918-1939 odbywali tu również karę członkowie ruchu komunistycznego, działającego przeciw państwu polskiemu. W czasie II wojny światowej, funkcjonowało w nim więzienie hitlerowskie, w którym przed opuszczeniem Lublina dokonali oni masowego mordu na 300 więźniach zamku.
Po wojnie natomiast budynek przeznaczono na polityczne więzienie karno-śledcze, podległe władzom sowieckim a później UB. W latach 1944-1954 więziono tu około 35 000 Polaków. Życie straciło 333 z nich.

Dopiero od roku 1957 zamek zmienił funkcje i jest główna siedzibą Muzeum Lubelskiego.


Baszta ( donżon )


Na dziedzińcu spostrzegam siedzących na ławce dwoje studentów, robiących szkice. Pytam czy mogę się dosiąść.
Siadam i zjadając kanapkę spoglądam im przez ramiona na rysunki, chwilę rozmawiamy. Dowiaduję się, że studiują architekturę.
By nie krępować ich dłużej swoją obecnością ( sama też nie lubię jak ktoś zerka mi na dłonie w trakcie rysowania ), dopijam herbatkę i idę w stronę baszty zamkowej mieszczącej się w południowym skrzydle zamku.

Wchodzę do baszty, w jej murach jest przyjemnie chłodniej.

Baszta to jedyny po tej stronie Wisły zabytek sztuki romańskiej wzniesiony około połowy XIII w.
Zachowała się w oryginalnym stanie, nie ulegając na większą skalę przebudowie.
Posiada formę cylindrycznej budowli stanowiła główne centrum umocnień, wewnątrz pierścienia obronnego.  Budynek jest podpiwniczony, posiada trzy kondygnacje.
We wnętrzu znajduje się sklepiona spiralna klatka schodowa, biegnąca w grubości muru od najniższej piwnicznej kondygnacji aż na taras widokowy.

Wdrapuję się powoli na wąskie stromawe schodki.

Na poszczególnych kondygnacjach zaaranżowane są wystawy historyczne poświęcone martyrologii więźniów Zamku Lubelskiego. Oglądając je docieram na sam szczyt.
Przede mną rozpościera się panorama starego miasta ze sterczącymi wieżyczkami zabytkowych kościołów.

Tym razem nie dopada mnie lęk wysokości, jest dość szeroko, barierka zewnętrzna odsunięta znacznie od krawędzi tarasu.
Nie mam problemu nawet, by przy niej stanąć i pozować przez chwilę do zdjęcia.
Schodzę, przy wyjściu wdaję się w pogawędkę z panem sprawującym pieczę nad obiektem. Gawędzimy luźno, ale też opowiada mi co jeszcze warto zwiedzić w Lublinie. Pewnie następnym razem, jak tutaj będę, skorzystam. Żegnam się i przechodzę w kierunku zamkniętych drzwi muzeum.

Tak jak się umawiałam z panem ochroniarzem, dzwonię, drzwi otwierają się, zabieram z szatni
plecak, dziękuję miłemu panu i wychodzę przez bramę zmierzając w kierunku rynku tym razem drogą wiodącą nad ulicą z parkingiem, czyli ulicą Zamkową, w kierunku Bramy Grodzkiej.

Odwracam się i z dala patrzę jeszcze na bryłę zamku. Świeci się teraz złotym blaskiem już prawie wieczornego słońca.



  








7 lip 2016

Mój pierwszy raz - Bla Bla car'em do Lublina - wehikuł czasu 2015 r. - cz.1

Mój pierwszy raz - Bla bla car'em do Lublina - wehikuł czasu  2015 r. - cz. 1



Podróże, nawet po kraju stały się dla wielu Polaków zbyt drogie.

W dodatku wraz ze wzrostem cen biletów np. autobusowych pogorszył się komfort podróżowania nimi. Przede wszystkim wszechobecna likwidacja dworców PKS a co za tym idzie brak dostępu do toalet przed i w czasie podróży, brak toalet lub nieczynne w autobusach na dalsze trasy ( co jest wręcz niehumanitarne ), niewygodne siedzenia ( jak dla olbrzymów o wzroście 2 metry ).

