15 sie 2017

Deszczowe lasy Gomery na wariackich papierach - Wehikuł czasu 2009 r. c.d.n

Deszczowe lasy Gomery na wariackich papierach - Wehikuł czasu - c.d.n


Wyjazd z Teneryfy


Przy okazji pobytu na Teneryfie nie mogliśmy nie odwiedzić Gomery z jej deszczowymi pierwotnymi lasami, tym bardziej, że te dwie wyspy to odległość zaledwie około jednej godziny płynięcia promem i są dobrze ze sobą skomunikowane.

Wyruszyliśmy z miejsca drugiego noclegu w Callao Salvaje ( bo pierwszy przez kilka dni  był w Las Americas ), czyli spokojnej, nierozbuchanej tak bardzo turystycznie miejscowości ( z tego względu ją wybraliśmy na kolejne kilka dni pobytu w ramach innego doświadczenia, mimo że była trochę dalej od miejsc do zwiedzania, piaszczystych plaż i z dojazdem do nich ), w której można było znaleźć niedrogi nocleg w super warunkach. 
Mieliśmy do dyspozycji pokój z przeszkloną całą ścianą, w której było wyjście na duży taras, z widokiem na morze, z kompletem mebli tarasowych, na którym przyjemnie było jeść śniadania :) Morze było widać przez oszkloną ścianę będąc nawet w środku mieszkania ( na fotce poniżej ) 


W pokoju, oprócz kompletu wypoczynkowego, biurka do pracy z krzesłem  i TV znajdowało się też rozkładane łóżko do spania. Obok, przedzielony niską ścianką, na której umieszczono funkcjonalny blat, znajdował się aneks kuchenny ( z pełnym wposażeniem jak kuchnia gazowa, lodówka, naczynia itd ) Dalej był drugi pokoik - sypialnia z dużym łóżkiem, łazienka i przedpokoik z dużą szafą. Na oknach pozakładane były grube, ciemne, specjalne, dodatkowe zasłony, by można było chronić wnętrze przed upałem. 
To wszystko za cenę chyba 16 euro z tego co pamiętam za dobę od osoby. Warunki jak w domu, można było by tam mieszkać na stałe.

Z naszej miejscowości nie odpływały promy, więc trzeba się było udać autobusem do pobliskiego Los Christianos, gdzie znajduje się port.
To miasteczko, w którym jest też szpital i przychodnia zdrowia ( gdzie miałam okazję korzystać ze świadczeń, o czym innym razem) , więc miejsce istotne dla mieszkańców okolicznych miejscowości pod względem świadczeń zdrowotnych i komunikacyjnych z innymi wyspami Kanarów.

Tutaj zaczyna się też długa, ładna, nadmorska promenada i można przejść nią przez trzy miejscowości od Los Christianos, przez Playa de las Americas, aż do Costa Adeje.
I to mi się podobało, niezwykle urokliwie, a wieczorem bardzo romantycznie, no i ruch a nie leżenie na plaży li tylko.
Po drodze zielone zakątki z zakamuflowanymi ławeczkami, na których można spocząć by podziwiać zachód słońca, morze, czy robić coś innego ;),  knajpki, z których czasem słychać muzykę, można było potańczyć na ulicy ;)

Jako dwa śpiochy, którym nie po drodze było z wstawaniem o świcie, zwłaszcza na urlopie, w dodatku nie lubiący się spieszyć, wygrzebaliśmy się dość późno, co miało potem swoje konsekwencje na różnych płaszczyznach, ale też było zarzewiem przygody.

Do Los Christianos dotarliśmy mniej więcej w południe i trzeba było zaczekać na prom. Wykorzystałam ten czas pływając w morzu. Niezbyt fajnie było kapać się przy porcie, ale w ten upał  jaki panował na plaży, wskoczyłabym nawet do kałuży ;) 

Promem płynęłam pierwszy raz, więc byłam nieco podekscytowana. W moim odczuciu był dość wysoki i duży ( ale nie mam zbytniego porównania ). Od razu zajęłam miejsce na pokładzie zewnętrznym, by odpływając podziwiać wybrzeże Teneryfy, z białawymi, pudełkowatymi hotelikami, nagimi pagórkami i wiszącymi nad nimi mrocznymi chmurami ( był wszak początek grudnia).  Mozaika maleńkich i większych łódeczek, stateczków stojących w porcie, też malowniczo wyglądała od strony morza.
Nie ukrywam, że miałam też nadzieję zobaczenia delfinów, lub innych wodnych ssaków, jak grindwale, czy wieloryby piloty.



Na pełnym morzu "pizgało", jak mówił mój towarzysz, tak, że po ciągłym zwiewaniu mojej czapki z głowy i ganianiu za nią po pokładzie, przy zrozumiałej uciesze gawiedzi, nie chcąc ryzykować w końcu jej utraty i zniknięcia w czeluściach błękitno-granatowych wód oceanu, zdjęłam ją w zastępstwie obwiązując uszy i szyję cienkim szalem, który zabrałam, ze świadomością czekającej mnie niższej temperatury w górach  Gomery. Podobno było mi w nim "seksi" ;)


Potem jednak, ponieważ nie działo się nic ciekawego na morzu, a wiatr był nie tylko intensywny, ale zrobił się w moim odczuciu też dość zimny, poddałam się i schowałam pod pokładem.
Gdy zbliżaliśmy się do wybrzeży La Gomery, miasteczka San Sebastian, znów wystawiłam nos by podziwiać widoki.


La Gomera wita



Krajobraz nadmorskiego pasu był podobny jak przy Los Christianos, podobne nagie pagórki,  tyle, że tu nie było tylu wysokich hoteli, ani długiej plaży, wybrzeże na większym odcinku było skaliste.

Wyobrażałam sobie, że zobaczę zalesione, zielone góry, a tutaj jakoś mało zielono i  nic nie zapowiadało tego co było potem....
Ciekawe, jak się czuł Krzysztof Kolumb dopływając do tej wyspy, co myślał, jakie były jego pierwsze wrażenia i jakie były potem, jak już zapuścił się dalej...






Trochę historii...


Krzysztof Kolumb zatrzymał się na Gomerze w 1492r.  przed przepłynięciem Atlantyku i "odkryciem" Ameryki.
Wzięłam w cudzysłowie, ponieważ Ameryka została odkryta najpierw przez Azjatów a potem  przez Wikingów i nie wiem , czemu do dnia dzisiejszego pokutuje stwierdzenie, że to Kolumb ją odkrył, nawet w edukacji. Na wyspie znajduje się symboliczny "dom" tego żeglarza ( Casa de Colon - dom Kolumba), który jest XVIII wiecznym budynkiem, gdzie mieści się muzeum z wystawą poświęconą Kolumbowi, oraz historii wyspy.

Już wcześniej, bo w 1402 zaczął się podbój Wysp Kanaryjskich. Niejaki Jeana de Bethencourta, na polecenie króla Hiszpanii wyruszył na nie, by skolonizować wyspy, głównie ze względu na występowanie na nich owada, dającego cenny barwnik - purpurę.
Czyli jak zwykle chodziło o kasę, choć oczywiście oficjalnym powodem kolonizacji była chrystianizacja pogańskich Guanczów.

