Kiedy mówię o męskiej sile, faceci utożsamiają ją z typem "macho", pamiętam jak ktoś skwitował, że z silnym facetem to będę "fruwać na wysokości lamperii"....
Inaczej rozumiem męską siłę. Mężczyzna silny wcale nie musi być tzw. "macho" w powszechnym rozumieniu tego określenia.
Prawdziwa siła nie służy mężczyźnie do osiągnięcia przewagi w związku, wykorzystywania jej przeciwko kobiecie. Jest po to, by kobieta ( a co za tym idzie dzieci ) czuła się bezpiecznie ( w różnym sensie ale to temat na oddzielny post ) i mogła bez obaw wyrażać przy nim swoją kobiecość. Męska siła ma być ukierunkowana na służenie relacji.
Spodobała mi się sentencja:
"Idealny mężczyzna jest jak kaloryfer - twardy ale ciepły"
Podoba mi się taki miks ;)
Z ciepłem to chyba często mężczyźni mają problem, chociaż może częściej z okazywaniem go?
Nie wiem, bo nie siedzę w środku ich mózgów ani emocji, a nie zawsze to, co jest okazywane jest jednocześnie odczuwane i nie zawsze to co odczuwane jest okazywane. Wiem, że część z nich to ciepło zwyczajnie udaje wtedy kiedy mają w tym "interes", niestety. Tacy faceci bardzo łatwo potrafią od ciepła przejść do obojętności a nawet okrucieństwa w stosunku do kobiety.
Innym być może wydaje się, że okazywanie ciepła jest niemęskie i nie ma nic wspólnego z męską siłą, więc odmawiają jej kobiecie.
Zdarza się, że traktują takie zaniechanie jako karę, pewnie w celach zwyczajnie manipulacyjnych, co jest wykorzystywaniem twardości do wewnątrz relacji przeciwko kobiecie. Niczego dobrego to nie przynosi.
Jeszcze inni mężczyźni mają problem z twardością, zwłaszcza w sytuacjach trudniejszych związanych z relacją, albo okolicznościami życia.
Myślę, że to właśnie połączenie twardości z ciepłem tworzy męską siłę.
Mężczyzna twardy to mężczyzna silny. Mężczyzna ciepły to mężczyzna, który ukierunkowuje swoją siłę na wspieranie kobiecości, dzięki temu bowiem może ona rozkwitać w pełni a wtedy jest w stanie wspierać twardość ( i siłę ) mężczyzny, która wtedy kiedy potrzeba powinna być ukierunkowana na zewnątrz relacji, zwłaszcza w trudnych sytuacjach, kiedy trzeba walczyć z czymś, o coś. Jeśli mężczyzna twardość ukierunkowuje do wewnątrz relacji z kobietą, wykorzystuje siłę przeciwko niej, zamiast otulać kobietę ciepłem i przez to wspierać kobiecość, niszczy ją. W ten sposób niszczy też męskość i męską siłę w sobie. Ujmując kobiecie kobiecości, ujmuje sobie męskości.
Gdybym miała podać jakiś filmowy przykład męskiej siły w relacji z kobietą , chyba podałabym parę bohaterów z serialu "Doktor Quinn" ( wiele odcinków, bez konkretnego odcinka ) :
Swoją drogą bohaterka prezentuje typ kobiecości, który ja nazywam zdrowym, któremu nie jest potrzebna manipulacja, który nie pełni roli "szyi kręcącej głową", który nie dostarcza mężczyźnie powierzchownej ekscytacji, tak poszukiwanej dzisiaj przez wielu mężczyzn, lecz ofiarowuje spokój, zrównoważenie, mądrość, ciepło, troskę, które to potrzebujący ekscytacji, pobudzania i "animowania" faceci nazywają dzisiaj "drętwo", "nudno" itp.
Męska siła głównego bohatera tego nie potrzebuje, tylko wspiera tę kobiecość poprzez ciepło skierowane ku kobiecie i dzięki temu wzmacniana jest w twardości skierowanej na zewnątrz.
Taka kobiecość rozkwita przy męskiej sile rozumianej jak wyżej, bo taka męska siła nie zmusza jej do tego, o czym mówił Trechlebov w swoim wykładzie i nie przenosi odpowiedzialności za słabość czy siłę mężczyzny, a tym samym za całą relację na jej barki.
Moim zdaniem to bliższy starosłowiaństwu typ kobiecości w relacji z męskością, niż taki jaki przedstawił Trechlebov.
Rolnik szuka żony? - voila, czyli jak zostałam mamką i relaks w pasiece.
Pisałam wcześniej o dostawach soku z brzozy z lasku znajomego. Kilka razy pojechałam tam rowerem odebrać sobie sok i oddać butelki.