Natomiast podróżowanie stopem jest niebezpiecznie dla samotnej kobiety, nigdy nie wiadomo na kogo się trafi, więc tak nie podróżuję.

Alternatywą jest transport stopem ale z zarejestrowanymi na portalu np. "BlaBlaCar" kierowcami. Udając się do Zamościa postanowiłam skorzystać z takiej możliwości.

Bezpośrednio do Zamościa nikt w tym terminie nie jechał, pomyślałam więc, że przy okazji zwiedzę sobie Lublin.
Po wyszukaniu kierowcy, który jechał do Lublina zadzwoniłam i umówiłam się na podróż.
Moje miasto leży poza trasą, więc niestety pierwszy etap polegał na dostaniu się autobusem do miasta obok, na stację benzynową przy trasie przelotowej, gdzie miałam zaczekać.

Wylądowałam więc na tej stacji za miastem, z walizką na kółkach i plecakiem. 
Znajdował się za nią hotel z ogródkiem restauracyjnym. Cyknęłam fotę zabawnym parasolkom w formie kapeluszy. 

Był skwar. Przede mną półtorej godziny oczekiwania. W środku za duszno, na zewnątrz nie było gdzie usiąść. Zawłaszczyłam więc kawałek trawnika , wcześniej zapytawszy o zgodę. 
Zległam na rozłożonej karimacie z poduszką ( którą przeważnie wożę ze sobą ) pod głową i w takiej relaksowej pozycji, nieco przysypiając, słuchałam bzyczenia angielskich fraz z mp3. 
Czas mi się dłużył. Gapiłam się w niebo. Monotonię błękitu przerwał na chwilę krążący nade mną charakterystycznym, powolnym ruchem, jastrząb,  po czym oddalał się majestatycznie, zataczając  szerokie koła.

Nadszedł umówiony czas. Kierowca zadzwonił, przepraszał za opóźnienie. 
Okazało się, że z tej stacji benzynowej będzie wsiadała razem ze mną jeszcze inna kobieta. Ucieszyło mnie to, zawsze raźniej i bezpieczniej we dwie.
Wreszcie nadjechał, młody sympatyczny facet, załadował nasze bagaże i ruszyliśmy. Samochód wygodny ( nie znam się na markach, zapomniałam ), tylko upał doskwierał mimo jako takiej klimatyzacji. 
Podróż minęła dość szybko, trochę przysypiałam, trochę rozmawiałam z kierowcą.
Wysadził mnie na parkingu przy samym Zamku Lubelskim. 

Podsumowując:

Całkowity czas trwania podróży ( wraz z dojazdem do miasta wyjazdu, oczekiwaniem na stacji benzynowej i dojazdem do Zamościa ) był taki sam lub dłuższy niż autobusem. 
Plusem był komfort jazdy, możliwość zatrzymania się w każdej chwili i skorzystania z toalety, co w przypadku autobusu jest niemożliwe.
Koszt podróży wyniósł tylko nieco taniej ( ale jednak taniej ) niż najtańszy bilet autobusowy, ze względu na te przesiadki ( do miasta z którego był wyjazd i z lublina do Zamościa ), które były realizowane autobusami.

Pewnie jeszcze kiedyś skorzystam, może na tej samej trasie z tym samym kierowcą ( który jeździ co jakiś czas do rodziny w Lublinie )