No i autochtoni, jak w wielu miejscach na świecie, mieli pecha.
Początkowe przyjazne kontakty handlowe zamieniły się w zniewolenie rdzennej ludności. Na Lanzarote zaczęto porywać Guanczów i sprzedawać jako niewolników, co oczywiście wzbudziło opór i działania odwetowe.
W konsekwencji, ponieważ sami Guanczowie nie potrafili się między swoimi plemionami dogadać, Hiszpanie wykorzystali to i przejęli rządy oraz zmusili ludność do przyjęcia chrztu ( skąd my to Polacy znamy... do dnia dzisiejszego nie potrafimy uczyć się z historii, nie tylko swojej, że gdzie dwóch się bije tam trzeci korzysta, i wyciągnąć wniosku, że siła tkwi w jedności narodu )
Tak przejmowali kolejne wyspy.
La Gomera była trudniejsza w zdobyciu, ponieważ jej znaczną część zajmują góry i lasy, wtedy niedostępne, w których ukrywali się Guanczowie z czterech plemion-królestw. Dwa z nich podbito w 1404 r., dwa kolejne, 80 lat później, przyłączono pokojowo.

Największe i najbogatsze wyspy: Teneryfa, Grand Kanaria i La Palma, stawiały silny opór i zostały podbite później przez innego poddanego króla hiszpańskiego. W wyniku krwawych walk właściwie unicestwiono kulturę Guanczów.

Przetrwała ona natomiast na La Gomerze.


...i kultury 


Potomkowie Guanczów mieszkają na wyspie do dzisiaj, zachowali swój niezwykle oryginalny, gwizdany język (el silbo, silbo gomero ), choć nie w najstarszej, oryginalnej formie.
Jest on bowiem dzisiaj gwizdaną formą lokalnego dialektu języka hiszpańskiego, przetrwał w formie jaka była używana przez osadników hiszpańskich z czasów podbojów i po nich.

Brzmienie słów jest naśladowane za pomocą gwizdów o różnej wysokości dźwięku.
Stanowi atrakcję turystyczną i organizowane są pokazy specjalnie dla turystów. Użytkownik tego języka zwany jest silbador ( gdybyście chcieli kogoś takiego tam poszukać i posłuchać jak mówi )

W takich warunkach terytorialnych,jakie panują na Gomerze, gdy ludzie mieszkali zwykle w trudno dostępnych dolinach i jarach  ( i tak jest do dzisiaj ), oddaleni od siebie, język gwizdany miał rację bytu, ponieważ pozwalał porozumiewać się na duże odległości.
Średni dystans słyszalności dźwięków to 5 km, a przy sprzyjających warunkach pogodowych można było się w ten sposób porozumiewać na odległość 8 km.
W okresach represji umożliwiał natomiast tajną komunikację.

W latach 90-tych z obawy o wymarcie języka sibo, został on wprowadzony na Gomerze, do szkół podstawowych i średnich , jako język obowiązkowy.

Obecnie język jest wpisany na listę niematerialnego dziedzictwa  kultury UNESCO.

Można go posłuchać tutaj ( źródło: wikipedia ) :



Brzmi magicznie :)
Moja wyobraźnia działa i wyobrażam sobie jak to musiało być kiedyś....mieszkając w dolinie słyszeć tylko przyrodę  i ten język doskonale z nią harmonizujący. Gdzieś z osady oddalonej o 8 km... Im niepotrzebne były telefony ;)

Nierozgarnięci turyści


Prom dobił do portu w San Sebastian , stolicy La Gomery.

Tutaj już zaczynają się konsekwencje wcześniejszego spania do południa i zbyt późnego wyjazdu na tę wycieczkę.
Z tego powodu do wieczora zostało już niewiele czasu. Rezygnujemy więc ze zwiedzania samego miasteczka, główny nasz cel to szlaki leśne w Parku Narodowym Garajonay, więc od razu kierujemy się do małego kiosku z informacją turystyczną.

Po drodze mijamy zabytkowe (zapewne) domy, w stylu kolonialnym, z pięknymi, wykończonymi drewnem balkonami i takimi samymi wykończeniami okien.

Wyobrażasz sobie takie balkony np. w naszych polskich blokach? ....Chciałabym.


W info kiosku turystycznym otrzymujemy mapki i informacje o busach, którymi można dojechać do parku narodowego w pobliże różnych szlaków pieszych. Niestety, jest za późno, by z nich skorzystać.

Nie pozostaje nam nic innego oprócz taksówki, więc negocjujemy z kierowcą ( mówi po angielsku ). Przez nasze wylegiwanie się do południa w łóżku zapłacimy 30 euro od osoby, za transport do parku. Biorąc pod uwagę jeszcze koszty biletów na prom z Teneryfy i z powrotem, to najdroższa wycieczka w czasie tego wyjazdu. 

No i zaczyna się ostra jazda bez trzymanki.....wąskimi, stromymi serpentynami drogi pod górę. Mam lęk wysokości, więc celowo usiadłam od strony ścian skalnych a nie przepaści. Mimo to, ze strachu zamknęłam oczy, mój towarzysz był też blady ( potem twierdził, że najbardziej zapamiętał z tej wycieczki ten strach :D ) 




Po drodze zatrzymujemy się przy tarasie widokowym z drogowskazem na Valle Gran Rey, z którego widać zamieszkałą dolinę. Jest chmurnie i mgliście, daleko w dole majaczą maleńkie domki.
Jesteśmy na wysokości ok. 1200 metrów n.p.m. Rzadko miałam okazję być na takiej wysokości, pieszo raczej nie pcham się w takie wysokie góry.


Droga asfaltowa zaczyna prowadzić między lasem, w południowo-zachodniej części parku ( wschodnia część szlaku, czyli okolice El Cedro są ponoć ciekawsze, bo znajduje się tam więcej strumieni i największy wodospad na wyspie, ale my mieliśmy za mało czasu by tam pojechać ). Zatrzymujemy się w pobliżu najwyższego szczytu na wyspie - Alto De Garajonay ( 1487 metrów n.p.m), gdzie znajduje się punkt widokowy ( do którego nie poszliśmy). Przy dobrej pogodzie można zobaczyć z niego całą wyspę i wyspy sąsiednie. W starożytności było to ważne miejsce obrzędowe, gdzie chyba składano ofiary.

Kierowca pokazuje nam na mapce , którędy mamy pójść ( nasz szlak omija szczyt Garajonay) i gdzie się z nim spotkamy. Spodziewałam się, że wybrał szlak na moje możliwości, bo miał powiedziane, że mam lęk wysokości i że chcemy łagodny, łatwy szlak.

W międzyczasie w taksówce zakładam rajstopy, bo tutaj temperatura jest dużo niższa niż nad morzem ( ok 10 stopni ) i niezbyt byłam przygotowana na takie zimno (aczkolwiek zapobiegawczo wzięłam te rajstopy ), a zwłaszcza nie byłam przygotowana na mżawkę ( nie miałam kurtki przeciwdeszczowej), która w tej części wyspy występuje często, ponieważ chmury cały czas tutaj "wiszą" i wilgotność powietrza jest bardzo wysoka. Zakładam więc na siebie, na "cebulkę", wszystko co mam w plecaku. Zawiązuję uszy tym samym cienkim szalem, który chronił mnie przed wiatrem na promie, do tego, na szczęście, mam jeszcze kaptur od bluzy dresowej.