Jako, że na łące brykały radośnie małe kózki, nie oparłam się by je pogłaskać i poprzytulać. Kózki ze względu na małą ilość mleka matki trzeba dokarmiać butelką trzy razy dziennie, więc tego dnia to ja stałam się dostawcą, nie tyle soku z brzozy co mleka z marketu, który mijałam po drodze. Przypadła mi też rola mamki, która nie zaprzeczę, ubawiła mnie.
Jedna butelka na trzy głodomorki to zdecydowanie za mało, więc musiałam odganiać dwie głodne, pchające się mordki, podczas kiedy jedna pazernie ssała smoka.
Po chwili nauczyłam się odróżniać, która mordka już dostała porcję a która jest następna w kolejce. Buteleczka była mała, więc jedzenie podzielone zostało na porcje i tak porcjami kilka razy każdej kózce po kolei wędrowało do gębki, żeby jedna nie musiała zbyt długo czekać i by było sprawiedliwie.
Karmić jak karmić ale spróbujcie wydoić kozę ;)
Po spełnieniu roli mamki poleniuchowałam i poprzyglądałam się pracy pszczół przy ulach. Regularne bzyczenie relaksowało. Aparat nie pozwolił mi na zrobienie lepszych fot, ale widać jak niosą kulki pyłku kwiatowego na łapkach. Na filmiku poniżej to może trochę lepiej widać, spowolniłam go o 50%.
Jedne niosą większe "woreczki", inne mniejsze, ciekawe czy zależy to od rodzaju kwiatu, na który akurat pszczoła usiądzie, czy od lenistwa bądź pracowitości ;)
Zawsze wydawało mi się, że zbliżając się na taką odległość do ula zostanę pokąsana. Jednak pszczoły były tak skupione na pracy, że miały mnie gdzieś. Byle nie stawać na drodze ich powietrznego szlaku.
Kozami stojącymi w pobliżu też się nie przejmowały, kozy nimi również nie.
Gospodarz akurat robił małe naprawy w ulu i dokładał ramek pszczołom, więc miałam okazję zajrzeć do otwartego ula.
Dowiedziałam się, że ul wyższy i węższy to ul warszawski, a niższy bardziej sześcienny to ul Dadant ( chyba )
Nie wiedziałam, że pszczoły zbierają nektar i pyłek w promieniu ok 3 km od ula. Jeśli chciało by się je wywieźć ( razem z ulem ) gdzieś np. do lasu dla pozyskania miodu spadziowego, to odległość musi być większa niż te 3 km, inaczej mogą wrócić na łąkę przy domu i nie zastając tam ula nawet umrzeć.
Usłyszałam również co trzeba zrobić gdy pszczoły "wyroją" się z ula. Z reguły przysiadają na jakimś pobliskim drzewie czy krzaku, zanim definitywnie uciekną. Trzeba wtedy je pokropić wodą, to się nie będą ruszać i delikatnie złapać cały rój w siatkę , podobną jak podbierak do ryb, po czym wsadzić do pustego ula.
Filmik pokazujący troszkę wnętrza ula poniżej ( przymknijcie oczy na brudne pazurki ;) )
Nabrałam ochoty by mieć swój ul, tyle, że najpierw trzeba by było mieć gdzie go postawić. Według właściciela pasieki powinno się mieć co najmniej trzy ule.
Relaksujące, spokojne , bezstresowe zajęcie, no chyba, że się nie okadzi dymem ula i grzebie w nim bez ochronnego ubrania ;)
Przy okazji rozmowy o pasiece i zwyczajach pszczół, dogadałam się w sprawie posadzenia moich ziół ( które są miododajne) na terenie łąki znajomego. Pszczoły będą mieć nektar by produkować miód a ja będę mieć surowiec zielarski. którego nikt mi nie zniszczy. Dobry "dil" :)
Nieopodal, przy schodach do niewykończonego budynku mieszkalnego, jeż zrobił sobie gniazdo/norkę. Spryciarz umieścił je pod deskami, by mu nie lało na nos podczas deszczów :)
Nie zaglądałam do środka, nie chcąc straszyć jeża i rozgrzebywać źdźbeł, ale być może już ma, albo niedługo będzie miał młode.
1 płaska łyżka cukru ( u mnie się robi bez cukru )
Zmieszać w misce i wyrobić ciasto.
Rozłożyć warstwą w formie wykładając też boki, ciasto ma utworzyć jakby nieckę, w którą nałożymy farsz.