26 cze 2016

Co z tym seksem? cz.1 - wstęp - c.d.n

Co z tym seksem? cz.1 - wstęp - c.d.n


Do podjęcia tematu zainspirowała mnie ostatnio pewna dyskusja ( chociaż to określenie na wyrost, bo nikt raczej w tej "dyskusji" nie chciał naprawdę zrozumieć właściwego sensu wypowiedzi drugiej strony, tego co ona ma na myśli, tylko wychwytywał szczątki słów wyrwane z kontekstu by je zbombardować i "wygrać" ...a to bezsensu ) ale i wiele innych wcześniejszych rozmów ze znajomymi ( obu płci) , obserwacje i doświadczenia własne jak i pogłębianie wiedzy i świadomości na wykładach z tego tematu ( np. z seksuologiem praktykiem ), oraz praca badawcza własna ( która dotyczyła bardzo młodych ludzi ) 

Przy czym nie mam zamiaru być tutaj ani gdzie indziej  tzw. "kołczem seksu" ( bo i tacy już bywają i mają wzięcie, ale tak to jest jak ludzie zamiast tworzyć prawdziwą bliskość w związkach i budować cały czas tę więź również w sypialni razem, pędzą tylko za przyjemnością, laytem i orgazmem byle łatwo, byle szybko )

Temat seksu to temat rzeka ( dlatego tak trudno było mi się zebrać by w końcu o nim napisać ), w dodatku każdy się przecież na nim doskonale zna ;)
Dlatego ujmę go w kilku postach, postaram się o skompresowaną formę i oczywiście nie wyczerpię tematu.

Zacznę od definicji, co może być nieco nudne ale jednak zasadne, bym została dobrze zrozumiana o czym w ogóle piszę ;)

Ważne jest tzw. prawidłowe obrazowanie.


Próba zdefiniowania - seks, seksualność i ich istota - c.d.n


Tu pojawia się już pierwsza różnica pomiędzy myśleniem a w konsekwencji i zachowaniem ludzi, bo inaczej definiują sobie pojęcie "seks".

Popatrzymy na słowo seks, które jak pewnie wszyscy wiedzą, z łacińskiego "sexus" znaczy "płeć".

Konsekwencją podziału ludzi na dwie płci, męską i żeńską ( choć obecnie promowana jest trzecia płeć a może nawet więcej , jak również modne "gender" ) jest seksualność.

Co ciekawe w słowniku seksuologicznym w ogóle definicji słowa "seks" nie mam.

Funkcjonuje natomiast właśnie pojęcie seksualności, która ujęta jest jako "jeden z zasadniczych czynników motywujących ludzi do nawiązywania kontaktów i więzi interpersonalnych" ( "Seksuologia zarys encyklopedyczny" pod redakcją K.Imielińskiego, PWN, 1985 ). Jednocześnie autorzy zwracają uwagę, że to "nie seksualność, lecz wspólna praca, produkcja dóbr i konieczność zabezpieczenia swej egzystencji były zasadniczymi czynnikami, które doprowadziły do skupienia się ludzi w gromady i społeczeństwa" ( tamże ).

Brak jest jednak ogólnej koncepcji seksualności, nie ma ścisłego sprecyzowania, czym dokładnie ona jest. Zmusza to do definiowania jej w kategoriach opisowych.

Istota seksualności nie może być wyjaśniona w kategoriach biologicznych  ani w kategoriach psychologiczno- hedonistycznych. ( co jest ważne dla kolejnych postów w tym temacie ).
Seksualność jest wrodzoną naturalną potrzebą i funkcją organizmu człowieka, który rodzi się wyposażony w seksualny potencjał fizjologiczny. Potencjał ten jest kształtowany w toku życia przez doświadczenia.
Tak więc seksualność jest uwarunkowana zintegrowanym oddziaływaniem czynników biologicznych, psychicznych i społeczno-kulturowych.
Dlatego mówimy o tzw. rozwoju psycho-seksualnym w kontekście seksualności człowieka.( co będzie miało znaczenie w kolejnych postach  z tego tematu i co jeszcze rozwinę ). 

Zaburzenia seksualne powstają wtedy, gdy ta wrodzona funkcja ulegnie zahamowaniu czy zniekształceniu lub gdy pozostaje w skrajnej dysharmonii z pozostałymi sferami osobowości człowieka.
Dzieje się tak dlatego, że biologiczny potencjał łączy się z psychiką a nie istnieje w oderwaniu od niej, w związku z czym psychika odgrywa tutaj ważną rolę.