Jesteśmy gotowi do wymarszu, gdy nagle podjeżdża pracownik, chyba strażnik parku i dowiadując się, którą trasą mamy iść odradza nam ją. Ze względu na zniszczenia szlaku trasa jest niebezpieczna, do tego stroma!
Cholera, w niezłe maliny by nas wpuścił kierowca taksówki, choć sam pewnie o tym nie wiedział, bo nie było żadnej tablicy z ostrzeżeniem. Mamy szczęście, że ten facet się zjawił, bo różnie mogła by się skończyć dla nas próba przejścia tym szlakiem. Widać jakiś anioł stróż nad nami czuwał.

Ustalamy więc nową trasę, umawiamy się z kierowcą na spotkanie o konkretnej godzinie ( w sumie mamy jakieś 2,5 godziny ) w restauracji ( La Laguna Grande ) przy szlaku, skąd nas zabierze z powrotem do portu na prom.

Co ciekawe nie bierze od nas pieniędzy zaliczkowo, mamy się rozliczyć za całość przewozu później. Widać ludziom się tutaj ufa. Odjeżdża i zostajemy sami w tej dziwnej zieloności.



W zieloności pierwotnego lasu - wyścig z czasem


Idziemy tak jak było ustalone, najpierw szlakiem w kierunku wschodnim przez pól godziny czy 40 minut ( na mapce zaznaczony żółtym kolorem , w kierunku EL Cedro)), potem mamy zawrócić do drogi asfaltowej i skierować się na zachód do restauracji.

Idziemy szlakiem, wśród innych niż u nas, paproci ( wysokie i wyrośnięte na jednej długiej łodydze), mijamy drzewa i krzewy wawrzynu ( tzw. laursilva, liście wawrzynu to nasza popularna przyprawa kuchenna - listki laurowe ). Szlak jest dobrze przygotowany ( drewniane podesty, belkowate schodki na stromiznach ) łatwy, tylko w jednym miejscu jest na tyle wąsko i z jednej strony spadziście, że potrzebuję dla lepszego samopoczucia psychicznego dłoni mojego towarzysza podróży. Co jakiś czas można napotkać taras widokowy lub drewniane ławeczki.

Dotąd nie widziałam takiego lasu.

To pierwotny las, który rośnie tutaj od czasów prehistorycznych, żywa "skamielina" roślinności porastającej kilka milionów lat temu ,większą część Europy i Afryki Północnej. Jest jednym z najlepszych przykładów lasów laurowych na świecie i został wpisany na listę UNESCO w 1986r.

Wiszą tu cały czas passaty , które nawilżają powietrze, a co za tym idzie rosnącą tu roślinność. Nie wiem jaki jest stopień wilgotności, ale "na oddech" i biorąc pod uwagę fakt, że pnie i gałęzie prawie wszystkich  albo wszystkich drzew pokrywają mchy i jakieś długie zwisające porosty, jest znaczny. To właśnie, między innymi, dzięki tym porostom, ale i zachmurzeniu oraz momentami lekkiej mgle, tworzy się niezwykły, magiczny wręcz klimat tego miejsca, nieco jakby z niesamowitego snu, czy dreszczowca. Urzekł mnie też kontrast czerwonego koloru gleby i spokojnej zieleni drzew.



c.d.n

4 lip 2017

Deja vu - mini refleksje

Deja vu - mini refleksje


Ostatnio miałam dwa razy "deja wu".

Jedno związane z filmem , który oglądałam:

" Nie zdobywa się serca kobiety wyjeżdżając"....

Cytat z niego przypomniał mi sytuacje sprzed lat z "byłym" i zachowania niektórych facetów ( którzy wcale  nie chcieli zdobywać mojego serca, tylko może się dowartościować, albo zabić czas, lub nudę , lub sobie coś udowodnić), wobec mnie później. 

"Wyjeżdżając", można bowiem potraktować w przenośni i podciągnąć też pod to: odpuszczając i poddając się,  izolując się, dystansując, oddalając, ochładzając relację.  

Bo niektórzy, a być może wielu...facetów ( kobiety dużo rzadziej, raczej udają dystans, traktując jako grę, gdy chcą zainteresować sobą faceta, któremu to się podoba i to go pociąga, niż faktycznie tego dystansu chcą ) dystans stawiają na piedestale ( tacy są dla mnie zawsze podejrzani, którzy wymagają od kobiety, do wszystkiego i w każdej sytuacji dystansu ) i lubią kobiety zdystansowane, a mnie się wydaje, że pod tym jest drugie dno w postaci obawy, niechęci do wzięcia odpowiedzialności, lub interesowności w relacjach, czy związku, bez emocjonalnego zaangażowania. 

Niektórym być może się wydaje, że jak będą się dystansować od kontaktów i relacji,  izolować, czy wzbudzać w kobiecie ( lub mężczyźnie ) niepewność co do relacji, pojawiając się i znikając, przybliżając i oddalając na przemian, to tym bardziej będą "chciani" i tym lepiej będzie się ta relacja układała....
Czyli takie myślenie, im bardziej będę niedostępny/niedostępna, tym bardziej będę dla niej/ jego atrakcyjny/a  i tym bardziej ona/on będzie pragnął kontaktu ze mną.

Serio tak niektórzy myślą, czy to świadoma manipulacja czy gierki, czy nieświadome działanie na bazie wzorców relacji z dzieciństwa tudzież przeszłych związków, nie wiem, ale często to działa. Znaczy to tylko tyle, że tacy ludzie mają nieprawidłowe wzorce,  bo to toksyczne , aczkolwiek setki poradników w necie i nie tylko, setki postów na kobiecych blogach, typu " jak sobą zainteresować kogoś kto się podoba", "jak uwieść faceta", "jak uwieść kobietę", "jak rozkochać kogoś w sobie " itp. między innymi na tym bazują ( bo to działa, tyle, że jeśli coś działa , nie oznacza automatycznie, że jest zdrowe, prawidłowe i że tak powinno być, tak więc wspiera się i wzmacnia złe wzorce  )

A jeszcze inni robiąc tak, po prostu mają drugą osobę gdzieś, i celowo rozwalają relację w ten sposób, bo jej nie chcą, bo już nie jest im potrzebna, nie jest z nią wygodnie albo się znudzili zabawą itp., więc po prostu nie chcą kontaktów,  relacji czy związku.

I ja to właśnie tak interpretowałam i interpretuję.
Dla mnie to jednoznaczny sygnał, że ktoś mnie nie traktował poważnie, że nie chce relacji i ma mnie gdzieś. A jeśli relacja już jakaś była, to pewnie była na zasadzie "konsumpcji" i właśnie przestałam być potrzebna ( w jakimkolwiek sensie i celu ), albo zwyczajnie jakaś kobieta była bliżej, była szybsza, łatwiejsza, wygodniejsza, potrafiła odpowiednio grać wpasowując się w wizję kobiecości danego faceta, więc dla niego atrakcyjniejsza.
Bo ja np. nie powiem, że lubię zimne północne kraje, dlatego, że mężczyzna takie woli, by wydać się tą "idealną", jakaś inna kobieta oczywiście będzie "wolała" to co on, a potem i tak będą jeździć w ciepłe kraje...tam, gdzie ona zechce. Bo kobiety przekazują sobie również tę zasadę, nazwijmy rzecz po imieniu - manipulacji :
"aby rozkochać kogoś musisz znać jego kryteria na dany moment, a następnie zaoferować siebie, jako spełnienie tych kryteriów" ( tym razem cytat słów kobiety, z życia a nie z filmu), która niestety w większości przypadków działa...
( choć miałam nadzieję, że może w końcu będzie inaczej )




30 cze 2017

Gdy nie zamkniesz okna....czyli opowieść o Kopciuszku.