Farsz
Składniki:
dużo cebuli
pieczarki, mniej więcej tyle samo ile cebuli ( choć ja wolę z przewagą cebuli)
czerwona papryka
żółty ser do posypania, tyle ile kto lubi
tłuszcz do smażenia
szynka opcjonalnie
Cebulę pokroić w krążki i przesmażyć na tłuszczu. Pieczarki obrać, umyć, pokroić i przesmażyć. Czerwoną paprykę pokroić w paseczki.
Układać warstwami na przygotowanym cieście. na ciasto, jako pierwszą warstwę, najlepiej położyć to co jest bardziej "suche" ( np. pieczarki szynkę), wtedy nam tak bardzo nie rozmięknie i będzie smaczniejsze.
Piec około 35-40 minut w temperaturze 180-200 stopni. Podawać na ciepło.
Pomysł zrodził się z potrzeby upakowania w czymś akcesoriów kosmetyczno-pielęgnacyjnych moich
i mamy, oraz nadmiaru starych jeansów. Dlaczego jeansów? Bo akurat kolor niebieski pasuje nam do łazienki.
Nabyte więc zostały dwa tanie kuferki z grubej tektury, na które postanowiłam uszyć pokrowce.
Niby proste zadanie, ale wcale tak łatwo nie było. Pokrowce bowiem musiały spełniać kryterium zdejmowalności w celu wyprania i tu już zaczęła się gimnastyka by to osiągnąć.
Na zewnętrzną warstwę pokrowca przeznaczyłam niezbyt gruby jeans ze starych spodni. Warstwa wewnętrzna musi być z cienkiego materiału, ponieważ nasz kuferek musi się jakoś zamykać a grubszy materiał blokował by zamknięcie swoją grubością.
Formę robimy na bazie poszczególnych ścianek kuferka, obrysowując je na papierze. Denko i przykrywka są różnych rozmiarów, więc odrysowujemy je oddzielnie.
Po czym odrysowujemy poszczególne części na materiale. W przypadku starych jeansów możemy z powodzeniem wykorzystać fragmenty z kieszeniami, jak ja to zrobiłam w jednym kuferku.
Zszywamy poszczególne części.
Do części będącej podstawą ( denkiem ) kuferka doszywamy z cienkiego materiału "zakładkę" wewnętrzną, która potem będzie nam trzymała zewnętrzną część pokrowca na kuferku. Przyszywamy do niej taśmę rzepową ( od spodu, bo będzie się trzymała ścianki kuferka )
Do górnej części ( pokrywy kuferka) zewnętrznego pokrowca również przyszywamy "zakładkę" z cienkiego materiału, która nam będzie trzymać pokrywę kuferka. Do niej również przyszywamy od spodu taśmę rzepową ( wąską )
Z kuferka tymczasowo demontujemy rączkę, by nie przeszkadzała w nakładaniu pokrowca.
Po wszyciu "zakładki" wewnętrznej, trzeba przymierzyć na kuferku, zeszytą zewnętrzną część pokrowca i odrysować na materiale miejsca otworów na metalowe zapinanie i rączkę kuferka.
Ja sobie pomogłam przypinając zewnętrzną część pokrowca obleczonego na kuferku , szpilkami do ścianek ( kuferek jest z tektury więc się dało) , by nic mi się nie przesuwało. Po czym odrysowałam kształty zapinania.
Wycinamy otwory małymi nożyczkami, po czym obszywamy je kordonkiem ściegiem obrębiającym, by się nie strzępiły.
Przechodzimy do szycia części wewnętrznej podstawy ( denka) kuferka, z cienkiego materiału, którą to część będziemy mogli wyjmować do prania , dzięki wszytemu ekspresowi. Dlatego w górnej części dodajemy przy krojeniu nieco więcej zapasu materiału, na podwinięcie i wszycie ekspresu.
Poszczególne części wykroju z cienkiego materiału, tym razem należy wykleić fizeliną prasując żelazkiem. Potem zszywamy.
W części pokrowca zewnętrznego, do górnej krawędzi wewnętrznej "zakładki" podstawy ( denka) kuferka, na wierzchu przyszywamy ekspres rozdzielny.
Znów nakładamy na kuferek.
Uszyte wcześniej wnętrze podstawy/denka ( z cienkiego materiału) wkładamy do środka i górny brzeg podwijamy tak, by pasował do wysokości wszytego ekspresu. Przypinamy szpilkami do ekspresu już przyszytego do "zakładki" zewnętrznej części pokrowca.
Rozpinamy ekspres i rozdzielamy go na dwie części. Teraz możemy swobodnie przyszyć na maszynie ekspres do wewnętrznej części z cienkiego materiału, ponieważ go przed chwilą sobie ładnie przypięliśmy we właściwym miejscu.