Z tego powodu seksuologia jako nauka rozwinęła się w kierunku nauki o fizjologii  i patologii więzi międzyludzkich a nie nauki o fizjologii i patologii funkcji seksualnych.

Zastanawialiście się kiedyś, czemu w reklamach tak często wykorzystywane są skojarzenia, bodźce, elementy seksualne?

Tak, właśnie z tego względu, że seks to sfera, która najsilniej jest związana z psychiką człowieka i emocjami.  Dlatego pełni tak ważną rolę w naszym życiu.

W końcu seksualność można rozpatrywać też na poziomie energetycznym. 

Skoro ciało człowieka działa na zasadzie potencjałów elektrycznych i organy ( mózg , serce ) pracują z określonymi częstotliwościami ( co jest naukowo zbadane i wykorzystywane np. w medycynie ), to można przyjąć ( bo badań na ten temat nie znam ) że dwie osoby w bliskiej interakcji seksualnej wpływają wzajemnie na siebie, również na tym poziomie.

W dodatku różne systemy duchowe czy medyczne ( np. wschodu czy starosłowiański ) ujmują człowieka jako istotę duchową, pobierającą i oddającą energię poprzez ciało i z ciała ( np. przez tzw. centra energetyczne jak czakry ), również a może głównie w sferze seksualnej. Przy czym pomiędzy mężczyzną i kobietą zachodzą w tym aspekcie różnice , po to by obie płcie wzajemnie energetycznie się uzupełniały.


Co więc powinniśmy objąć definicją "seks" ?


Wobec powyższego definicją "seks" należało by objąć wszystko to, co związane jest z wyżej opisaną seksualnością i interakcjami płciowymi człowieka a więc zarówno to, co dotyczy sfery biologicznej jak i sfery psychicznej w tym zakresie.


Co masz na myśli mówiąc "seks"? 


Dla ułatwienia odwoływania się potem z kolejnych postów do treści obecnego, uproszczę i podzielę rożne definicje ludzi na literki alfabetu.

def. A.

Wielu pojmuje seks jako li tylko stosunek seksualny, dla takich osób pocałunek erotyczny, pieszczoty mniej lub bardziej zaawansowane czy inne formy seksu jak cunnilingus ( pieszczenie ustami łona kobiecego ) czy fellatio ( pieszczenie ustami penisa ), czyli wszystkie te, w których nie dochodzi do penetracji, nie będą seksem.

def. B.

Inni pod określenie "seks" oprócz stosunku seksualnego podciągają te formy, które wykluczyłam w punkcie "a", poza pocałunkami i pieszczotami.

def. C.

Są też tacy, dla których seks to wszystkie zachowania seksualne poczynając od flirtu, uwodzenia, pocałunku erotycznego,autoerotyzm, przez pieszczoty takie czy siakie na stosunku płciowym kończąc.

def. D.

Spotkamy i takich dla których seks to już spojrzenie, uśmiech, wygląd czy dotknięcie dłoni


Jakie są postawy wobec seksualności? 


postawa 1.

Jedna z postaw, gdzie seks  jest najczęściej czynnością jedynie fizjologiczną, tak jak np. wydalanie. Czyli mniej więcej : chce nam się kupę, więc nie możemy tego powstrzymywać bo to nie zdrowie ,więc trzeba to zrobić.
I tak jak małe dziecko czuje przyjemność z wydalania, tak podobnie przy tym podejściu do seksu wartością jest ta przyjemność biologiczna z orgazmu.
Takie postrzeganie seksu powoduje oddzielenie go od związku uczuciowego i pozorne oddzielenie od psychiki i emocji ( czego zrobić się praktycznie nie da, mimo że komuś się wydaje to możliwe )


postawa 2

Seks jako narzędzie, które wykorzystuje się, by coś osiągnąć. Tutaj zawiera się również np. wykorzystanie seksu w celu uzyskania korzyści ( prostytucja, sponsoring ), lub jedynie w celu prokreacji ( bo i takie przypadki znałam ) bez jego roli więziotwórczej czy nawet przyjemności z oddzieleniem od psychiki i emocji.


postawa 3.