Gdy nie zamkniesz okna... czyli opowieść o Kopciuszku.


Niezamknięte okno to dobra okazja dla złodzieja, ale również dla dzikiego lokatora. Dzikiego dosłownie :) 

Pewnego dnia lub nocy przez uchylone okno letniego domku mojego wujostwa zakradł się do środka....Kopciuszek :)

Phoenicurus ochruros ( wyczytałam że angielska nazwa Kopciuszka to "Red start"  od rdzawego ogona ) z rodziny drozdowatych , samiczka szarobrązowa, z lekko rudym ogonkiem, samce wiosną mają szaro-czarnawą głowę, pokrywę skrzydeł i spód ciała, skrzydła czarnobrązowe z dużym białym polem, środek brzucha białoszary, podbrzusze i pod ogonem pomarańczowe, kuper i ogon rdzawe, jesienią bledsze.

Na terenie Polski objęty ścisłą ochroną.

Nazwa chyba trafna, uwił sobie bowiem gniazdko na bojlerze do grzania wody, tuż nad zlewem w kuchni.
Nie wyrzucono go. Ledwo trzymające się na bojlerze gniazdo wzmocniono osadzając je w plastikowej doniczce, która dodatkowo została przywiązana drutem, by konstrukcja nie spadła.
Szkoda bowiem by było, gdyby wysiadywane przez samicę  jaja, zamieniły się w jajecznicę w zlewie.


Początkowo, gdy zaglądaliśmy mu w oczy, był nieco przestraszony. Po krótkim czasie fruwał już bez krępacji obok głów właścicieli domku i myk myk w górę schodów na poddasze, gdzie było uchylone okno, wylatywał na łowy, wracając potem tą samą drogą. Młode karmione są przez oboje rodziców, więc "śmigały" oba na zmianę.

Wysiadywał cztery jajka ( co ciekawe jajka były białawe w kolorze z leciutką nutą niebieskiego/turkusu, w tym roku bardziej turkusowe ). Bardzo szybko wykluły się śmieszne, tu i ówdzie pokryte puchem, pisklęta ( nie robiłam zdjęcia by nie straszyć ptaszków). 
Ptak przyzwyczajony do obecności ludzi, którzy nie robili mu krzywdy wyprowadzał młode z gniazda na naukę latania, tym sposobem już nie jeden ale pięć, śmigało wzdłuż schodów na poddasze, by wylecieć przez okno.

Pewnego dnia nie wróciły. Gniazdo pozostało puste i przechowane do następnego roku.

W tym roku Kopciuszek znów się pojawił. Czy ten sam? A może któryś z młodych? 
Tym razem dostał "szlaban" na wlatywanie oknem. Zaczął sobie więc wić gniazdko pod zadaszeniem tarasu. 
Stare zostało wyciągnięte i umieszczone pod połacią, ale nie był nim już zainteresowany, wolał nowe.
W tym roku wysiedział dwa jaja, niestety nie zdążyłam zobaczyć młodych. 
Cały proces od złożenia jaj do wylotu z gniazda, u Kopciuszka, trwał dość krótko, 12-17 dni wysiadywania i 12-16 dni po wykluciu.

W ciągu roku Kopciuszek wyprowadza dwa lęgi, ale zarówno w poprzednim roku , jak i w tym zasiedlił gniazdo w domku tylko raz.

Ciekawe czy w przyszłym roku wybierze to samo miejsce....

Nadal zaglądają na działkę, czasem widujemy je przysiadujące na żerdzi drewnianej huśtawki. Nie dziwię się, jedzenia mają tutaj w bród.

Na zimę Kopciuszki odlatują z Polski.

Tutaj macie jeszcze ciekawszą krótką historię o dziwnych miejscach gniazdowania Kopciuszka :D 







9 cze 2017

Zdążyć przed bobrami...- uratuj stare drzewa

Zdążyć przed bobrami... - uratuj stare drzewa



To mógłby być tytuł filmu sensacyjnego, ale niestety to scenariusz dokumentu, w kontekście
niekorzystnych dla ludzi zmian środowiska, czynionych przez bobry.

Ochrona bobrów w Polsce doprowadziła do ich rozmnożenia i rozpanoszenia. Stały się problemem dla wielu rolników, właścicieli przydomowych stawów oraz wielu mieszkańców terenów położonych w pobliżu zbiorników wodnych, a nawet władz i mieszkańców miast.

Trwa walka o miejsca do życia i ludzie w tej walce zazwyczaj przegrywają, zostając ze zniszczonymi sadami, zalanymi polami, rozkopanymi groblami stawów, zalanymi działkami mieszkalnymi. 
Bobry bowiem nie tak łatwo dają się "wykurzyć", jeśli już gdzieś zagrzeją miejsce.
Pojawiają się nawet w sporych miastach, niszczą drzewa w starych parkach. Niedawno w wiadomościach mogliśmy usłyszeć informację, że bobry podkopały drogę asfaltową, która się zapadła. 
Te miłe z wyglądu zwierzątka mogą być też niebezpieczne w bezpośrednim kontakcie z człowiekiem.

Metodami walki o zachowanie status quo danego otoczenia przyrodniczego są sposoby nieinwazyjne, jak montowanie w tamach rur przepływowych, by woda mogła swobodnie przepływać dalej i nie tworzyły się rozlewiska, czy ochrona drzewostanu metalowymi siatkami ( na wysokość min. 1 metr), lub rozpylanie sprayu o zapachu wilka ( nie wiem na ile skuteczne ), lub inwazyjne jak rozbieranie im tam i żeremi ( które jednak odbudowują ), czy wyłapanie bobrów do żywej pułapki i przewiezienie w inne miejsce....tyle, że potem ktoś inny ma problem.

Mam takie "swoje" miejsce za miastem nad nieuregulowaną, biegnącą swoim naturalnym, krętym korytem rzeczką, w niektórych miejscach na niezagospodarowanych działkach, pozostały resztki lasu łęgowego, z typową dla tej formy lasu roślinnością i starym drzewostanem nad brzegiem rzeki, który korzeniami wchodzi wręcz do niej. Urokliwe , rzadkie już miejsca na zagospodarowanych przez ludzi terenach, zwłaszcza na terenach industrialnych. 

Wokół tereny prywatne, nie wszystkie zagospodarowane. Jednak w/g prawa polskiego teren nadbrzeżny należy do Skarbu Państwa czyli Narodu, czyli do Nas. 
Wody publiczne, czyli przepływowe jeziora i rzeki objęte są bowiem prawem powszechnego korzystania.  Ustawa Prawo Wodne ( art. 34 ust. 1 i 2 ustawa z dnia 18 lipca 2001r. Prawo Wodne ) nakazuje właścicielom działek przylegających do zbiorników wodnych zachowanie połtorametrowej odległości ogrodzenia od brzegu zbiornika ( lustra wody ). Własność nie sięga bowiem brzegu rzek czy jezior.

Czasem sobie więc tam przesiaduję i odpoczywam od betonowego miasta.