Mamy teraz dwie części pokrowca:
- zewnętrzną jeansową z wszytymi "zakładkami" z cienkiego materiału ( bez flizeliny) by pokrowiec się trzymał na kuferku, oraz wszytą połową ekspresu na górnym brzegu ścianki denka ( podstawy kuferka)
- wewnętrzną część , czyli denko ze ściankami , z cienkiego materiału, usztywnionego flizeliną, z wszytą druga połowa ekspresu na brzegu wewnętrznej ścianki
Górną część pokrowca , czyli pokrywę kuferka, wraz z bokami zeszyłam na prawą stronę i obszyłam na brzegu ozdobną taśmą w kropeczki.
Brzegi tekturowych ścianek kuferka ( podstawę i przykrywkę ) oklejamy drugą stroną taśmy rzepowej ( tą twardszą ) , by taśma przyszyta pod spodem "zakładek" zewnętrznego pokrowca złączyła się z tą przyklejoną i trzymała pokrowiec na miejscu. kleiłam klejem "kropelka" ( upierdliwe i śmierdzące), są też samoprzylepne taśmy rzepowe w sprzedaży.
Zapinamy na ekspres wewnętrzną część denka kuferka, dzięki temu będzie potem można ją wyjmować do prania. Mamy gotowy kuferek.
Poniżej kuferek jaki był pierwotnie, a jaki się stał "po":
Kuferek mamy, która potrzebowała kieszonki:
Kuferek mój:
Może trochę zagmatwałam ten opis, ale nie umiem tego jaśniej opisać. Mam nadzieję, że ten pomysł zainspiruje i pomoże w wykonaniu.
Byłam ostatnio na pierwszym po zimowym spacerze rowerowym w pobliskim lesie i nad stawem znalazłam dwa ślady odprawiania najprawdopodobniej obrzędów starosłowiańskich.
Widać po tym, że w moim mieście są ludzie, którzy wracają do tradycji świąt związanych z wiarą przyrodzoną.
Na moich terenach wiara ta istniała dłużej niż w innych częściach kraju, ponieważ wokoło było tutaj dużo lasów, mokradeł i bagien, przez co na te trudno dostępne tereny zapuszczał się mało kto, w związku z czym misjonarze dotarli tutaj też stosunkowo późno, by krzewić "jedynie słuszną" wiarę.
Pierwszy kościół i klasztor powstał tutaj dopiero w XIII wieku, a potem w początkach XVII w. kiedy powstał drugi klasztor i kościół, znajdujemy w kronikach zapiski o skromnej egzystencji zakonników : " ...Dali tam dobrodzieje nam klasztor i kościół drewniany, ale jest to ciężar, który trzeba koniecznie zrzucić i fundację przenieść na szlachetniejszy konwent, tam bowiem bracia muszą pędzić życie chłopskie. Nie ma dla kogo rozwijać nabożeństwa i służby Bożej; człowiek samotny tam pozostawia i zamienia się na anioła lub zwierzę. Dwojakiej muzyki słucha często, wiosną rechotania żab, zimą żałośliwego wycia wilków. Pożyteczniej było by je opuścić, aby uniknąć zgorszenia dokoła i naprawić dobrą sławę, i po zakonnemu urządzić życie"
Swoja drogą ciekawe o jakim zgorszeniu "dokoła" myślał kronikarz....
W moich okolicach istniała również świątynia starosłowiańska ( tzw. chram, kącina, kupiszta), której resztki z ofiarą całopalną, całkiem niedawno znaleźli archeolodzy. Świątynie drewniane Słowianie wznosili rzadko, dlatego to ciekawostka i też jakieś świadectwo, że tutaj dość długo żyli Słowianie nieniepokojeni przymusem zmiany obrzędów wiary przyrodzonej.
Według dawnej wiary i zgodnie z wiedzą świadomego człowieka wszystko co robimy ma wpływ na przyrodę o ona ma wpływ na nas, wiec oba te światy są ze sobą powiązane. Tak więc obrzędy świąt osadzone były w przyrodzie.
Moje znaleziska w lesie były pozostałościami po maleńkich ogniskach.
Wokół pierwszego dojrzałam ułożone gałązki ziela bylicy, uważanego przez starożytnych Słowian za magiczne ziele i wśród nich świeczkę (typu tealight :), niestety nie mam fotki, było już za ciemno jak na ten słaby aparat którym dysponowaliśmy ), dlatego podejrzewam że ten ślad był związany z pierwszym świętem przedwiosennym tzw. Gromnice, które przypada na 2 lutego, związane z gromem - gromowładną siłą, czyli jest poświęcone Perunowi, związanemu z przyrodą i mającemu wpływ na to co się dzieje na ziemi.