Seks jako wyraz miłości, dopełnienie bliskości, ofiarowywanie siebie nawzajem. Z zasady zintegrowany jest z psychiką i emocjonalnością i  pełni rolę wzmacniającą więź.


postawa 4

Seks w wymiarze duchowym, który poszerza więź kochających się osób o wymiar duchowy. Rozumiany również jako wymiana energetyczna dwóch istot duchowych.
Aczkolwiek tutaj będą różne podejścia, bo np. jedne systemy duchowe zalecają, by zaistniał on jedynie pomiędzy kochającymi się ludźmi, inne systemy nie czynią takich zaleceń ale czynią inne ( o czym później )


c.d.n.  cierpliwości ;)













19 cze 2016

Jak zrobić mini oczko wodne - łatwo i tanio

Jak zrobić mini oczko wodne - łatwo i tanio


Kiedyś zamarzyło mi się oczko wodne na rodzinnej działce ogródkowej ( której już w rodzinie nie ma ). Zrobienie dużego oczka było dla mnie nieosiągalne, ponieważ takiego wyłożonego folią sama bym pewnie dobrze nie potrafiła zrobić, natomiast gotowe z ukształtowanego plastiku były, jak na moją kieszeń, zbyt drogie.
Traf  jednak chciał, że koleżanka miała nieużywaną już wanienkę do kąpieli dziecka, więc podarowała mi ją. Miała stonowany niebieski kolor.

Teraz trzeba było tylko wykopać na działce dołek na głębokość i w kształcie wanienki, włożyć ją w dołek, podsypać ziemią by się nie ruszała i baza oczka gotowa. Na dnie położyłam kilka kamieni oraz postawiłam małą doniczkę z roślinką wodną. Do malutkiego oczka trzeba wybrać taką, która ma krótkie korzenie i nie potrzebuje dużej głębokości. Moja roślinka miała listki  na powierzchni wody.
Wodę wlewamy delikatnie by jej nie naruszyć.

By zachować przejrzystość wody ( by nie "zarastała" glonami ) zrobiłam eksperyment dolewając "ekstraktu z greipfruta" ( ze względu na to że jest naturalny ), działało lecz na dłuższą metę było by mało ekonomiczne, bo specyfik ten w Polsce jest dość drogi ( w Czechach czy na Słowacji dużo tańszy ). 
Myślę, że są jakieś sposoby ekologiczne, może dla celów akwarystycznych czy właśnie dedykowane dla oczek wodnych, by zachować przejrzystość wody.

Ważną rzeczą jest by na brzegu oczka wodnego położyć gałąź, korzeń, coś, po czym zwierzątka jak mysz, jeż lub inne, które chcąc się napić wody, wpadłyby do niej, mogłyby wydostać się potem na brzeg ( takie sytuacje zdarzają się nie tak rzadko ).

Początkowo brzegi wanienki starałam się zamaskować kamieniami.


Kamienie wokół brzegów oczka nie wyglądały zbyt dobrze i niewystarczająco maskowały plastik wanienki. Toteż w kolejnym roku zlikwidowałam je i wsadziłam przy brzegach oczka wodnego niskie, płożące się kępki macierzanki piaskowej, która ładnie obrosła niebieskie brzegi. W dodatku jest to bylina kwitnąca, którą latem zdobią drobniutkie kwiatuszki w kolorze wrzosu, lila, fioletu, tworząc barwne dywany.

Listewkę, która służyła zwierzątkom za kładkę, zastąpiłam znalezionym kawałkiem korzenia jakiegoś krzewu.