Moim zdaniem należy te miejsca chronić, mimo, że nie są wpisane do rejestru parków krajobrazowych czy natury 2000. Są to natomiast miejsca wypoczynku zwykłych ludzi z betonowych, zanieczyszczonych miast i nie tylko miast.

Niestety, miejsce to od dwóch chyba lat upodobały sobie bobry. Rzeka z czystej , dość żwawo płynącej zamienia się powoli w brudną nieprzezroczystą, stojąca breję. Powoli w niektórych miejscach zaczynają się tworzyć już rozlewiska. 
Bobry podkopują też w niektórych miejscach pas nadbrzeżny. Ostatnio o mało co nie wpadłabym w półmetrową dziurę pełną wody, ponieważ ziemia nad nią wyglądała normalnie, lecz pod cienką jej warstwą był już wykopany tunel zalany wodą.


Jednak najbardziej przykro mi patrzeć jak bobry obalają kolejne stare, grube drzewa, zwykle topole czy wierzby.
Drzewa przecież poprzez system korzeniowy zapobiegają wymywaniu brzegu przez wodę, a topole bardzo dobrze oczyszczają powietrze z pyłów przemysłowych. Jednak niektórzy mieszkańcy pobliskich działek cieszą się z tej wycinki bobrów, bo mają drzewo za free.


Chciałabym ochronić te drzewa zanim bobry je ogryzą i zetną, rosły tam jak mnie jeszcze nie było na świecie i rosnąć by mogły, jak już mnie na świecie nie będzie.

Ostatnio owinęłam siatką najgrubszą topolę, której niestety nie udało mi się wcześniej uchronić przed zgryzieniem kory dokoła, posmarowałam tylko z jednej strony zgryziony pień wapnem ( by ochronić przed chorobami grzybowymi miejsce zdartej kory ), bobry go już wtedy z tej strony nie ruszyły, ale zgryzły potem pień z drugiej strony :(

Niestety nie miałam wtedy funduszy na siatkę, by temu zapobiec. Tego drzewa już nie zetną, ale nie wiem, czy ono przeżyje z tak dużym brakiem kory na całym obwodzie pnia.


Siatki, którą dysponowałam starczyło mi jeszcze na duży kasztan i trzy dość grube pnie nie wiem czego....


Brakło siatki na kilka dość dużych drzew w tym fragmencie rzeki. Pomijam owijanie cieńszych wierzb.
Nie wiem też, czy po opadnięciu lustra wody nie trzeba będzie zabezpieczyć dolnej części pni przy drzewach, które rosną przy samej wodzie ( prawie w niej ) i dołożyć tam siatki, pewnie taki zabieg będzie konieczny.

Jeśli ktoś chciałby uratować te akurat drzewa, to proszę o kontakt na maila. Trwa walka z czasem, którego bobry nie tracą. Jeśli ktoś chciałby owinąc swoje drzewa, czy drzewa nasze na innym terenie to koszt siatki wynosi 27,75 zł, kupowana była w leroymerlin,  najtańsza ocynkowana 1 metr wysokości/ 5 metrów długości  > link TUTAJ. Jedna siatka starcza na owinięcie około trzech średniej grubości pni.


Apeluję do dbania nie tylko o to, co "moje" ale też o to, co wspólne, Nasze.
Bo przecież nie odpoczywamy tylko na "swoim", podróżujemy i zachwycamy się naturą, więc warto o nią dbać w każdym miejscu, jeśli jeszcze została dzika, malownicza, by taka przetrwała.


Tu jedna z inicjatyw ochrony drzew:   Zobacz 




23 maj 2017

Góry Świętokrzyskie cz.1 - czego "turysta" nie zadepcze... - wehikuł czasu

Góry świętokrzyskie cz. 1- czego "turysta" nie zadepcze... - wehikuł czasu



Góry Świętokrzyskie to jedyne góry, w które jeździłam też samotnie.

Przypomniał mi się w związku z tym dowcip:

Na szlaku turystycznym w Puszczy Świętokrzyskiej do podziwiającej piękno natury, młodej kobiety, podchodzi jąkała i pyta:

- Cz-czy pa-pani się pu- puszcza....

Dostał z całej siły po twarzy, ale niezrażony kończy:

- pu-puszcza świętokrzyska po-podoba?


Co prawda takiej przygody nie miałam, ale miałam inne.

To najstarsze góry w Polsce, a jednocześnie najniższe, dlatego w sam raz dla kogoś kto ma lęk wysokości. Nie ma też raczej na szlakach turystycznych, takich otwartych przestrzeni z przepaściami, których można było by się bać. Dawałam więc radę sama.
Góry obrośnięte nie tylko puszczą jodłową, którą tak  się zachwycał Żeromski, ale także legendami, z tajemniczymi miejscami, oraz ważnymi i nie do końca wyjaśnionymi śladami naszej słowiańskiej przeszłości.

Dzięki swojemu wiekowi, mają sporo ciekawych, wartych zobaczenia miejsc, z odkryciami na skalę
europejską. Miejsc, których nie popularyzowałam, ze względu na to, że nie są chronione w sensie pilnowane, a wiele ludzi zwyczajnie nie potrafi się odpowiednio zachowywać wobec przyrody czy zabytków. 
Mówiłam o nich dotąd jedynie tym znajomym, o których wiem, że są w stanie je uszanować.
Dla niektórych miejsc, im mniej "turystów" tym lepiej niestety....

Bywałam w tych górach co jakiś czas i z roku na rok ze smutkiem stwierdzałam, że w miarę coraz większej promocji regionu przez władze poszczególnych gmin, ważne historycznie, geologicznie, przyrodniczo miejsca są coraz bardziej niszczone i demolowane przez bezmyślnych, zadufanych w sobie "turystów" , bo dzisiaj trafiają tam, gdzie wcześniej trafić nie mogli, ponieważ nie było informacji w internecie ( znajdywał ją tylko ten naprawdę zainteresowany miejscem, czy daną dziedziną, a nie ktoś przypadkowy), lub/i nie było oznaczeń w sensie tablic informacyjnych na danym terenie.

Dlatego np. ja, jako ta prawdziwie zainteresowana, trafiłam w dane miejsce już tylko dwa lata po odkryciu przez naukowców, kiedy nawet miejscowi nie wiedzieli jak tam trafić, a wielu wcale o nim nie wiedziało. Spędziłam godzinę w lesie by do niego trafić, a gdy już trafiłam to było dla mnie niczym odkrycie budowli Majów w meksykańskiej dżungli. Idziesz lasem, idziesz, idziesz, brniesz w trawach po pas, w których czają się żmije, szukasz, błądzisz aż wreszcie....Jest! A wokół dzikość, cisza, spokój, ani żywego ducha.

Za kolejne dwa, czy trzy lata, dzięki tablicom informacyjnym oraz reklamowaniu danego miejsca w internecie, trafić mogli już tam wszyscy zainteresowani i niezainteresowani, tudzież wszystkie wycieczki szkolne itd. Zysk dla gminy raczej żaden, bo przyjezdni nawet pewnie nie robili zakupów w miejscowym sklepie spożywczym, nie było tam też właściwie żadnej infrastruktury noclegowej, a skutek dla odwiedzanego miejsca kiepski.