Luty to miesiąc najbardziej surowy w naszym klimacie, a kiedyś był pewnie jeszcze bardziej mroźny. To czas kiedy zapasy żywności poczynione jesienią już powoli się kończą a do nowych zbiorów jeszcze dość daleko. Trudny czas, więc święto miało pewnie na celu podtrzymać na duchu w oczekiwaniu na przyjście wiosny, czasu rozpoczęcia wegetacji.
Słowianie prosili Peruna o nadejście wiosny i urodzaj. Oprócz watry, zapalano świecę obrzędową tzw. gromnicę, która miała chronić przed uderzeniami piorunów.
Pierwotnie były to święta kilkudniowe, obchodzone wraz z zabawami w gronie rodziny i przyjaciół.
Współczesne echa tego święta w chrześcijaństwie to zapusty, karnawał.
Wokół drugiego wypalonego "ognizeczka" ułożone były gałązki wierzby z rozkwitniętymi już baziami ( wierzba jest drzewem , które poświęcone było żeńskiej sile, więcej o wierzbie > TUTAJ ), przypuszczam , że było ono rozniecone ku obchodom jednego z najważniejszych świąt starosłowiańskich Jarych Godów, czyli wiosennych świąt. Słowo "jar" ( pochodzące ze staro-indueuropejskiego dialektu, znaczy mocny, młody, krzepki, dawniej tak nazywano wiosnę) związane jest ze słowem "żar" a więc ze światłem ( w/g Źirislava ).
Od dnia równonocy, czyli wiosennego przesilenia, zaczyna przybywać dnia , więc również światła.
Nie będę się rozpisywać o tych świętach, bo wiele już na ich temat napisano na innych blogach, więc nie ma sensu duplikować treści.
W miarę uporządkowane informacje o nich zaczerpnięte od słowackiego Źirislava ,znaleźć można np. tutaj :
http://przypiecek.blogspot.com/2014/03/jare-gody.html
Podzielę się tylko, jako, że dzisiaj mija dzień Dyngusa, moimi jajami ozdobionymi symbolami starosłowiańskimi, na marginesie - w dawnej słowiańskiej tradycji przywilej zdobienia jaj należał tylko do kobiet .
Co znaczą symbole możecie poczytać w artykule "Dekoracja starosłowiańskich pisanek, ich symbolika i znaczenie " Dobrosława Wierzbowskiego.
W męskim kontekście, czyli jaką kobiecość wspierają mężczyźni.
Trzeba jasno zdać sobie sprawę z tego, że w "świecie", w rzeczywistości społecznej w mniejszej skali i globalnej, to co wspieramy jednocześnie wzmacniamy.
Przypomnę tu przypowieść o wilkach, na pytanie skierowane do starego Indianina, który wilk zwycięży, padła odpowiedź "ten którego karmisz"...i tak samo dzieje się w świecie globalnie, bo każdy z nas karmi któregoś wilka a któregoś mniej albo wcale.
Temat jest rozległy, dlatego podzielę go na części.
Podjęcie go, w części pierwszej, jest efektem refleksji nad zagadnieniem poruszanym w filmie, pod dość agresywnym tytułem "Jak kobiety rujnują mężczyzn", z wykładu Rosjanina ( to ważne) Trechlebova uważanego za "guru" od starosłowiańskich przekazów , oraz obserwacji relacji innych, rozmów z kolegami, koleżankami, tatą, oraz doświadczeń własnych w relacji z mężczyznami.
Wykład Trehlebova:
Trechlebov mówi o wymianie energetycznej między kobietą a mężczyzną, której istnienia jestem świadoma od dawna ( zresztą wymiana energetyczna zachodzi nie tylko pomiędzy płciami ale każdym człowiekiem ).
Niestety skupia się w części tego wykładu tylko na odpowiedzialności, jednej z płci - kobiety, którą przedstawia z jednej strony jako tą, która daje energię mężczyźnie, z drugiej potrzebuje mężczyzn ( tak, nie jednego ) "wyssać" z energii ( co w jego słowach jakoś pejoratywnie brzmi) ponieważw ten sposób uzyskuje potwierdzenie swojej kobiecości, dzięki czemu czerpie siłę do życia, radość.
I tutaj zauważam pewne niedopowiedzenie.
Czułam potrzebę dopełnienia tematu z mojego punktu widzenia i przemyśleń, punktu widzenia kobiety, którą jakby nie było jednak jestem i jakąś wiedę przodków z linii żeńskiej chyba mam ( TUTAJ nieco o tym ).
Mój tekst nie będzie o "rujnowaniu" ani mężczyzn, ani kobiet, ponieważ takie ujęcie tematu wpycha go w kontekst "winy" jednej z płci, pogłębiając przepaść w i tak już niełatwych (w dzisiejszym zagubieniu zarówno mężczyzn jak i kobiet w trudnej rzeczywistości społecznej i ekonomicznej) , relacjach między- płciowych. Takie ujęcie tematu to nieporozumienie.