Lokatorkom się spodobało :)






8 cze 2016

O szczerości, jak bywa wykorzystywana - sztuka jednego aktu

O szczerości, jak bywa wykorzystywana - sztuka jednego aktu

 

Prolog:


On nakręcił krótki filmik z miejsca swojego nowego zamieszkania ( gdzie lada chwila miała wprowadzić się inna ), wysłał na maila Jej, by zobaczyła.


AKT I

 

On:

- Jak ci się to podoba? Możesz mówić szczerze.

Ona:

- No fajne, z humorem, zabawne, podoba mi się :)  Tylko jedno zdanie nie jest dla mnie śmieszne, to co powiedziałeś na końcu. 

Jeszcze nie zdążyła do końca wyjaśnić z jakiego powodu....

On:

- No widzisz a Jej się podobała całość. My nie pasujemy do siebie, bo mamy inne poczucie humoru a Ona się śmieje ze wszystkiego. 

Chór Grecki:

- Może nie stać Jej na refleksyjność? A może śmieje się bo wie, że musi, bo inaczej też by "nie pasowała" ? A może śmieje się bo wie, że faceci na to lecą bo wolą wesołe laski. Ot taka strategia. A może ją to bawi, bo już wie , że to ona tam zamieszka, cieszy ją że dopnie swego? No chyba, że oboje są bezrefleksyjni , więc faktycznie akurat w tym do siebie pasują, nie tyle z powodu podobnego poczucia humoru, które ta szczera też ma, lecz z powodu tej właśnie bezrefleksyjności.
Poza tym czym jest ta Jego "pozytywna energia", skoro on widzi szklankę pustą zamiast w 3/4 pełną, bo skupia się na tym jednym zdaniu które się nie podobało, pomijając całą dużą resztę, która się podobała....

Na to Ona w szoku. Przysłowiowo "ręce jej opadły" z klawiatury na taki tekst, oczy wyskoczyły z orbit ze zdziwienia i przemknęła myśl "Czy to jest na pewno ten sam człowiek, którego znałam od lat i wobec którego kiedyś mogłam wyrazić normalnie, szczerze swoje zdanie na jakiś temat, a on mógł to samo w stosunku do mnie i żadne z nas drugiego za to nie karało ? " 
  
 Chór Grecki:

- Wtedy jeszcze nie rozumiała, że wcześniej jednak tak nie było , że ta "kara" za szczere wyrażanie się była odraczana przez Niego i wisiała w "powietrzu" czekając na wymierzenie, które właśnie nastąpiło po raz drugi

Jednak po chwili szoku, Ona otrząsa się. Spokojnie aczkolwiek w poczuciu bezsensu i rezygnacji, wyjaśnia w szerszym kontekście przyczynę "niepodobania się" tego jednego zdania. 
Pokazuje Jemu też to, że punkt widzenia zależy od punktu "siedzenia", że ten sam żart ma prawo być różnie odebrany w zależności od sytuacji życiowej osób.
Dla tej która ma dobrą, bo właśnie sobie podniosła status życiowy ( pomijam jakim sposobem ) i przed nią jasne perspektywy, będzie być może śmieszny. Dla tej innej , która żyje w beznadziei, bez perspektyw na lepsze jutro, taki żart będzie jej tylko przypominał o tej beznadziei. To z czego ma się śmiać? I to nie świadczy o innym poczuciu humoru czy o jego braku. 
Bogaty i najedzony może się śmiać z tego, kto z przymusu wybiera z kosza jedzenie ( Tylko czy to jest fajne poczucie humoru?...)  Tego, który to jedzenie wybiera, bo nie ma innej alternatywy, najprawdopodobniej nie będzie śmieszył widok innego głodnego buszującego w koszu obok.

On:

- Wytłumaczyłaś się... Rozumiem o co ci chodziło.