Efektu  można się domyślać. Kiedy wróciłam w tamto miejsce trzeci raz , płakać mi się chciało na to co zobaczyłam.
Takich miejsc było trochę w Polsce i może jeszcze są, również w innych krajach, ale niestety teraz "turyści" docierają już prawie wszędzie, dzięki nowym technologiom i skłonności ludzi do ekshibicjonizmu podróżniczego ( jak ja to nazywam ). 
Uważam, że nie wszystko warto ujawniać, popularyzując jednocześnie w medium masowym jakim jest internet. Niektóre miejsca i wrażenia z nich lepiej zostawić dla ludzi, o których wiemy, że są turystami a nie "turystami",  z szacunku do tych miejsc i dziedzictwa kulturowego, przyrodniczego.

Postawy takich "turystów" są szkodliwe również dlatego, że w końcu doprowadzają do ograniczania wstępu, czy możliwości bardziej bezpośredniego podziwiania jakiegoś miejsca czy zabytku, lub zrobienia ogrodzenia i wprowadzenia opłat za wstęp, na czym cierpią ci turyści, którzy potrafią te miejsca uszanować. 
Spotykałam się  z tym w Polsce, jak i za granicą, że wprowadzono zakaz wstępu, albo zaczęto pilnować obiektu/ miejsca i brać opłaty za wstęp. A przecież tak nie powinno być, bo to nasze wspólne dziedzictwo i każdy bez względu na stan posiadania powinien mieć  prawo dostępu do niego. Staje się to niemożliwe dzięki z jednej strony "turystom", z drugiej może pazerności władz samorządowych.

Jak było by pięknie, gdyby takie miejsca były dostępne w naturze, tak jak zastali je badacze, bez żadnych opłat i ograniczania i ogrodzeń...tyle że przy "turystach" to niemożliwe. 
Czego taki "turysta" nie zdepcze to przetrwa, albo przetrwa jedynie w muzeach.


Inne posty z Gór Świętokrzyskich:

17 maj 2017

Wyciąg z kwiatów kasztanowca - pomoc w bólach mięśni

WYCIĄG Z KWIATÓW KASZTANOWCA

pomoc w bólach mięśni




Kasztanowiec to drzewo dobrze znane z parków. Pięknie kwitnie w maju.
Kwiaty kasztanowca są bogate we flawonoidy, m.in. rutynę, kwercytynę oraz kumaryny i garbniki.

Od dawna stosuję domowy wyciąg z kwiatów kasztanowca, który pomaga mi na bóle mięśni kręgosłupa a jest prosty w wykonaniu.

Wystarczy w maju gdy kwitną kasztanowce, nazrywać trochę białych kwiatów ( nie obrywamy wszystkich z drzewa ), umyć, zalać spirytusem w proporcji : 1 - 2 części kwiatów lub więcej i 5 części alkoholu.
Postawić w ciemnym miejscu aż  "naciągnie" i osiągnie jasno brązowy kolor.

Do zastosowania zewnętrznego na wszystkie bóle mięśni.

Kwiaty kasztanowca wchodzą też w skład mieszanki ziołowej "Rektosan" Herbapolu, uzywanej w leczeniu żylaków odbytu.

Kasztanowiec ma wiele innych właściwości i zastosowań o czym napiszę wkrótce.




I pamiętajcie nie zrywać wszystkich kwiatów z drzewa, zostawcie trochę też dla innych ludzi przede wszystkim tych chorych, albo biedniejszych od Was i przede wszystkim dla pszczół czy innych owadów. Poza tym z kwiatów powstają owoce czyli kasztany, które mają lepsze właściwości leczniczne niż kwiaty, więc zrywając wszystkie kwiaty pozbawiacie się lepszego specyfiku.

Generalnie przyjmuję zasadę, że jeśli coś z natury, czego potrzebuję dla zdrowotności mogę zastąpić czymś, czego  na łąkach, w lasach czy drzewach, jest więcej w danym regionie/miejscu, to zastępuję, żeby nie uszczuplać danego gatunku rośliny w naturze ( bo jak zbieramy kwiaty to nie postana owoce i nasiona, jak zbieramy kłacza to nie wyrośnie na kolejny rok i z roku na rok będzie mniej az zniknie w ogóle).

Efektem takich działań jest to, że roślina, która np. na danym rośnie w większych ilościach w końcu zanika, bo nie dośc że jest jej mało to jeszcze jest niszczona przez snobistyczne żądze posiadania....

Stanowiska takich roślin zanikają w tych regionach Polski, gdzie i tak w marnych ilościach występowały, np. na obrzeżach miast. Ludzie naprawdę ich potrzebujący ( chorzy lub/i biedni), nie mogą potem z nich skorzystać bo nie mają jak.



Jesli korzystacie z roślin rosnących w naturze, których jest mało, to sadźcie je albo w swoich ogródkach jak macie możliwość, albo zbierajcie nasiona i rozsiewajcie w innych miejscach na łąkach i w lasach, albo sadźcie sadzonki. Za rok, dwa będziecie mogli z nich także korzystac jak i inni ludzie i zwierzęta a dana roślina w regionie nie zginie. 
Czyli bierzcie ale i dawajcie od siebie.


Ćwiczenia na bóle kręgosłupa i poprawę jego stanu:

ćwiczenie 1 - ZOBACZ
ćwiczenie 2 - ZOBACZ








12 maj 2017

Teide, szczyt na który nie weszłam - wehikuł czasu 2009 r. - Teneryfa

Teide, szczyt na który nie weszłam -wehikuł czasu 2009 r.-Teneryfa


Post z dedykacją dla S. 

Podczas pobytu na Teneryfie, jednym z miejsc zwiedzania miał być Pico del Teide, czynny wulkan pośrodku wyspy. 
Jest on najwyższym szczytem w Hiszpanii i jednocześnie najwyższym na oceanie atlantyckim, liczy 3718 m.nad poziom morza, i od swojej podstawy na dnie morza - 7500 m.
Sam wulkan i obszar kaledery wokół niego należy do parku narodowego. Kaledera to zagłębienie , które tworzy się na skutek erupcji wulkanu, jest ona też jedną z największych na świecie i ma 15km średnicy. Aż strach wyobrazić sobie co się dzieje jak taki wulkan wybucha... Ostatnia erupcja miała miejsce w 1909r. 

Teide ma charakterystyczny kształt, taki, jaki pewnie każdemu kojarzy się z wulkanem - stożka, który powstał na skutek szybkiego zastygania wydobywającej się podczas erupcji lawy, tworzącej coraz wyższe "piętra".

Prawie na sam szczyt można wjechać kolejką linową Teleferico ( TUTAJ )
Na sam szczyt wulkanu nie można sobie ot tak wejść. Potrzebne jest zezwolenie, które załatwia się wcześniej na konkretny dzień i godzinę ( bez opłat ) > TUTAJ
W styczniu czy lutym trasa może być zamknięta, ze względu na warunki atmosferyczne.

Niestety tzw. siła wyższa stanęła nam na drodze, najpierw przeziębienie dopadło mojego towarzysza podróży, potem po wędrówce w wilgotnym i zimnym lesie Gomery mnie dopadło zapalenie gardła. 
Tym sposobem mieliśmy dwa, trzy dni w tzw. "plecy" pod względem czasowym, więc musieliśmy zrezygnować z wycieczki na Teide, również z braku kondycji fizycznej, głównie już wtedy mojej, bo za słaba byłam przez tę infekcję, a jednak znaczna wysokość, rozrzedzone powietrze, opary wydobywające się z krateru, duża zmiana temperatury ( nad morzem kilkadziesiąt stopni , w górach nawet do kilku stopni i wiatr ), to spory wysiłek dla organizmu.