Uważam, że jest to błędnie ujęte w kontekście "winy" i brak uzasadnienia w psychologii, życiu i w duchowości, tym bardziej słowiańskiej, bo to tak, jakby relacja i to co się wydarzy "pomiędzy" zależało tylko od jednej osoby i tworzyło staus quo.
Gdyby relacja kobieta-mężczyzna zachodziła między ludźmi z wykonaną lobotomią, lub lobotomią u jednego z nich, to może by tak było ;)
Tu przypomniał mi się stary film pt. " Żony ze Stepford"> TUTAJ
( polecam panom, którzy tęsknią za "idealną" kobietą, wiecznie uśmiechniętą, uległą i niczego od nich nie wymagającą, ani nie marudzącą i takim, którym wydaje się, że są takie kobiety )
W relacji istnieje przecież dynamika, to szczególne "falowanie", przypływy i odpływy niezależnych od obojga sytuacji życiowych, emocji o różnej gradacji, od ekscytacji, radości, odrobiny szaleństwa, fantazji, wzajemnej mobilizacji, poprzez wyciszenie, spokój, rutynę, smutek, nudę, stagnację czy "drętwotę", by potem znów pojawiła się radość, fantazja , odrobina szaleństwa itd.itd.
"Falowanie" tak jak przypływy i odpływy żywego oceanu, który co rusz to nieśmiało odsłania nowy kawałek plaży , by za jakiś czas zalać go wzburzonymi falami, by w kolejnym momencie znów go odsłonić.
Czy ten ocean za każdym razem jest innym oceanem, czy jest to ten sam ocean, który ulega tylko pewnym rytmom, czy okolicznościom zewnętrznym niezależnym od niego?
Czy ocean może nie mieć pływów? Czy nie stał by się wtedy jedynie jeziorem, sadzawką spolegliwie poruszaną tylko wiatrem? To przecież właśnie ten bezkres, i te fale podobają nam się w oceanie a jednocześnie jego łagodny, kojący szum.
Gdy po oceanie płynie statek, to działa on na ten ocean, tak samo jak ocean oddziaływuje na niego, nie można oddzielić statku od fali, inaczej statek stałby się samolotem...a i wtedy nadal mógł by mieć pośredni wpływ na ocean, choć ocean nie musiałby mieć wpływu na niego.
Podobnie jest ze wszystkim tym, co w oceanie żyje, co żyje z oceanem. Dzięki niemu żyje i ocean żyje dzięki temu.
Tak jak nie da się tego rozdzielić, tak nie da się rozdzielić wzajemnego wpływu ( psychologicznego i duchowego, energetycznego) na siebie kobiety i mężczyzny w relacji, czy to będzie relacja koleżeńska , czy to będzie relacja partnerska, czy małżeńska. Tym samym obarczanie odpowiedzialnością za całość tej relacji jednej ze stron jest nieporozumieniem.
Kobieta nie jest tą, która ma jechać tandemem przez życie z mężczyzną i pedałować za dwoje. W końcu to on ma więcej siły, od zawsze polował, walczył i chronił, nie tylko swoją kobietę....Nie można zrzucać na nią odpowiedzialności za to, że łańcuch spadnie albo mężczyzna będzie się wiercił na siedzeniu i rower się przewróci lub nie będzie mu się chciało pedałować, w związku z czym szybkość znacznie zwolni się a trasa wydłuży, albo po prostu tandem się zatrzyma. Nie mówiąc już o akcjach typu nagłego łapania za hamulec , kiedy ktoś równo pedałuje, albo odwrotnie - wjeżdżania nagle na skrzyżowanie na czerwonym świetle mimo, że kobieta naciska hamulce, czyli sabotażu tandemowej podróży.
Wszelkie teorie zrzucające odpowiedzialność za czyny mężczyzny, jego stosunek do kobiety, czy to co robi w relacji i z relacją, na kobietę, odzierają go z męskości, mądrości, dojrzałości i czynią marionetką w rękach kobiety.
Nie godzę się na to.
Chcę w facetach widzieć mądrych mężczyzn, którzy nie będą mieć do mnie pretensji, o to co sami kreują w relacji ze mną, bo będą sobie zdawać sprawę ze swojej odpowiedzialności w tej sferze, swoich "chceń" widzenia mnie czy relacji w taki lub inny sposób i rozumienia skąd te chcenia się biorą, rozumienia swojego sposobu postrzegania przez pryzmat np. przeszłych doświadczeń i tego, że ich zachowanie w relacji przyniosło taki czy inny skutek, bo na mnie też miało wpływ i na moje zachowanie wobec nich, czy w relacji ogólnie.