 Chór Grecki:

- Czy trzeba się tłumaczyć z rzeczy oczywistych?... Ze szczerości o którą ktoś sam prosił?... Chyba zrozumiał, ale to niczego nie zmienia. I tak widział tylko, że to ona się śmieje ze wszystkich jego dowcipów, nie ważne czy szczerze. Ta szczera i tak wypadła kiepsko w tym "rankingu"

 

 

Epilog :

 

Po co ktoś pyta, jak  nie chce znać odpowiedzi i woli lizusowe, interesowne "kadzenie"?
Chyba jedynie po to, by sobie coś tam potwierdzić, co sobie wcześniej zracjonalizował. Ot, w taki sposób też można wykorzystać czyjąś szczerość.

Kto traci a kto zyskuje? 

Traci On, przez swoją ignorancję i niedocenienie szczerej opinii, bo chce być i jest oszukiwany przez co nie rozwija się, bazując na fałszywych informacjach o tym co robi i jak się zachowuje. Traci też, wybierając kogoś kto szczery nie jest, komu na nim i jego rozwoju w jakimś zakresie nie zależy, komu zależy jedynie na zachowaniu w tym zakresie status quo...bo a nuż rozwinęła by się w nim większa świadomość i niewygodna prawda wyszła by na jaw. 
Zyskuje na takiej cudzej szczerości to, że podtrzymuje swoje racjonalizacje, które są akurat dla niego wygodne.

Traci też Ona - ta, która jest życzliwie szczera ( zresztą w tym przypadku na życzenie drugiej osoby ), ponieważ jest odrzucona za to, że autentycznie doceniała tą druga osobę, pomagała się rozwijać ale jednocześnie zyskuje,  bo dowiaduje się jakie horyzonty myślowe ma ta druga osoba, jak bardzo próbuje siebie samego o czymś przekonać, w jakim celu prosi o szczerość. Zyskuje bo wychodzi na jaw, że dana osoba woli pozory a z taką nie można budować porozumienia na wyższej płaszczyźnie. 

   Inne refleksje o szczerości:
 
 >  Krótko o miłości - czyli sztuka w trzech aktach
 >  Krótka sztuka o "kobiecości"
 
   Powiązany post :  

 > Cały świat jest w nas

 

 

28 maj 2016

"Odkryć Prawdę" - dokument zablokowany w TV publicznej

"Odkryć Prawdę" - dokument zablokowany w TV publicznej 


"Odkryć Prawdę", film pani Aliny Czerniakowskiej to dokument, który nigdy nie został wyemitowany przez telewizje publiczną, mimo wielu próśb i apelów. Jesteś ciekawy czemu?

To jest też częściowe wyjaśnienie, dlaczego decydenci tak boją się uzbrojonego narodu ( ustawy ograniczające dostęp do broni dla Polaków a zwiększające zakres jej używania dla służb mundurowych > TUTAJ protest ) , dlaczego uchwalono ustawę o "bratniej pomocy" ( > TUTAJ protest ), dopuszczającą obce służby do działań i użycia broni na terenie Polski i w stosunku do Polaków, w razie zamieszek ( czyż zamieszki i demonstracje nie są wyrazem woli narodu jako suwerena władzy niezadowolonego ze swoich przedstawicieli na stołkach i lekceważenia przez nich tej woli, czyli wyrazem tzw. "demokracji" o której tak się dużo mówi? ) . Czy wojska USA, które miały być na terenie Polski tylko rotacyjnie a teraz się okazuje, że będą na stałe ( tak jakby tarczy przeciwrakietowej Polscy nie potrafili obsłużyć ) nie skorzystają kiedyś z tej ustawy? Jaką mamy na to gwarancję, że nie są sprowadzone po to?
( tym bardziej, że na naszych terenach niedawno już były ich tajne bazy, w których torturowali obywateli innego państwa, a my za to ponosimy odpowiedzialność płacąc ogromne odszkodowania ...jaką mamy gwarancję, że w przyszłości w taki sposób nie będą potraktowani nasi obywatele ?)