Nie wybraliśmy się tam, z myślą, że jeszcze kiedyś tu wrócimy.

Odlatując zobaczyłam tylko majestatyczny wierzchołek nad morzem chmur, podświetlony zachodzącym słońcem...
Ja już nie wróciłam.








6 maj 2017

Sentencja ze snu

Sentencja ze snu


Śniło mi się dzisiaj... Byłam w jakimś muzeum ale "od kuchni", byli jacyś mężczyźni w średniowiecznych strojach historycznych. Jeden z nich zwrócił na mnie uwagę i chciał mnie gdzieś zaprosić. Spytałam, czy nie będzie mu przeszkadzać, że jestem trochę smutna. Powiedział:

- Smutek kobiety jest polem do działania dla mężczyzny, by móc zamienić go w radość.



Ciekawe ile współczesnych, realnych, mężczyzn ma takie podejście....




28 kwi 2017

BPA w wypełnieniach stomatologicznych - leczenie czy zabijanie?

BPA w wypełnieniach stomatologicznych - leczenie czy zabijanie?



Od dłuższego już czasu ze względu na stan zdrowia, walcząc o jego poprawę,  zwracam uwagę by unikać pewnych szkodliwych, cytotoksycznych i neurotoksycznych substancji, zwłaszcza aluminium ( glin ), rtęć, BPA ( bisfenol -A), fluor.

Lecząc jakiś czas temu zęba, poprosiłam dentystę o wypełnienie, które nie zawiera fluoru...ponoć takie mi zastosował (Dentsplay, Ceramix MS , Prime and Bond one), ale niestety jak się właśnie dowiedziałam zawiera BPA... 

Stojąc przed koniecznością zaplombowania kolejnych "zaopatrunkowanych" jakiś czas temu zębów, a co gorsze usunięcia jednego ( martwego, o niebezpieczeństwie posiadania martwych, leczonych kanałowo zębów napiszę w kolejnym poście ), zaczęłam poszukiwać wiedzy na temat możliwości zapobiegania utracie tkanki kości po ekstrakcji zęba, oraz na temat rodzaju wypełnień.

Przeglądając oferty w sklepach internetowych, w żadnym nie natrafiłam na podany skład wypełnień, tak jakby nie był on w ogóle ważny. Jakby plomba była czymś odizolowanym od tkanki i błon śluzowych człowieka, od jego układu krwionośnego.

Idąc dalej, przeglądając artykuły na temat cech ( których treść osadzała się na bazie głównie zalet ) tego typu materiałów, już spotykałam się z określeniem "cytotoksyczność", "neurotoksyczność", ale w kontekście "znikomej ilości", "mniejszej od... " ( jakiegoś innego, innego producenta itp. )

Oczywiście nie znam wszystkich produktów na rynku, ale wynika z tego, że KAŻDE takie wypełnienie jest dla nas toksyczne a "lekarze" stomatolodzy o tym wiedzą, wie również nasze ministerstwo zdrowia !

Oprócz fluoru ( zaburza hormony, rakotwórczy ), glinu ( aluminium, działa neurodegeneracyjnie, rakotwórczo ), bar, stront, które są szkodliwe, wypełnienia kompozytowe zawierają BPA !!!
Pytanie dlaczego zawierają, skoro można produkować materiały wolne od BPA, w końcu takie pudełka na żywność już są wolne od BPA ( "BPA free)...

Związek ten zaburza poważnie gospodarkę hormonalną i metabolizm, układ odpornościowy, nerwowy, powoduje cukrzycę, choroby serca, obniża płodność, wywołuje raka piersi i inne nowotwory.

" Udowodniono także, że BPA ma wpływ na gospodarkę hormonalną tarczycy, ponieważ wiąże się do jądrowego receptora hormonu tarczycy TR, działając jako antagonista oraz wiąże się do białka transportującego transtyretyny, hamując w ten sposób transport hormonów tarczycy "

Paradoks...ktoś kto nie chce się truć, wybiera w sklepie plastiki bez BPA ( między innymi ja ) 
...tymczasem nie jest świadomy, że

jest poddawany działaniu BPA ( bisfenol-A) 24 godziny na dobę dzięki plombom stomatologicznym! ( BPA wchłania się droga pokarmową ale między innymi przez skórę/ dotyk, np. u kasjerek dotykających wydruków z kas wykryto zwiększoną ilość BPA w moczu . Substancja ta występuje w moczu ok. 90% ludzi. Stężenie BPA w moczu na przestrzeni 20 lat zwiększyło się ponad trzykrotnie! ( porównano badania z lat 1988-1994 do badan z lat 2003-2004 ) Butelki dla dzieci z BPA są zakazane, plomby stomatologiczne nie.... Ludzi po 3 roku życia można już legalnie zabijać.


I ten związek kumuluje się w organizmie.

W Unii Europejskiej tolerowana dzienna dawka BPA nie może przekraczać 0,05 mg na kilogram masy ciała. Ile dostarczają nam plomby dentystyczne? Kto to wie... danych brak i lekarzom i ministerstwu zdrowia to nie przeszkadza.



Ministerstwo zdrowia nazywa to leczeniem....
Dentyści nazywają to leczeniem....

Realnie jest to zabijanie i branie jeszcze za to zabijanie kasy w gabinetach prywatnych , oraz płacenie z budżetu ( czyli podatków podatników ) za zabijanie z tytułu ubezpieczenia zdrowotnego!

Opłaca się tylko tym co "leczą", bo potem na skutek tego "leczenia" zębów, kasę mają znów "leczący" kardiolodzy, onkolodzy, endokrynolodzy itd....

I tak wypływa kasa z budżetu, podejrzewam, że możliwość  wykonania wypełnień porcelanowych ( inlay i onlay ) tudzież złotych, z tytułu ubezpieczenia NFZ mniej by kosztowała budżet kraju niż pokrywanie potem kosztów "leczenia" chorób serca, endokrynologicznych, onkologicznych.....

Do napisania tego postu skłonił mnie stres, na skutek świadomości tego, że człowiek , który nie ma na koncie kasy na wypełnienia złote lub ceramiczne ( które są szczelniejsze, dają dużo mniejsze ryzyko wtórnej próchnicy i ponownego leczenia zęba a w końcu usunięcia go czy leczenia kanałowego niż kompozyty )
, skazany jest albo na trucizny w zębach ( i bezskuteczne leczenie dolegliwości jakie akurat ma, bo powinien unikać takich trucizn żeby wyzdrowieć albo na wyrwanie zębów by takich trucizn w organizmie nie mieć i na bezzębną egzystencję żywienia się papkami ( pomijając kiepski wygląd ).

Więc co mi daje  leczenie naturalne moich przewlekłych dolegliwości, unikanie żywności z chemicznymi dodatkami, zwracanie uwagi na opakowania, co mi da walka i wysiłek, który w to włożyłam i wkładam, wydana kasa ( o rozpadniętym związku nie wspomnę ), co mi da uzupełniania niedoborów pokarmowych suplementami, co mi da dieta, co mi dało usunięcie plomb amalgamatowych z rtęcią, co mi da oczyszczanie organizmu z metali ciężkich i toksyn, skoro mam je cały czas w iluś zębach......i mam mieć kolejne w następnych.

Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie, o jakimś wypełnieniu, które nie jest toksyczne, to proszę o pilne info.


Ewentualnie ktoś bogaty może mi w przypływie fantazji, albo po pijaku, zafundować wypełnienia ceramiczne bo mnie niestety, jako zwykłego Kowalskiego w tym kraju na to nie stać. Nie stać mnie na leczenie. Z chęcią przyjmę ;)


PS. 

Po szybkim przejrzeniu wypełnień stomatologicznych, wygląda na to , że wszystkie są toksyczne. Nawet te niby "obojętne" jak porcelanowe ( i strasznie drogie dla zwykłych ludzi, bo tzw.  inlay, ceramiczny to koszt ok. 1000 zł ) mają w swym składzie np. aluminium ( glin ) albo lit, tudzież inne "g" dodatki....
Najbezpieczniejsze wydają się plomby z czystego złota ( cena jak to złota, wiadomo, drogo ).

Jednak problem polega na tym, że nawet do tych złotych ( i ceramicznych/porcelanowych ) stosowany jest podkład ( tzw. cement ) kompozytowy, który zawiera BPA, fluor ( w takich ilościach które mnie zaszokowały w stosunku do norm ustalonych przez ministerstwo pracy dla substancji szkodliwych w miejscu pracy, o tym też kiedy indziej ) i inne toksyczne dodatki.....

Nie pojęte jest to że stosowanie tych materiałów opiera się nie na wcześniejszych badaniach ich wpływu na zdrowie człowieka i wiedzy tylko na "powszechnej wierze" i założeniach ( nawiasem mówiąc ze szczepionkami i lekami , a także tzw. nową technologią, często jest to samo ):

"Sukces kliniczny tych materiałów był przypisywany, oprócz znakomitych właściwości fizykochemicznych i estetycznych, również powszechnej wierze, że materiały te cechuje kompletna biozgodność z tkankami ludzkiego organizmu. Zakłada się, że brak jest niepożądanych działań biologicznych, mogących wynikać z obecności żywic metakrylanowych w organizmie człowieka."

Przy czym od dawna wiadomo, że BPA stosowane również w klejach (żywice epoksydowe, kleje dwuskładnikowe itp ), posadzkach, płytach poliwęglanowych, uwalnia się na skutek działania ciepła, kwasów, zarysowań tworzywa, mycia detergentami, czy poddawania gnieceniu czy innym mechanicznym obciążeniom. 
I MY TO MAMY W USTACH !

Czy naprawdę nie można wyprodukować cementów czy wypełnień bez tych toksycznych substancji??? Jak się do tego mają przepisy dotyczące wprowadzania na rynek produktów niebezpiecznych dla zdrowia? Taki czajnik elektryczny z plastiku jest niebezpieczny ( bo kwestionowany przez sanepid ) ale już plomba w ustach nie?!....


Pewnie można, ale po co, skoro w taki łatwy sposób można utylizować odpady przemysłowe ( tak, tak...niestety) zarabiając jeszcze na tym krocie.... Tak to wygląda, odpady przemysłowe utylizowane są w naszych ciałach ( również na naszych polach uprawnych, ale o tym kiedy indziej, bo to też szokuje).

Teraz już wiecie dlaczego choroby tarczycy, zaburzenia hormonalne, problemy z płodnością, depresje, uszkodzenia układu nerwowego, nowotwory to już plaga, również u dzieci.

Wiecie już dlaczego w przypadkach np. niedoczynności tarczycy lekarze endokrynolodzy nie robią badań na poziom jodu w organizmie (badanie zbiórki dobowej moczu na obecność jodu, w żadnym laboratorium nie mogłam tego zrobić jak chciałam zrobić prywatnie, nawet w szpitalu wojewódzkim....bo nikt tego badania nie robi ). Endokrynolodzy są nieświadomi? Wątpię....

Bo po co sprawdzać poziom jodu ( na co by szła kasa z budżetu ) jak wiedzą, że główna przyczyna niedoczynności leży gdzie indziej i że uzupełnianie jodu ( nawet jak jest jego niedobór) niewiele da...
Zamiast wspomagać pracę tarczycy ( co i tak przy takich trujących wypełnieniach jest syzyfową pracą...) przepisują zastępczy hormon który unieczynnia tarczycę, bo przestaje ona wtedy w ogóle produkować własne hormony.
Hormon, który ma skutki uboczne o których się nie mówi ( zwiększone ryzyko raka piersi), hormon, który w/g badań znosi objawy jedynie u 1/3 ( z tego co pamiętam ) pacjentów, w innych przypadkach dolegliwości pozostają ( ale chyba nie ma co się dziwić że nie działa, skoro jest blokowany przez plomby dentystyczne, tylko o tym też się nie mówi )

Podobnie w przypadku nadczynności tarczycy, bo przecież to też zaburzenie jej pracy, niszczy się tarczycę toksycznymi plombami a potem niszczy się ją "lecząc" napromieniowywaniem lub wycinając....

Teraz już wiecie dlaczego taki duży wzrost raków piersi hormonozależnych, również u kobiet młodych....

Teraz już wiecie czemu mężczyźni też mają problemy ze zdrowiem i zaburzenia hormonalne czy raka prostaty ( BPA ma powinowactwo do żeńskich hormonów - estrogenów, mężczyźni nie potrzebują tyle tego hormonu , dlatego i u nich poważnie zaburza gospodarkę hormonalną)


I co z tym fantem zrobić?

Ta wiedza nie jest powszechna, jest ukrywana, bo gdyby była powszechna to może ludzie zaczęli by naciskać na ministerstwo, rząd, producentów by przestali nas truć.

To rząd/ ministerstwo zdrowia powinien wymusić na producentach materiały bezpieczne dla zdrowia, nie podpisując po prostu kontraktów na materiały toksyczne stomatologiczne, wymagając odpowiedniej jakości ! Bo tak to się odbywa.
Jakby duża kasa zaczęła uciekać producentom, to szybko by się okazało że jednak można wyprodukować materiał bez toksycznych składników.


W praktyce nie wiem jaki jest wybór, sama teraz mam stres i dylemat, bo kolejne zęby do leczenia, które nie mogą czekać. To wybór pomiędzy tym czy wyzdrowieć czy być szczerbatym... Czyli żaden wybór....

Nie mam pełnej wiedzy, może jednak jest jakiś materiał i cement nieszkodliwy dla zdrowia, ale ja o nim nie wiem, nie znalazłam, totalny brak informacji ( przynajmniej na polskojęzycznych stronach ) na temat stopnia toksyczności tych materiałów, oraz na temat ilości wydobywających się z nich trucizn po wsadzeniu w zęby.
Producenci podają tylko cechy trwałości i estetyki, nie podają ilości uwalnianego do organizmu BPA czy fluoru czy glinu, zdrowie pacjenta się nie liczy.

Zauważcie, że nawet w artykule do którego link podałam powyżej, jest wyrażona troska tylko o zdrowie stomatologa który tego materiału dotyka...zdrowie pacjenta, który będzie to nosił w ciele przez ileś lat, nieważny... To są lekarze?....

Jeśli ktoś zna angielski, może znajdzie coś na ten temat , zwłaszcza na temat bezpiecznych wypełnień, jeśli takie są, ich składu i toksyczności ( może da się wybierać mniejsze zło ), proszę wtedy o info.