Którzy będą zdawać sobie sprawę, że relacja to wymiana energetyczna, psychologiczna, w obie strony, wzajemne przenikanie się i falowanie.
Mężczyzn, którzy postrzegają prawidłowo, realnie, a nie tylko myślą, że tak jest.
Mężczyzn zdolnych do dialogu, otwartych na inny sposób postrzegania, na kobiecość jaka jest dla danej kobiety właściwa a nie jaka "powinna być" w/g poradników i guru, czy wdrukowanego w przeszłości szablonu ( matka, "była" )
Mężczyzn, przy których kobieta może wyrażać SWOJĄ kobiecość w pełni, a nie taką, jaką musiała wypracować ( najczęściej z wzorca matki albo "popytu" na takie a nie inne zachowania i cechy ), by jakiś facet ją "chciał" ( w/g swojego szablonu wdrukowanego w przeszłości) by mogła przetrwać.
Mężczyzn, którzy potrafią akceptować a nie tylko krytykować.
Którzy najpierw wymagają od siebie ale nie są dla siebie zbyt surowi, tym samym nie są zbyt surowi dla innych.
Którzy podnoszą zamiast deptać.
Przy których kobieta czuje się bezpieczna ze swoją kobiecością, i dzięki temu może przejawiać ją w pełni.
Powyżsi mężczyźni są zapewne rzadko spotykani w Rosji, tam widocznie potrzebują baby by nimi sterowała. Za kołnierz nie wylewają, więc to kobieta jest tą, która musi ich krotko trzymać, przy czym takiego rosyjskiego macho nie można krótko trzymać wprost, bo jeszcze by pięścią przyłożył, stąd podchody, manipulacje, "szyja kręci głową". Taka kultura.
Takie doświadczenia ma widocznie Trechlebov. Moim zdaniem on opiera się na tym co zna, a zna właśnie taki model, co nie znaczy że to model prawidłowy, zdrowy.
Taki model na ogół funkcjonuje tam, gdzie kobiety są ekonomicznie, życiowo, społecznie uzależnione od mężczyzn i mają niższy status, lub tam gdzie jest duża konkurencja wśród kobiet o tzw. zasoby.
Zauważam, że również tam, gdzie kobiety pozbawione są wsparcia męskiego (nawet w związkach małżeńskich) i emocjonalnie ( lub fizycznie ) opuszczone przez izolujących się emocjonalnie (czy nawet fizycznie), mężczyzn.
Powoduje to przerzucanie przez kobiety uczuć i więzi emocjonalnych typu męsko-damskiego na synów. Tym samym kobiety wychowują synów na mężczyzn zbyt słabych, uzależnionych od stymulacji i animacji w wykonaniu kobiet, by mogli czy chcieli nabyć świadomość opisanych wyżej spraw, oraz wziąć odpowiedzialność w relacjach z kobietami w dorosłym życiu, na poziomie zarówno materialnym, emocjonalnym, jak i duchowym.
Tacy mężczyźni potem preferują taki a nie inny model relacji, bo taki mają wdrukowany w dzieciństwie, czy potem w pierwszych relacjach z kobietami w okresie dojrzewania, wybierają więc i wspierają taki a nie inny typ kobiecości i taki a nie inny model relacji, bo do takiego a nie innego łatwiej im się dostosować ( albo nie muszą się dostosowywać i niczego zmieniać w sobie ) i kółko się zamyka.
Dlatego dzisiaj mamy tzw. kryzys męskości i jak mówią ezoterycy słabych mężczyzn i silne kobiety, które współtworząc i wspierając powyższy schemat, doskonale potrafią wykorzystać pozycję społeczną mężczyzn w męskim świecie.
W dodatku często wmawia się ludziom , że to jest prawidłowe ( jak np. w przypadku Trechlebova )
Jednak wyżej cenię mężczyzn, niż autorzy większości tych różnych poradników, odbierających mężczyznom zdolność do myślenia, świadomości swoich uwarunkowań, świadomego decydowania , samostanowienia, kreując ich na sterowalnych, dających się "ulepiać" chłopców w krótkich spodenkach, z którymi "odpowiednia" ( czyt. "kobieca"= sprytna ) kobieta potrafi zrobić co zechce, bo to ona jest "szyją która ma kręcić głową".
Nie wiem z jakiej planety Wy pochodzicie, ale w moim ciele to głowa kręci szyją a nie odwrotnie.
Czy w szyi macie mózg, który steruje ruchem?......
A jaki ten człowiek będzie zależy od Ciebie Mężczyzno.
Od Twoich wyborów, mentalności, wzorców, zachowania wobec kobiet, od tego jaki typ kobiecości wspierasz a jaki depczesz.