Powiązany post : Eksterminacja Narodu Polskiego > TUTAJ 




12 maj 2016

Też możesz pomóc

Też możesz pomóc


Postanowiłam zmieścić ten link, ponieważ o przekazanie dalej poprosił mnie kolega, do którego mam zaufanie, więc wiem, że to nie jest naciąganie na kasę, tylko autentyczna osoba potrzebująca pomocy w poważnej chorobie.
Bo różnie z tym w internecie bywa, bywają oszuści.

Jeśli możesz wesprzeć choćby drobną kwotą, lub inaczej, choćby ważną informacją, to proszę bardzo:


Możesz też poprzeć sensowną strategię walki z rakiem która była zgłaszana ministrowi , ponieważ obecna już od lat w żadnym kraju nie przynosi pozytywnych rezultatów a jest tylko wyprowadzaniem pieniędzy z budżetu do koncernów farmaceutycznych, które mają monopol na "leczenie".  > TUTAJ





10 maj 2016

Wiosna wiosna !

Wiosna, wiosna !


Zdjęcia poniżej, wykonane przez mojego kolegę nie wymagają komentarza :D

Można sobie jednak najpierw włączyć muzę o wiośnie ( do wyboru )  ;)

Skaldowie "Wszystko kwitnie w koło"
Małgorzata Ostrowska " Wiosna kwiaty rozdaje"
Vivaldi "Cztery pory roku - wiosna"







9 maj 2016

Zamość - Porwane do niewoli - wehikuł czasu z tęsknoty za latem

Zamość - Porwane do niewoli - wehikuł czasu z tęsknoty za latem



Zwiedzając miasto zawędrowałyśmy w końcu na Rynek Wielki, XVI-to wieczny plac o wymiarach 100x100 metrów, na którym stoi piękny ratusz otoczony kamieniczkami. Tak, jak i cała starówka - perła renesansu.
Po zwiedzeniu Muzeum Zamojskiego i Galerii BWA udałyśmy się ulicą Grodzką w kierunku Nadszańca.

Upał był niesamowity, więc zmęczone nim i zwiedzaniem, usiadłyśmy na chwilę w cieniu zabytkowych kamienic. Naszą uwagę zwróciła grupka mężczyzn w historycznych strojach żołnierzy, z bronią palną, idąca zwartym szykiem od strony Nadszańca.

Spytałam, czy mogłabym z nimi zrobić zdjęcie.

- Ooooj... teraz nie możemy się zatrzymać, bo idziemy zaprezentować musztrę i oddać salwę na rynku ale jak będziemy wracać to bardzo chętnie. - uśmiechnął się dowódca.

Nie poszłyśmy za nimi, by zobaczyć to widowisko, stopy nas już nie niosły :D
Był to jednak dobry czas, by jeszcze trochę odpocząć i zjeść kanapkę w cieniu. Po jakimś czasie w oddali słychać było  hurtowy wystrzał. Żołnierze wracali.

Nasz kierunek był zgodny z ich kierunkiem, więc wzięli nas do środka szyku, jak aresztantów i tak szliśmy wzdłuż całej ulicy, żartując przy tym. Ot taki swoisty happening :D

Przy bramie Nadszańca stała grupka ludzi ( pewnie różnych turystów ), spoglądających na nas z ciekawością , zdziwieniem i rozbawieniem. Może niektórzy myśleli, że "niewola" to taki planowany punkt "programu" dla turystów.
Spytałam nieśmiało, czy moglibyśmy się tutaj zatrzymać i zrobić zdjęcia ( dlatego, że dalej już było gorsze światło )

- Więźniowie nie dyskutują! Ja tutaj jestem dowódcą. - powiedział głośno dowódca a wszyscy zgromadzeni ludzie wybuchnęli śmiechem.

Fakt, musiało to wyglądać zabawnie, dwie kobiety "pojmane do niewoli". Przy czym ja w dodatku swoją długą lnianą sukienką chyba wpisywałam się w epokę i pasowałam do tej grupy.

W każdym razie, po przekroczeniu bramy po drugiej stronie, zostaliśmy sfotografowani a my "uwolnione" :D