Jako kobieta czasem przeżywam ( i nie tylko ja ,ale znajome kobiety również) bardzo niefajne ( o tych fajnych teraz nie piszę ale oczywiście też się zdarzają) zachowania niektórych facetów i czasem zastanawiam się, czy są aż tak nieświadomi, nierozumiejący, czy może tak bezwzględni, egocentryczni, socjopatyczni, a może aż tak zagubieni i skrzywdzeni , że stają się ślepcami i głupcami wspierając nie to, co powinni w świecie.
Nie rozumiejąc, że depcząc te intencjonalnie szczere i życzliwe, spokojne i zrównoważone, naznaczone cichą, niedocenianą obecnością bycia "obok" i "przy", przejawy kobiecości, goniąc za przejawami powierzchowności ( nie tylko walorów cielesnych ale i powierzchowną, ślepą ekscytacją w byciu ), lub co równie kiepskie, w pogoni za adrenaliną prowadząc z kobietą jakieś wojny podjazdowe, czy sabotując relacje, niszczą nie tylko tę kobiecość, ale niszczą tak naprawdę też siebie i to co wokół.
Wygrzebałam poniższy tekst ze swoich notatek, choć nie pamiętam skąd go wzięłam. Może warto go uważnie przeczytać i nie tylko w kontekście matki, żony.
Czcij kobietę matkę wszechświata,
ona w sobie zawiera całą prawdę
Boskiego stworzenia, istnienia.
Ona jest podstawą wszelkiego dobra piękna.
Ona początek życia i śmierci.
Od niej zależy istnienie człowieka,
Bo ona jest przyrodzonym oparciem Jego pracy.
Ona ciebie rodzi w męczarniach, pocie czoła.
Ona obserwuje twój rozwój, wzrost do samej śmierci.
Ty jesteś przyczyną jej zmartwień
Błogosław ją, czcij ją
Bo ona jest jednym jedynym twoim przyjacielem
Oparciem na ziemi
Czcij ją, broń jej
Postępując w ten sposób
Ty zyskujesz jej miłość, jej serce
I będziesz przyjazny dla boga.
Właśnie, dlatego wiele grzechów będzie ci wybaczone.
Miłością darz żony i szanuj je, bo one jutro
będą matkami, a później pramatkami swego rodu.
Przytakuj kobiecie, jej miłość uszlachetnia,
Zmiękcza serce, zatwardziałe zwierze
W jagnię zmienia.
Żona i matka to bezcenny skarb,
Który daje nam Bóg
One najlepsze ozdoby wszechświata.
Z nich rodzi się wszystko to, co żyje na Ziemi
Tak jak kiedyś Bóg potrafił oddzielić światło od ciemności
Lądy od wód, tak samo kobieta ma w sobie dar
Oddzielić w człowieku dobre zamiary od złych myśli
Właśnie, dlatego po Bogu pierwszą jest kobieta
Myśleć tak się powinno
Kobieta to boska świątynia
W której ty łatwo dostaniesz
Całkowitą boską błogość
Więc z tej świątyni moralne siły bierz
Tam ty zapomnisz o swoich niepowodzeniach
Odzyskasz zgubione siły, tak tobie
niezbędne żeby bliźnim pomagać
Nie poniżaj jej, postępując w ten sposób
Tylko poniżasz siebie samego
I tracisz tą miłość, bez, której tutaj nic nie istnieje na Ziemi
Ochraniaj swoją żonę i ona obroni ciebie, i twoją rodzinę
To wszystko, co uczynisz dla swojej matki, żony, wdowy
Albo innej kobiecie w żałobie Zrobisz dla Boga.
Dla tych mężczyzn , którzy nie mieli dobrych wzorców w dzieciństwie, czy mają wdrukowany nieprawidłowy schemat relacji, czy niefajny schemat kobiecości, który podświadomie ich pociąga, mimo że deklarują inny, a chcieli by to zmienić, dawałam paczkę książek wartych przejrzenia w innym poście:
Blog to takie post scriptum w przelocie przez miejsca, czas, wydarzenia, życie...
Jego ważną część stanowią podróże w czasie i przestrzeni oraz do własnego wnętrza.
Dla mnie te podróże to przede wszystkim "z kim" i "jak", napotkani ludzie, przygody, zaskakujące sytuacje, piękno natury, zachwyt chwilami,relacje, trud, zadania do rozwiązania, refleksje, emocje, wyciąganie wniosków, rozwój wewnętrzny... czasem jest pięknie, zabawnie a innym razem strasznawo, czy trudniej ....jak to w życiu, jest pełnia.
e-mail: p.s.przelotem@gmail.com